sobota, 29 grudnia 2012

Tożsamość skandynawska

      Podczas gdy poprzednie dekady były zdominowane przez fascynację światem śródziemnomorskim - włoskim czy francuskim stylem życia, kuchnią i kulturą, tak teraz na ustach wszystkich pojawiła się Skandynawia. Najlepszą restauracją świata została kopenhaska Noma, w której rezerwację należy robić z miesięcznym wyprzedzeniem, serca podbija północna architektura, a Dania przestaje się już kojarzyć tylko z przepysznymi bułeczkami. 


        Niesamowite samo w sobie Muzeum Sztuki Współczesnej Louisiana prezentowało niedawno wystawę Tożsamość skandynawska, która wywarła na mnie wielkie wrażenie. W kilkunastu pomieszczeniach można było prześledzić co właściwie dla samych mieszkańców Północy znaczy skandynawskość. Kilkunastu artystów z Danii, Finlandii, Islandii, Norwegii i Szwecji zostało poproszonych o zaprojektowanie małych pudełek-scen teatralnych, w których mieli pokazać, co według nich stanowi o unikalności ich regionu i co te kilka krajów ma ze sobą wspólnego - co jest bazą kultury Skandynawii.






    Fascynujące okazały się modele i zdjęcia budowli użyteczności publicznej. W przeciwieństwie do niesamowitego molocha Hotelu Gołębiewski, który aż prosi się o wysadzenie w powietrze, większość budynków w Skandynawii harmonizuje ze swoim otoczeniem. Muzea, szkoły, szpitale, ale też zwykłe domy projektowane są tak, aby pasowały do tego, co znajduje się wokół, a jednocześnie miały w sobie coś charakterystycznego.

Projekt
I rzeczywistość

       Jeden z przykładów wpływu krajów skandynawskich to biblioteka otwarta. Wykorzystano tu prostą zasadę równego dostępu do dóbr publicznych, dzięki czemu edukacja przestała być już tylko przywilejem zamożnych, a przecież światłe i wykształcone społeczeństwo może przyczynić się tylko do dobra państwa. Takie biblioteki na szczęście istnieją już i w innych krajach, ale w wielu niestety wciąż pokutuje zasada, że tylko bibliotekarz ma dostęp do całego zasobu, a książkę czytelnik może zniszczyć albo odłożyć na niewłaściwe miejsce, o czym już wcześniej pisał Umberto Eco.

W takiej bibliotece z całą pewnością chciałabym się uczyć!

        Kilku architektów wykonało też projekty niekiedy zaskakujących miniaturowych budowli, do których każdy mógł wejść i sprawdzić na własnej skórze, czy chciałby tam zamieszkać. Oprócz budynku z betonu przypominającego bardzo minimalistyczny kościół, czy drewnianego domku nawiązującego do sauny, miałam okazję zajrzeć i zwiedzić wnętrze czegoś wykonanego z blachy falistej, co cieszyło się wśród zwiedzających ogromną popularnością, ponieważ środek przypominał ślimaka i każdy chciał się przekonać, gdzie znikają inni ludzie. 

Budowla przeznaczona dla niskich i smukłych ludzi.



         Na końcu wystawy, która ciągnęła się kilometrami (głównie zdjęć i opisów) trochę miejsca zostało przeznaczone na pokazanie duńskiego fenomenu rowerowego i przystosowania infrastruktury dla ludzi, a nie samochodów. Na krótkim filmie można było zobaczyć jak ważne jest zabudowanie przestrzeni publicznej tak, aby była dostępna dla każdego i służyła przede wszystkim mieszkańcom.

Jeden z licznych modeli umieszczonych na wystawie.
       Na koniec jeszcze dodam coś, co niemal dla każdego, kto po raz pierwszy przyjeżdża do Danii może się wydać zaskakujące. W jednym z pudełek przygotowanych przez artystów znalazła się duńska flaga - Dannebrog, czyli coś co towarzyszy Duńczykom przy najważniejszych i to wcale nie państwowych okazjach. Flagi stawia się na torcie urodzinowym, przykleja na kartki, a przed wieloma domami znajdują się maszty, na których nawet każdego dnia powiewają flagi. To chyba też podkreśla jak bardzo mieszkańcy niektórych krajów skandynawskich są przywiązani do swojej państwowości i to nie w żaden pompatyczny sposób. 
Dannebrog


