środa, 7 grudnia 2011

Powrót

    Naprawdę minęło tak dużo czasu od mojego ostatniego wpisu? A przecież tyle się w tym czasie wydarzyło! Powrót do Lu, rozwiązanie wielu spraw i przytłaczająca rzeczywistość małego miasta. Tutaj nie ma metra! 

    Może w takim razie kilka uwag na temat powrotu. Zamknięta przez 9 godzin w metalowej puszcze pociągu, odcięta od świata (ČD wciąż nie oferuje wi-fi w swoich pociągach, a gniazdka elektryczne znajdowały się tym razem tylko w pierwszej klasie - netbook musiał pójść spać) miałam sporo czasu na przemyślenia, ale jednocześnie obawiałam się wysiadki na Dworcu Centralnym. Z zasady radzę sobie sama i zazwyczaj odmawiam dżentelmenom, ale tym razem waga mojej walizki (a przecież część rzeczy została w Pradze) nie pozwoliła mi na samodzielność. Dworzec Centralny dysponuje chyba tylko biurem dezinformacji. Zapytać o rozkład można tylko w hali głównej, bo w kasie panie odmawiają odpowiedzi. Do hali głównej należy dotrzeć. Niestety nawet z peronów trudno jest się wydostać, ponieważ schody ruchome pozostają nieruchome. Z walizką wielkości mojej (dla zobrazowania podam, że w niej mieściły się 4 miesiące mojego życia w Czechach) lepiej nie ryzykować, więc wybrałam podjazd, który także pozostał nieruchomy. Na moje pytanie o windę pani w okienku (ta sama, która nie chciała mi udzielić informacji na temat pociągu) powiedziała, że nie ma, dworzec jest w przebudowie i schody nie działają. Zapytałam jak mam się w takim razie dostać do hali głównej mając tak wielką walizkę. Miła pani stwierdziła, że inni podróżni też mają wielkie walizki. Wtedy odczułam naprawdę wielką tęsknotę za Pragą i Czechami. Nigdy nie byłam zwolenniczką gloryfikowania Czechów i ich stylu życia, ale niestety w pewnych kwestiach możemy im tylko pozazdrościć. W każdym razie poradziłam sobie jakoś. Na szczęście jest jeszcze winda do Złotych Tarasów, którą dostałam się na górę. 

    Zanim skończę wylewać swoje żale na PKP i uprzejmość ichniej obsługi wspomnę jeszcze o zakupie biletu do Lublina. Legitymację studencką miałam nieważną, więc wybrałam bilet ze zniżką ISIC. W pociągu okazało się, że ta zniżka obowiązuje tylko z legitymacją z polskiej uczelni. Po co w takim razie ją się oferuje? W takim wypadku muszę okazać dwie legitymacje, co uważam za bezsensowne. Pal licho, najgorsze było to, że w pociągu musiałam kupić nowy bilet, brakowało mi na niego 5zł, kartą nie mogłam zapłacić, bo "trzeba było powiedzieć wcześniej, teraz bilet już wystawiony i musiałbym wystawić protokół" jak wyjaśnił mi pan konduktor. Oczywiście mogłam powiedzieć, że mnie to nie interesuje i powinien taki protokół sporządzić, ale obawiałam się, że nie mam tyle środków na koncie (potrzebowałam 35zł, a miałam jakieś 10). Poratowała mnie współpasażerka oferując mi 5zł. W zamian dałam jej korony, które, jak się okazało, mogą jej się przydać, bo jeździ czasem do Pragi. Po tylu nerwach mogłam wreszcie odetchnąć i spędzić resztę podróży w miłym towarzystwie.

   Kiedyś czytałam felieton Sylwii Chutnik, w którym opisywała swoją podróż do Brna i niezwykłą uprzejmość czeskiego konduktora i w ogóle Czechów. Bardzo mi się to nie podobało, bo po przeciwnej stronie umieściła Polaków, którzy warczą, są niemili i wymigują się od udzielania pomocy. Wszystko zależy od ludzi, ale rzeczywiście, przynajmniej jeśli chodzi o obsługę, np. w pociągach, w Czechach można liczyć na dużo więcej. Zastanawiam się szczerze od czego to zależy. W końcu i Czechy i Polska były pod dominacją radziecką, starano się nas zsowietyzować i stąd ten typowy Homo sovieticus - człowiek, który potrafi się przystosować, unika pracy na rzecz społeczeństwa, nie obchodzi go dobro wspólne, po psie nie sprzątnie, a w pracy się obija. Część tych cech nadal obowiązuje, tzn. lepiej się nie wychylać, zepsuć coś i nie przyznać się, w dodatku też udawanie, że nic się nie dzieje, jeśli widzimy, że ktoś coś umyślnie niszczy, czy zachowuje się wbrew ogólnie przyjętym regułom życia społecznego. Do tego jesteśmy coraz bardziej zamknięci i skoncentrowani na nas samych. Te refleksje nasunęły mi się po lekturze artykułu w Dużym Formacie o eksperymencie - jak żyło się w PRL-u. Tych czasów oczywiście nie pamiętam, ale obserwując ludzi, widzę jak trwałe ślady pozostawiły one w ich zachowaniu. Wszystko się zmienia, małymi krokami, ale powoli zapominamy o tych negatywnych wzorcach. 

wtorek, 25 października 2011

Oczyszczenie

    Ostatnio wpadła mi w ręce książka Sofi Oksanen Oczyszczenie. Muszę przyznać, że dotąd nie wiedziałam o istnieniu autorki, tym bardziej o jej dotychczasowym dorobku literackim. Sofi Oksanen jest Finką o estońskich korzeniach i dlatego też akcja powieści toczy się w Estonii, a tematyką nawiązuje do opowieści o "leśnych braciach", które słyszała jako dziecko. 
  
    Oczyszczenie to opowieść o kobietach i ich losach w ważnych momentach najnowszej historii Europy. Czas nie płynie tu linearnie - co chwilę przenosi nas z początku lat 90. do okresu międzywojennego, a także sowieckiej okupacji. Poznajemy krok po kroku życie każdej z bohaterek, odkrywamy ich sekrety, kłamstwa i nieszczęścia, które je spotkały. Przez pryzmat losów Aliide i Zary Sofi Oksanen próbuje pokazać, że to właśnie kobiety w krytycznych momentach okazywały się wyjątkowo silne, a jednocześnie były najbardziej narażone na przemoc. Ta siła, a jednocześnie bezbronność kobiet przypomniała mi Volver Almodovara, choć w Oczyszczeniu gwałt nie był jedynie okrutnym sposobem zaspokojenia żądz, ale narzędziem stosowanym przez mężczyzn do poniżenia i zniewolenia ofiary. Samą powieść czyta się bardzo szybko, właściwie trudno jest się od niej oderwać, ale niektóre sceny przerażają swoją autentycznością i brutalnością, pozostając jeszcze na długo w pamięci. Nie polecam szczególnie wrażliwym osobom.
   
    Warto zajrzeć na stronę Polskiego Radia, gdzie można wysłuchać wywiadu z Sofi Oksanen. Autorka przypomina w nim, że pisarz ma szansę ukazywać w swoich powieściach istotne i aktualne problemy, a tym samym angażować się przynosząc zmianę świadomości społecznej np. o prawach człowieka. Interesująca wydała mi się jej wypowiedź na temat granic wolności słowa, a właściwie mylnego rozumienia tego pojęcia w Estonii, choć odnosi się to również do Polski. Głoszenie poglądów rasistowskich, nawoływanie do nienawiści wobec mniejszości seksualnych nie ma już nic wspólnego z wolnością słowa, ponieważ nie daje nam ona prawa, aby mówić absolutnie wszystko. Z tym mylnym pojmowaniem wolności słowa spotkałam się przy okazji ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce, kiedy część użytkowników portali społecznościowych stwierdziło, że może publikować nawet wyjątkowo obraźliwe opinie. Szkoda, że niektóre z nich musiały czekać nawet cały dzień na zgłoszenie nadużycia i usunięcie. Zastanawiałam się, czy istnieje społeczne przyzwolenie na takie zachowania, czy może ludzie myślą, że nie mogą na nie reagować. W każdym razie na szczęście każda wypowiedź może zostać oceniona, a w razie potrzeby usunięta.
    
    Sofi Oksanen angażuje się w działalność na rzecz LGBT w krajach bałtyckich, ale również w swej twórczości porusza istotny wątek tożsamości Estończyków i ich relacji z Rosją. Tych trudnych stosunków dotyczy przygotowana przez nią oraz estońską dziennikarkę Imbi Paju antologia Poza wszystkim był strach. Jak Estonia straciła swoją historię i jak może ją odzyskać, która stała się w bestsellerem, a jednocześnie spotkała się z ostrą krytyką rosyjskich sfer rządzących.
  
     Dodam jeszcze, że Oczyszczenie jest dostępne w wersji angielskiej na books.google, więc jeśli ktoś potrafi wytrwać kilka godzin przed monitorem komputera, to polecam tam zajrzeć.
    
   

czwartek, 20 października 2011

Co się tutaj dzieje?

    Dziś z samego rana przyjemnie mi się czytało znajome słowa. Czytałam je po raz pierwszy, ale tego stylu nie da się zapomnieć. Po opisach metra zaczęłam tak bardzo tęsknić za Pragą. Olomouc jest taki senny. Nie, nie nudny, ale uśpiony. Studenci przyjechali miesiąc temu, a wciąż mało się dzieje. Oczywiście, wszystko zależy od tego, czego oczekujemy. 

    Kilka tygodni temu na placu przed ratuszem odbył się festiwal video mappingu. Niestety, ponieważ jechałam akurat do PL, widziałam tylko jeden pokaz. Polska grupa przygotowała bardzo rozbudowaną, a jednocześnie chaotyczną prezentację. Szkoda, bo samo założenie było ciekawe, ale prawdopodobnie chcieli w tym jednym pokazie zmieścić wszystko. Były zatem żywioły - woda i ogień, nagle pojawił się ekran telewizora i kolejne niezwiązane ze sobą obrazy. Stare mury kamienic nagle ożyły i zaczęły tańczyć. Miasto pięknie wyglądało w nocy, a na ulicach byli, o dziwo, ludzie. Piszę "o dziwo", ponieważ to małe (choć całkiem duże jak na Czechy) morawskie miasteczko w nocy śpi. Robi się ciemno, zapalają się lampy, a mieszkańcy znikają w swoich domach.

      Kiedy porównuję Olomouc z Lublinem, widzę, że jest tu sporo oddolnych inicjatyw, które zazwyczaj przeznaczpne są dla studentów, ale w zasadzie wciąż niewiele robi się z myślą o ludziach, którzy mieszkają tu na stałe. Nie ma pomysłu na stworzenie przestrzeni, w której ci napływowi, krótkotrwale przebywający tu studenci mogliby integrować się z miastem i jego mieszkańcami. To wielka szkoda, że miasto nie wykorzystuje swojego potencjału. Kultura to nie tylko sztuka wystawiana w galeriach czy muzeach, ale przede wszystkim to, co przy odrobinie wysiłku można wydobyć z każdego człowieka. 

     Wspomnę jeszcze tylko o wydarzeniu sprzed ponad miesiąca. W mieście odbywały się targi książki. Na placu pojawiły się nieliczne stragany, a swoje dzieła czytali czescy autorzy - Ivan Klíma, Miloš Urban, Jaroslav Rudiš. Jako dodatkowe atrakcje przewidziano warsztaty dla początkujących i zaawansowanych blogerów, które prowadził Miloš Čermák, spektakl teatru Tramtarie, koncerty oraz ... szybki kurs malowania i symultaniczne gry w szachy. Kiedy to przeczytałam nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. To był śmiech przez łzy.

wtorek, 18 października 2011

Alois Nebel

    Niedawno do czeskich kin wszedł nowy film "Alois Nebel". Historia o demonach przeszłości, zemście i miłości. Film powstał na podstawie komiksowej trylogii Jaroslava Rudiša i Jaromíra 99 (sam komiks wrócił wlaśnie na łamy Reflexu). Czarno-biała animacja rotoskopowa przeniosła mnie do Czech z czasów aksamitnej rewolucji. Polityczny przewrót sprawia, że powracają również dawne przewiny, czyli deportacja Niemców po drugiej wojnie światowej. 


     Alois Nebel jest dróżnikiem na stacji w Białym Potoku i od czasu do czasu pojawia się w jego głowie mgła, która przywołuje dramatyczne wspomnienia z dzieciństwa, a w końcu zmienia jego życie. W roli głównej pojawił się Miroslav Krobot, który w Dejvickím Divadle wyreżyserował adaptację "Człowieka bez przeszłości" Akiego Kaurismäki. Jaroslav Rudiš nazwał go "czeskim Finem", a żeby przekonać się dlaczego, wystarczy przeczytać w magazynie Reflex ich wywiad, a właściwie rozmowę, która miała miejsce po premierze filmu na festiwalu Wenecji. Mnie osobiście najbardziej ujął wątek o zupkach chińskich i mieszaniu smaków, po przeczytaniu którego postanowiłam, że muszę zobaczyć ten film.
    Jeszcze długo po zakończeniu filmu, czytając napisy końcowe i słuchając utworu "Mimosézona" zespołu Priessnitz, miałam poczucie, że to jeden z lepszych czeskich filmów ostatnich lat, które widziałam. Problem rozliczenia z przeszłością jest częstym tematem w czeskim kinie, ale dopiero od niedawna oprócz usprawiedliwiania  twórcy starają się ukazać historię taką, jaką była, a ocenę pozostawiają widzowi.
     Przy okazji "Alois Nebel" wskrzesił też dawno zapomnianego Václava Neckářa, który powrocił z piosenką "Půlnoční". Jedna z największych muzycznych niespodzianek roku!



niedziela, 4 września 2011

Ostrava!!!

    Tak właśnie Ostrawa się reklamuje. Nawet na ambulansie widziałam ten napis z dużą ilością wykrzykników. Powinni zainwestować w jakąś agencję reklamową. I w nowe mapy, ponieważ niestety ufając darmowej (może płatna znaczy lepsza) mapie otrzymanej w centrum turystycznym zgubiłam się (a przecież mam doskonały zmysł orientacji), trafiłam do slumsów i niepotrzebnie przeszłam jakieś 4km. Chciałam znaleźć Důl Michal i szłam dokładnie tak jak na mapie zaznaczono, ale okazało się, że właściwa trasa znajdowała się tam, gdzie mapa się kończyła. Ale trochę ruchu i świeżego powietrza nie zaszkodzi nikomu.
   Ostrawa przypominała mi trochę Lublin, szczególnie w drodze z dworca do centrum. To już chyba zasada, że rejony dworca nie muszą być zbyt reprezentacyjne. 
Kojarzy się z Lubartowską.
     Za to w ostrawskiej galerii sztuki (Dům umění) można znaleźć kilka ciekawostek. Pierwsza to wystawa Motor & Art. Eksponaty na niej zgromadzone pokazują związek między rozwojem techniki, a konkretnie tej, która pozwoliła człowiekowi szybciej się przemieszczać, oraz sztuki. Znaleźć tam można obrazy, grafikę, plakaty reklamujące pierwsze czeskie motocykle i samochody, a nawet prawdziwą Jawę. Eksponaty pochodzą z początku 20. wieku do końca lat 50. W latach 20. zastanawiano się nawet, czy auto może być dziełem sztuki. Stąd właśnie ta wystawa. Na plakatach Škody można przeczytać, że kobieta elegancka, to nie tylko ta, która potrafi się modnie i gustownie ubrać, ale która otacza się również odpowiednimi dodatkami, wśród nich nie powinno zabraknąć škodovki. Najbardziej podobały mi się jednak grafiki, które przedstawiały auta jako narzędzia szatana. Można rzucić okiem na tę wystawę na stronie galerii.
Ciekawa jestem też czy teraz coś potrafi w nas wywoływać takie same emocje, jak kiedyś jazda z prędkością zawrotnych 13km/h jednym z pierwszych aut Benza.
Jedna uwaga: "samochód" jest dla Czechów jednym z najzabawniejszych polskich słów. 
Wśród własnych zbiorów ostrawskiej galerii można zobaczyć obraz Gustava Klimta "Judyta z głową Holofernesa". Poza tym aktualnie znajduje się tam tez wystawa architektury sakralnej. Bardzo ciekawa, ponieważ tworzą ją zdjęcia frontów obiektów sakralnych, jakie można znaleźć w Czechach, czyli od kościołów katolickich po zbory Braci Czeskich. 
    W Ostrawie na pewno są jeszcze inne ciekawe miejsca, ale akurat żadna z elektronicznych map nie działała, a punkt informacyjny w centrum był zamknięty. Dowód na to, że nie jest to najlepsze miejsce dla osób, które podróżują bez konkretnych planów. Ale myślę, że każdy znajdzie w Ostrawie coś dla siebie. O ile w ogóle uda mu się to znaleźć.
   Dalej można zobaczyć moją fotorelację z Ostrawy, która mało ma już wspólnego ze sztuką.




W Ostrawie można przenieść się do najróżniejszych miejsc na świecie. Nashville.


Las Vegas.
Soho.
A nawet Italia.


Kto oglądał "Małą Brytanię" ten wie.



Gołąb na ulicy Stodolní.

Ulica Stodolní.

Więcej nić kasyno! Stodoła również!


Te gromy mnie przeraziły.

Nadal ta sama ulica. Muzyka łagodzi obyczaje. Nastroje również.



Wspomniany Dům Umění.

Hände hoch! Rzeźba na siedzibie biskupstwa ostrawsko-opawskiego.


To ma zachęcać.

Oni ich wybrali. Nie popełniaj tego samego błędu!

Tu właśnie się zgubiłam.
Nadal nie wiedziałam, że błądzę.

Halt!
A tu miałam dotrzeć. Właśnie to miejsce znajdowało się na uciętym fragmencie mapy.

Dowód na to, że mój Dziadziuś jest trochę Czechem. Zawsze powtarza "coś głośno ta pumpa chodzi".
   

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Středoevropské forum Olomouc IV

   O Středoevropským forum Olomouc (SEFO) pisałam wcześniej. Już w przyszłym tygodniu kolejna jego odsłona w Muzeum Umění Olomouc. Tym razem wystawa sztuki słowackiej po 1945r. Nie mogę się już tego doczekać.


 Na plakacie można zobaczyć fragment dzieła Jany Želibské "Ona" (1967).

     Wspomnę jeszcze raz o samym SEFO. Ideą jest gromadzenie i eksponowanie sztuki Europy Środkowej po II wojnie światowej. SEFO to nie tylko koncepcja, ale też miejsce. Jak widać na załączonych zdjęciach przyszła siedziba SEFO różni się znacznie od zabudowy typowej dla Ołomuńca. Z tego też względu mieszkańcy toczyli ostre boje z dyrekcją, pomysł popierali za to studenci. Póki co MUO nie udało się zdobyć grantu na budowę, więc sprawa utknęła w miejscu, ale trzymam za nią kciuki, bo temu miastu przyda się właśnie centrum promujące w jeszcze większym stopniu współczesną sztukę. Sama budowla zauroczyła mnie swoją nowoczesnością i tym, że w tak wyraźny sposób odcina się od historycznej części miasta.

Biblioteka (źródło olomouc.idnes.cz)

Widok od strony Náměstí Republiky (źródło olomouc.idnes.cz)
Przekrój. Wygląda trochę jak butelki (źródło olomouc.idnes.cz)
 
(źródło olomouc.idnes.cz)

Front SEFO (źródło olomouc.idnes.cz)

sobota, 27 sierpnia 2011

Praga, znowu Praga!

    Tym razem krótko, bo i nie ma zbyt wiele do opisywania. W zeszłym tygodniu pojechałam z Aurelią do Pragi. Wszystko byłoby wspaniałe, gdyby nie obrzydliwy wirus, którego wiozłam tam ze sobą (mam nadzieję, że dzikie hordy turystów zostały zarażone). Jakoś zniosłam tę podróż. Co ciekawe w przedziale jechaliśmy w pięcioro i czworo z nas czytało, troje - książki i jedna osoba - gazetę. Piękny widok. 
    W Pradze ze względu na sentyment i przystępną cenę zatrzymałyśmy się w akademiku na Strahovie.Bardzo podobała mi się również próba komunikacji z głuchą recepcjonistką. Głuchą, ale bardzo miłą. Koszt noclegu to tylko 150 koron za noc, jeśli posiada się ISIC (kolejny plus tej karty). Żeby przybliżyć jak cudowne jest to miejsce umieszczam zdjęcia.

Nie, to nie jest batonik.
Aurelia: Ależ tu pięknie!
Arafatko-ścierka.
Dostałyśmy nawet "ręczniki".
Tylko nie idź w kierunku światła!
Gotujemy!


Ciąg dalszy gotowania. Instrukcja jak ugotować parówki w mikrofalówce nie mając talerza.

Gotuj się, kurwa, gotuj. (Dzięki, Alžběto)

I gotowe!
Nie ma to jak bułka z czekoladą.

Widać nawet Petřín!
Aurelia brata, a raczej siostrzy się z naturą.
Praga jest moja!
Jedyne wspólne zdjęcie.


Stadion Strahov.
Kůň. Rzeźba Davida Černého. Palác Lucerna.
Nie wiedziałam jeszcze, że ta cola kosztuje 55kč.
Tu kupują tylko jelenie.
"Above Mc Donald's". Ideał sięgnął bruku.
   Mam jakieś dziwne szczęście i trafiam ostatnio często na rozgrywki Sigmy Olomouc i powracających z meczu kibiców. I tym razem nie dość, że przez przypadek pojechałam złym pociągiem (czas podróży: 3 godziny, ale jest jeszcze taki pociąg, który jedzie 5 godzin, więc chyba miałam szczęście), to jeszcze na dworcu przywitały mnie grupy policjantów i takie oto tajemnicze dźwięki. Kibice południowomorawskiego Slovácka cieszyli się z remisu 1:1.