Może jednak powinnam zatytułować ten post „Szukając Viewegha”? Może to być odczytane w obu językach – czeskim i polskim. Dlaczego? Obawiałam się już, że moja przygoda blogerki zakończy się po czterech postach. Przez cały tydzień gościłam u siebie Aurelię i nie miałam absolutnie czasu na zapisanie choćby jednego słowa. W muzeum nie mogę się na tym skupić, ciągle mnie coś rozprasza. Dziś załamana swoją bezpłodnością umysłową sięgnęłam po dodatek do Lidových novin – Ona dnes i inspiracja przyszła sama. Radka Kvačková pisze o moim „ulubionym” czeskim autorze, czyli Michale Vieweghu. Ona też przeżywa niemoc twórczą podczas pisania dziennika, bo co zapisywać kiedy nic się nie dzieje? Rozwiązaniem jest opisywanie nudnej codzienności tak, jak robi to Viewegh. On jeszcze na tym zarabia.
Zazdrościmy Czechom, że czytają tyle książek, podczas gdy w Polsce czytelnictwo spada z roku na rok i wkrótce większość społeczeństwa stanie się analfabetami. Problem w tym, że jeśli Viewegh uznawany jest za najbardziej poczytnego autora w Czechach, to ja im szczerze współczuję. Jasne, kilka lat temu Janusz L. Wiśniewski (od razu nasuwa mi się na myśl Michał L. Wiśniewski) ze swoją „Samotnością w sieci” też podbijał serca polskich czytelników, ale kto chciałby się przyznać, że go czyta? Na wakacjach, owszem to jeszcze wypada (sięgamy wtedy po lekkie i przyjemne książki nie wymagające wysiłku intelektualnego), ale w czasie wolnym, po pracy, w drodze do pracy, albo czekając na wykład na uczelni? Chyba tylko jeśli książka miałaby szarą papierową okładkę, jak czasem jeszcze spotyka się w bibliotekach. Dlaczego jestem tak bardzo przeciwna panu Vieweghowi? Zaczęłam czytać 3 jego książki. Przebrnęłam tylko przez jedną, chociaż wszystkie były dosyć cienkie, pisane czcionką wielką jak byk. Obejrzałam 3 filmy na podstawie jego utworów i nadal nie rozumiem, co w nim jest takiego, co ludzi przyciąga? Beznadziejność życia w jakim tkwimy? Jest w tym jakaś desperacja, bo historie opisywane przez niego są bardzo proste, a z drugiej strony jest w nich coś zaskakującego, trwającego chwilę, ale zmieniającego prozę życia codziennego. Tylko do cholery jasnej, czy tam musi być zawsze romans 40-latka z 20-latką? To naprawdę robi się nudne. W sumie w 5-ciu znanych mi jego utworach ten motyw się pojawia. Czyżby jego niedoścignione marzenie, obsesja?
Ponieważ ja w chwili obecnej walczę z wirusem i w moim żywocie nic się nie dzieje, to postaram się to ująć na Vieweghowy sposób, zupełnie jak Radka Kovačová w swoim felietonie.
Poszłam spać późno, około 3. i moim jedynym marzeniem było spać do 10. Niestety, moja sąsiadka z segmentu akurat o 8. postanowiła odbyć rozmowę za pomocą magicznego wynalazku, jakim jest skype. Nie wiem czy jakość połączenia jest słaba, czy też może w jej kraju po prostu tradycją są głośne rozmowy (od razu wyjaśnię, że nie jest Włoszką), ale jej poranne wrzaski wyrwały mnie brutalnie z objęć Morfeusza. Długo potem nie mogłam zasnąć. Ostatecznie przespałam dźwięk budzika o 10. i otworzyłam oczy dopiero ok.11.
Poranek zaczęłam od lektury książki Roberta Cialdiniego „Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka”. Postanowiłam nauczyć się trochę więcej o tym, jak walczyć z wszechobecną reklamą. Już teraz podchodzę bardziej świadomie do robienia zakupów, staram się analizować oferty i wybierać tylko to, czego potrzebuję, ale wciąż mam wrażenie, że moja ochrona jest dziurawa i kapitalistyczny moloch na mnie oddziałuje. Dość tego! Wczoraj widziałam film "How to Boil a Frog". Świetny pełnometrażowy dokument przeznaczony dla dzieci i młodzieży (czasem w to wątpiłam), dzięki któremu w przystępny sposób dowiadujemy się, co zrobić, żeby nie zniszczyć świata. Polecam każdemu, kto choć trochę interesuje się przyszłością środowiska w którym żyjemy.
Niestety, zapędziłam się i zaczęłam pisać o moich przemyśleniach, a nie o prozie życia codziennego. Resztę dnia poświęciłam na rozgryzienie sztuki manipulacji oraz naukę czeskiego i angielskiego. Wirus działa orzeźwiająco na mój umysł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz