poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Středoevropské forum Olomouc IV

   O Středoevropským forum Olomouc (SEFO) pisałam wcześniej. Już w przyszłym tygodniu kolejna jego odsłona w Muzeum Umění Olomouc. Tym razem wystawa sztuki słowackiej po 1945r. Nie mogę się już tego doczekać.


 Na plakacie można zobaczyć fragment dzieła Jany Želibské "Ona" (1967).

     Wspomnę jeszcze raz o samym SEFO. Ideą jest gromadzenie i eksponowanie sztuki Europy Środkowej po II wojnie światowej. SEFO to nie tylko koncepcja, ale też miejsce. Jak widać na załączonych zdjęciach przyszła siedziba SEFO różni się znacznie od zabudowy typowej dla Ołomuńca. Z tego też względu mieszkańcy toczyli ostre boje z dyrekcją, pomysł popierali za to studenci. Póki co MUO nie udało się zdobyć grantu na budowę, więc sprawa utknęła w miejscu, ale trzymam za nią kciuki, bo temu miastu przyda się właśnie centrum promujące w jeszcze większym stopniu współczesną sztukę. Sama budowla zauroczyła mnie swoją nowoczesnością i tym, że w tak wyraźny sposób odcina się od historycznej części miasta.

Biblioteka (źródło olomouc.idnes.cz)

Widok od strony Náměstí Republiky (źródło olomouc.idnes.cz)
Przekrój. Wygląda trochę jak butelki (źródło olomouc.idnes.cz)
 
(źródło olomouc.idnes.cz)

Front SEFO (źródło olomouc.idnes.cz)

sobota, 27 sierpnia 2011

Praga, znowu Praga!

    Tym razem krótko, bo i nie ma zbyt wiele do opisywania. W zeszłym tygodniu pojechałam z Aurelią do Pragi. Wszystko byłoby wspaniałe, gdyby nie obrzydliwy wirus, którego wiozłam tam ze sobą (mam nadzieję, że dzikie hordy turystów zostały zarażone). Jakoś zniosłam tę podróż. Co ciekawe w przedziale jechaliśmy w pięcioro i czworo z nas czytało, troje - książki i jedna osoba - gazetę. Piękny widok. 
    W Pradze ze względu na sentyment i przystępną cenę zatrzymałyśmy się w akademiku na Strahovie.Bardzo podobała mi się również próba komunikacji z głuchą recepcjonistką. Głuchą, ale bardzo miłą. Koszt noclegu to tylko 150 koron za noc, jeśli posiada się ISIC (kolejny plus tej karty). Żeby przybliżyć jak cudowne jest to miejsce umieszczam zdjęcia.

Nie, to nie jest batonik.
Aurelia: Ależ tu pięknie!
Arafatko-ścierka.
Dostałyśmy nawet "ręczniki".
Tylko nie idź w kierunku światła!
Gotujemy!


Ciąg dalszy gotowania. Instrukcja jak ugotować parówki w mikrofalówce nie mając talerza.

Gotuj się, kurwa, gotuj. (Dzięki, Alžběto)

I gotowe!
Nie ma to jak bułka z czekoladą.

Widać nawet Petřín!
Aurelia brata, a raczej siostrzy się z naturą.
Praga jest moja!
Jedyne wspólne zdjęcie.


Stadion Strahov.
Kůň. Rzeźba Davida Černého. Palác Lucerna.
Nie wiedziałam jeszcze, że ta cola kosztuje 55kč.
Tu kupują tylko jelenie.
"Above Mc Donald's". Ideał sięgnął bruku.
   Mam jakieś dziwne szczęście i trafiam ostatnio często na rozgrywki Sigmy Olomouc i powracających z meczu kibiców. I tym razem nie dość, że przez przypadek pojechałam złym pociągiem (czas podróży: 3 godziny, ale jest jeszcze taki pociąg, który jedzie 5 godzin, więc chyba miałam szczęście), to jeszcze na dworcu przywitały mnie grupy policjantów i takie oto tajemnicze dźwięki. Kibice południowomorawskiego Slovácka cieszyli się z remisu 1:1.

środa, 24 sierpnia 2011

Szukając inspiracji...

