Niedawno do czeskich kin wszedł nowy film "Alois Nebel". Historia o demonach przeszłości, zemście i miłości. Film powstał na podstawie komiksowej trylogii Jaroslava Rudiša i Jaromíra 99 (sam komiks wrócił wlaśnie na łamy Reflexu). Czarno-biała animacja rotoskopowa przeniosła mnie do Czech z czasów aksamitnej rewolucji. Polityczny przewrót sprawia, że powracają również dawne przewiny, czyli deportacja Niemców po drugiej wojnie światowej.
Alois Nebel jest dróżnikiem na stacji w Białym Potoku i od czasu do czasu pojawia się w jego głowie mgła, która przywołuje dramatyczne wspomnienia z dzieciństwa, a w końcu zmienia jego życie. W roli głównej pojawił się Miroslav Krobot, który w Dejvickím Divadle wyreżyserował adaptację "Człowieka bez przeszłości" Akiego Kaurismäki. Jaroslav Rudiš nazwał go "czeskim Finem", a żeby przekonać się dlaczego, wystarczy przeczytać w magazynie Reflex ich wywiad, a właściwie rozmowę, która miała miejsce po premierze filmu na festiwalu Wenecji. Mnie osobiście najbardziej ujął wątek o zupkach chińskich i mieszaniu smaków, po przeczytaniu którego postanowiłam, że muszę zobaczyć ten film.
Jeszcze długo po zakończeniu filmu, czytając napisy końcowe i słuchając utworu "Mimosézona" zespołu Priessnitz, miałam poczucie, że to jeden z lepszych czeskich filmów ostatnich lat, które widziałam. Problem rozliczenia z przeszłością jest częstym tematem w czeskim kinie, ale dopiero od niedawna oprócz usprawiedliwiania twórcy starają się ukazać historię taką, jaką była, a ocenę pozostawiają widzowi.
Przy okazji "Alois Nebel" wskrzesił też dawno zapomnianego Václava Neckářa, który powrocił z piosenką "Půlnoční". Jedna z największych muzycznych niespodzianek roku!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz