Naprawdę minęło tak dużo czasu od mojego ostatniego wpisu? A przecież tyle się w tym czasie wydarzyło! Powrót do Lu, rozwiązanie wielu spraw i przytłaczająca rzeczywistość małego miasta. Tutaj nie ma metra!
Może w takim razie kilka uwag na temat powrotu. Zamknięta przez 9 godzin w metalowej puszcze pociągu, odcięta od świata (ČD wciąż nie oferuje wi-fi w swoich pociągach, a gniazdka elektryczne znajdowały się tym razem tylko w pierwszej klasie - netbook musiał pójść spać) miałam sporo czasu na przemyślenia, ale jednocześnie obawiałam się wysiadki na Dworcu Centralnym. Z zasady radzę sobie sama i zazwyczaj odmawiam dżentelmenom, ale tym razem waga mojej walizki (a przecież część rzeczy została w Pradze) nie pozwoliła mi na samodzielność. Dworzec Centralny dysponuje chyba tylko biurem dezinformacji. Zapytać o rozkład można tylko w hali głównej, bo w kasie panie odmawiają odpowiedzi. Do hali głównej należy dotrzeć. Niestety nawet z peronów trudno jest się wydostać, ponieważ schody ruchome pozostają nieruchome. Z walizką wielkości mojej (dla zobrazowania podam, że w niej mieściły się 4 miesiące mojego życia w Czechach) lepiej nie ryzykować, więc wybrałam podjazd, który także pozostał nieruchomy. Na moje pytanie o windę pani w okienku (ta sama, która nie chciała mi udzielić informacji na temat pociągu) powiedziała, że nie ma, dworzec jest w przebudowie i schody nie działają. Zapytałam jak mam się w takim razie dostać do hali głównej mając tak wielką walizkę. Miła pani stwierdziła, że inni podróżni też mają wielkie walizki. Wtedy odczułam naprawdę wielką tęsknotę za Pragą i Czechami. Nigdy nie byłam zwolenniczką gloryfikowania Czechów i ich stylu życia, ale niestety w pewnych kwestiach możemy im tylko pozazdrościć. W każdym razie poradziłam sobie jakoś. Na szczęście jest jeszcze winda do Złotych Tarasów, którą dostałam się na górę.
Zanim skończę wylewać swoje żale na PKP i uprzejmość ichniej obsługi wspomnę jeszcze o zakupie biletu do Lublina. Legitymację studencką miałam nieważną, więc wybrałam bilet ze zniżką ISIC. W pociągu okazało się, że ta zniżka obowiązuje tylko z legitymacją z polskiej uczelni. Po co w takim razie ją się oferuje? W takim wypadku muszę okazać dwie legitymacje, co uważam za bezsensowne. Pal licho, najgorsze było to, że w pociągu musiałam kupić nowy bilet, brakowało mi na niego 5zł, kartą nie mogłam zapłacić, bo "trzeba było powiedzieć wcześniej, teraz bilet już wystawiony i musiałbym wystawić protokół" jak wyjaśnił mi pan konduktor. Oczywiście mogłam powiedzieć, że mnie to nie interesuje i powinien taki protokół sporządzić, ale obawiałam się, że nie mam tyle środków na koncie (potrzebowałam 35zł, a miałam jakieś 10). Poratowała mnie współpasażerka oferując mi 5zł. W zamian dałam jej korony, które, jak się okazało, mogą jej się przydać, bo jeździ czasem do Pragi. Po tylu nerwach mogłam wreszcie odetchnąć i spędzić resztę podróży w miłym towarzystwie.
Kiedyś czytałam felieton Sylwii Chutnik, w którym opisywała swoją podróż do Brna i niezwykłą uprzejmość czeskiego konduktora i w ogóle Czechów. Bardzo mi się to nie podobało, bo po przeciwnej stronie umieściła Polaków, którzy warczą, są niemili i wymigują się od udzielania pomocy. Wszystko zależy od ludzi, ale rzeczywiście, przynajmniej jeśli chodzi o obsługę, np. w pociągach, w Czechach można liczyć na dużo więcej. Zastanawiam się szczerze od czego to zależy. W końcu i Czechy i Polska były pod dominacją radziecką, starano się nas zsowietyzować i stąd ten typowy Homo sovieticus - człowiek, który potrafi się przystosować, unika pracy na rzecz społeczeństwa, nie obchodzi go dobro wspólne, po psie nie sprzątnie, a w pracy się obija. Część tych cech nadal obowiązuje, tzn. lepiej się nie wychylać, zepsuć coś i nie przyznać się, w dodatku też udawanie, że nic się nie dzieje, jeśli widzimy, że ktoś coś umyślnie niszczy, czy zachowuje się wbrew ogólnie przyjętym regułom życia społecznego. Do tego jesteśmy coraz bardziej zamknięci i skoncentrowani na nas samych. Te refleksje nasunęły mi się po lekturze artykułu w Dużym Formacie o eksperymencie - jak żyło się w PRL-u. Tych czasów oczywiście nie pamiętam, ale obserwując ludzi, widzę jak trwałe ślady pozostawiły one w ich zachowaniu. Wszystko się zmienia, małymi krokami, ale powoli zapominamy o tych negatywnych wzorcach.