    Może jednak powinnam zatytułować ten post „Szukając Viewegha”? Może to być odczytane w obu językach – czeskim i polskim. Dlaczego? Obawiałam się już, że moja przygoda blogerki zakończy się po czterech postach. Przez cały tydzień gościłam u siebie Aurelię i nie miałam absolutnie czasu na zapisanie choćby jednego słowa. W muzeum nie mogę się na tym skupić, ciągle mnie coś rozprasza. Dziś załamana swoją bezpłodnością umysłową sięgnęłam po dodatek do Lidových novin – Ona dnes i inspiracja przyszła sama. Radka Kvačková pisze o moim „ulubionym” czeskim autorze, czyli Michale Vieweghu. Ona też przeżywa niemoc twórczą podczas pisania dziennika, bo co zapisywać kiedy nic się nie dzieje? Rozwiązaniem jest opisywanie nudnej codzienności tak, jak robi to Viewegh. On jeszcze na tym zarabia. 
    Zazdrościmy Czechom, że czytają tyle książek, podczas gdy w Polsce czytelnictwo  spada z roku na rok i wkrótce większość społeczeństwa stanie się analfabetami. Problem w tym, że jeśli Viewegh uznawany jest za najbardziej poczytnego autora w Czechach, to ja im szczerze współczuję. Jasne, kilka lat temu Janusz L. Wiśniewski (od razu nasuwa mi się na myśl Michał L. Wiśniewski) ze swoją „Samotnością w sieci” też podbijał serca polskich czytelników, ale kto chciałby się przyznać, że go czyta? Na wakacjach, owszem to jeszcze wypada (sięgamy wtedy po lekkie i przyjemne książki nie wymagające wysiłku intelektualnego), ale w czasie wolnym, po pracy, w drodze do pracy, albo czekając na wykład na uczelni? Chyba tylko jeśli książka miałaby szarą papierową okładkę, jak czasem jeszcze spotyka się w bibliotekach. Dlaczego jestem tak bardzo przeciwna panu Vieweghowi? Zaczęłam czytać 3 jego książki. Przebrnęłam tylko przez jedną, chociaż wszystkie były dosyć cienkie, pisane czcionką wielką jak byk. Obejrzałam 3 filmy na podstawie jego utworów i nadal nie rozumiem, co w nim jest takiego, co ludzi przyciąga? Beznadziejność życia w jakim tkwimy? Jest w tym jakaś desperacja, bo historie opisywane przez niego są bardzo proste, a z drugiej strony jest w nich coś zaskakującego, trwającego chwilę, ale zmieniającego prozę życia codziennego. Tylko do cholery jasnej, czy tam musi być zawsze romans 40-latka z 20-latką? To naprawdę robi się nudne. W sumie w 5-ciu znanych mi jego utworach ten motyw się pojawia. Czyżby jego niedoścignione marzenie, obsesja?
Ponieważ ja w chwili obecnej walczę z wirusem i w moim żywocie nic się nie dzieje, to postaram się to ująć na Vieweghowy sposób, zupełnie jak Radka Kovačová w swoim felietonie.
    Poszłam spać późno, około 3. i moim jedynym marzeniem było spać do 10. Niestety, moja sąsiadka z segmentu akurat o 8. postanowiła odbyć rozmowę za pomocą magicznego wynalazku, jakim jest skype. Nie wiem czy jakość połączenia jest słaba, czy też może w jej kraju po prostu tradycją są głośne rozmowy (od razu wyjaśnię, że nie jest Włoszką), ale jej poranne wrzaski wyrwały mnie brutalnie z objęć Morfeusza. Długo potem nie mogłam zasnąć. Ostatecznie przespałam dźwięk budzika o 10. i otworzyłam oczy dopiero ok.11.
   Poranek zaczęłam od lektury książki Roberta Cialdiniego „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka”. Postanowiłam nauczyć się trochę więcej o tym, jak walczyć z wszechobecną reklamą. Już teraz podchodzę bardziej świadomie do robienia zakupów, staram się analizować oferty i wybierać tylko to, czego potrzebuję, ale wciąż mam wrażenie, że moja ochrona jest dziurawa i kapitalistyczny moloch na mnie oddziałuje. Dość tego! Wczoraj widziałam film "How to Boil a Frog". Świetny pełnometrażowy dokument przeznaczony dla dzieci i młodzieży (czasem w to wątpiłam), dzięki któremu w przystępny sposób dowiadujemy się, co zrobić, żeby nie zniszczyć świata. Polecam każdemu, kto choć trochę interesuje się przyszłością środowiska w którym żyjemy.
   Niestety, zapędziłam się i zaczęłam pisać o moich przemyśleniach, a nie o prozie życia codziennego. Resztę dnia poświęciłam na rozgryzienie sztuki manipulacji oraz naukę czeskiego i angielskiego. Wirus działa orzeźwiająco na mój umysł.
 

czwartek, 11 sierpnia 2011

Praca w MUO

   Pierwszy dzień mojej pracy w MUO był cudowny, a jednocześnie bardzo stresujący. Na początek spotkanie z dyrektorem, seria pytań i oczekiwania. Potem zebranie z pozostałymi pracownikami, którzy mają się mną opiekować, a na koniec poznałam absolutnie wszystkich zatrudnionych w muzeum. Chyba ponad 20 razy wyciągnęłam rękę i powiedziałam "Těší mě". W dodatku wszystko po czesku i ten stres i obawa, że się zbłaźnię. Dwóch panów, jak to określiła p. Gina (moja opiekunka) zaczęło "szarmować" z "dzień dobry", ale ona od razu ich zgasiła mówiąc: jenom česky, jenom česky, ona výborně mluví česky. Co prawdą nie jest, ale na potwierdzenie wystarczyło nieśmiało się uśmiechać i kiwać głową. 
    MUO, czyli Muzeum Umění Olomouc to pokaźna instytucja z kilkoma filiami. To też niezwykłe miejsce, ponieważ jest połączeniem muzeum i galerii. Ma ogromne zbiory własne i co kilka miesięcy zmienia wystawy. Teraz w samym Muzeum Moderního Umění są 4 wystawy, w tym jedna twórczości Magdaleny Abakanowicz. Pozostałe to świetne fotografie Jaroslava Vávry, kolekcja sztuki użytkowej w postaci mebli - krzeseł, foteli itp., na których nie chce się wcale siadać, ale je podziwiać. Ostatnia czasowa ekspozycja to "Sławne wille Czech, Moraw i Śląska". Składa się chyba z ponad 100 tablic dotyczących konkretnych willi, wybudowanych od 19. do 21 w. Najwięcej dotyczy przełomu 19 i 20w., ponieważ wtedy nastąpił prawdziwy boom budowlany związany z pojawieniem się w Czechach bogatej burżuazji. Na przykładzie tego budownictwa można zobaczyć też przekrój obowiązujących wówczas stylów architektonicznych - secesji, modernizmu itd. Na tej wystawie odnalzałam willę Primavesi, która znajduje się 50m od mojego mieszkania, oraz słynną modernistyczną willę Tugendhat, którą zobaczyć można w Brnie. Niestety od ponad roku jest ona w remoncie i dla zwiedzających otwarta zostanie dopiero w połowie przyszłego roku. Należy zatem uzbroić się w cierpliwość. Natomiast na ostatnim piętrze muzeum jest stała ekspozycja "Dom Miłośnika sztuki"", która zawitała nawet do Krakowa i w związku z tym wydarzeniem powstał kilkunastominutowy film, który można tam również obejrzeć. Kiedy już zapoznamy się z filmem, warto wspiąć się na wieżyczkę, wieńczącą dach budynku muzeum i zoabczyć panoramę miasta.

Abakany

Te schody prowadzą do ekspozycji "Po tentokrát nesedat"



    Coś więcej o mojej pracy? Na razie nie mam zbyt poważnych obowiązków. Większość czasu spędzam przed komputerem. Pracuję ze Słowaczką Katariną i panem Ivem. Oboje są kuratorami. Z panem Ivem rozmawiam o literaturze w czasach komunizmu. Przyniósł mi ostatnio bardzo ciekawe książki o dysydentach i polecił praską księgarnię z samizdatem. Obiecał też przedstawić mi jakiegoś opozycyjnego poetę. Jeszcze nie wiem konkretnie kogo,
p. Ivo wymienia tyle nazwisk, że nie jestem w stanie ich zapamiętać. Ale znalazłam pokrewną duszę. Do moich zadań będzie też należała praca przy SEFO, czyli Středoevropským Forum Olomouc. SEFO pozostaje na razie w sferze koncepcji, choć docelowo ma też powstać budynek - bardzo kontrowersyjny według części mieszkańców Ołomuńca - który miałby pomieścić zbiory muzeum, a jednocześnie być prawdziwym forum sztuki współczesnej Europy Środkowej. Już teraz w ramach SEFO odbywają się różnorodne projekty i wystawy (wkrótce wystawa twórczości słowackich artystów). Niestety, MUO nie dostało dotacji z UE, więc konserwatywni mieszkańcy Ołomuńca jeszcze przez jakiś czas mogą spać spokojnie.
    Jutro znów przyjdzie mi się zmagać z programem Demus. Opracowano go specjalnie dla galerii i muzeów jako ewidencję zbiorów. W opisie znalazłam, że jest alternatywą dla ewidencji kartkowej. Owszem, ale ewidencja kartkowa była na pewno prostsza w użyciu. Dziś wykonałam już 2/3 pracy, kiedy Demus, mój cudowny, powiedział mi, że nie może więcej zapamiętać i nie przyjmował żadnych poleceń. Straciłam wszystkie dane, ponieważ odmówił nawet zapisania moich wyników. Uparciuch jeden.
    Natomiast miejsce, w którym pracuję to dawna sala wystawowa. Częściowo znajduje się tu też biblioteka, a dokładnie to, co nie zmieściło się we właściwej bibliotece. 







Jak widać poza biurem znajduje się tu też skład wszystkiego.



Taki mam widok z okna.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Olomouc

   Od tygodnia jestem w Ołomuńcu. W zeszłą niedzielę przyjechałam do mojego dziwnego mieszkania. W samym centrum, więc sprawa świetna, ale niestety od kiedy  obejrzałam "Miasteczko Twin Paks" nie mogę mieszkać sama. Boję się, że Bob po mnie przyjdzie. Wiem, że BOB to tylko wytwór wyobraźni, ale od kiedy Ela powiedziała mi, że ten aktor to członek ekipy filmowej, który tak bardzo spodobał się Lynchowi, że ten postanowił obsadzić go w roli Boba, nie mogę przestać myśleć o tym, że Bob to normalny gość z długimi, siwymi włosami i w dżinsowej kurtce (w Ołomuńcu często takich można zobaczyć), którego mogę spotkać na ulicy, albo w mojej kamienicy... Niby taki spoko facet, a jednocześnie czyha na moją duszę... Na potwierdzenie jeszcze scena zamykająca (?) serial.


A tu sympatyczne zdjęcie. Harry Truman, BOB i Gordon Cole (David Lynch we własnej osobie). Od razu robi się cieplej na sercu.

    Na szczęście lub na nieszczęście moje mieszkanie znajduje się 3 minuty od MUO, w którym odbywam praktyki. Mogę wyjść do pracy o 7.55 i nie mam szansy się spóźnić. W sumie nawet jak przyszłam o 8.30 to nikt nie zwrócił na to uwagi... Ale! Tak krótka droga nie pozwala mi na przesłuchanie ani jednego relaksującego utworu, zatem ukochany Karel Kryl musiał na chwilę pójść w odstawkę. Najdalej stąd mam do Kauflandu, więc wtedy znów mogę słuchać jego utworów.
    Na razie przypominam sobie miasto i większość wolnego czasu spędzam na spacerach. Oczywiście czas wolny oznacza przerwę w pisaniu, czytaniu, nauce, oglądaniu filmów (staram się nadrobić stracony czas). Miasto jest wyludnione. Prawdopodobnie znów nawiedziła je morowa zaraza i przeżyły tylko najsilniejsze organizmy. Dokumentacja fotograficzna tylko potwierdza moje przypuszczenia. 
Jak widać na Horním Náměstí aż roi się od turystów.


  
Ideał sięgnął bruku.
Mój pierwszy po powrocie smažený sýr w bułce. Oczywiście prosto od zioma w ścianie.
Znów ci turyści.
Hmm, przekreślono cenę 699kc, a jak wyjeżdżałam to kosztowały o 100kc mniej.... Na szczęście jestem mistrzynią wyprzedaży i udało mi się kupić je w PL za 19zł :-)
Podróbka Krecika. Wystarczy spojrzeć na oczy i niekształtne dłonie.

Mahlerova ulice. Chyba.

Čechovy sady. Kody na cestě.

Krasná červená hvězda


Tu możesz czuć się bezpiecznie.

Para Czechów. Para sandałów.

Naprzeciw Sokola pan łowi ryby nad rzeką, której nazwy nie znam.

Znów rzeka. Bezimienna.

Straszne zdjęcia. Policjanci ochraniają kibiców Banika Ostrava. 3:0 dla Sigmy Olomouc.

A tu rozmazani kibice. Zdjęcie zrobiłam wskakując do tramwaju. Stąd ta jakość.

Bezručovy sady.