czwartek, 8 listopada 2012

Androginekologia

     W maju w praskim VŠUP (Wyższa Szkoła Artystyczno-Przemysłowa, czyli czeski odpowiednik ASP) odbyło się komentowane zwiedzanie wystawy prac studentek Pracowni Body Artu w Brnie (Atelier Tělového Designu - ATD). Zaskakujące, że chociaż wydawało mi się, że to język czeski jest przesiąknięty na wskroś zapożyczeniami z języka angielskiego, to niestety nie mogę znaleźć polskiego odpowiednika body artu. Na wystawę przyciągnęła mnie postać Kateřiny Olivovej, czeskiej performerki, której występ miałam okazję zobaczyć na festiwalu Performance Platform w Lublinie. 

     Body art jest dziedziną sztuki, która budzi coraz większe zainteresowanie widzów. Istnieje od drugiej połowy 20. stulecia (chociaż Marcel Duchamp, jej prekursor, stawiał w niej pierwsze kroki już w latach 20.), ale wydaje się, że współczesne pojmowanie cielesności oraz zmasowany nacisk na społeczeństwo, aby całe swoje zainteresowanie poświęcało ciału i dbałości o nie, sprawia, że artyści również coraz częściej się nim zajmują.

      Przewodniczkami po wystawie były Lenka Klodová, która prowadzi pracownię, oraz jej dwie studentki, w tym właśnie Kateřina OlivováKlodová jest jedną z najsłynniejszych przedstawicielek czeskiego body artu - jej pracą doktorską był projekt magazynu pornograficznego dla kobiet. Stwierdziła, że w tej dziedzinie brakuje żeńskiego odpowiednika, który spełniałby oczekiwania kobiet, więc w jej projekcie najważniejsze nie było hasło "chcę cię mieć", ale "sprawię, byś mnie chciał", które bardziej pasuje do sposobu w jaki seks postrzegają kobiety. Powstał więc magazyn, gdzie nie ma ani jednego zdjęcia kobiecego ciała w całości - są tylko fragmenty (ręka, noga), dzięki czemu czytelniczka nie może się porównywać z modelką, co często prowadzi raczej do kompleksów, niż podniecenia. Gazety, niestety, nie widziałam całej, ale fragmenty są dosyć interesujące. Wiele prac Klodovej dotyczy właśnie kobiet, ich pozycji w społeczeństwie, problemów, z jakimi współcześnie się borykają, ale też związków, relacji między kobietą a mężczyzną, seksu.

       Wystawa nosiła tytuł "Androginekologia", która według Klodovej powinna stać się nową dziedziną wiedzy, gdzieś na pograniczu nauk humanistycznych, społecznych i sztuki. Jej zadanie miałoby polegać na studiowaniu człowieka jako całości - bez dzielenia na anatomię, fizjologię czy psychologię. 

     To, co można było zobaczyć w galerii, to efekt pracy studentek z modelem, tym razem męskim, ponieważ do tej pory miały okazję współpracować tylko z kobietami, m.in. przy projekcie Stówka za godzinę. Sam model, czyli Roman, na oprowadzaniu po wystawie się nie pojawił. Właściwie skutki współpracy trochę go przytłoczyły - nie przypuszczał, że jego zdjęcia (niektóre nagie) pojawią się w gazetach, czy internecie. A już na pewno, że mogliby zobaczyć je bliscy i znajomi. Oczywiście za pracę otrzymał wynagrodzenie, ale najwidoczniej nie przewidział, że projekt odbije się takim echem w mediach - jeden z najważniejszych czeskich dzienników zamieścił dosyć obszerną relację z wernisażu.

     Lenka Klodová zaprzecza twierdzeniom, że jest feministką, ale jednocześnie w swoich pracach często broni praw kobiet i sprzeciwia się stereotypowemu ukazywaniu ich w życiu publicznym. Jedna z jej prac nosi tytuł Moje rajstopy i tworzą ją zdjęcia nóg artystki z długimi włosami uformowanymi we wzór kabaretek. W ten sposób Klodová chciała wyrazić swój sprzeciw wobec presji jaką wywiera się na kobiety i zmusza je do golenia nóg, choć nie o nogi tylko chodzi, ale o wszelkie formy naciskania kobiet, aby dążyły do aktualnie uznawanego ideału urody. A Lenka Klodová zupełnie nic sobie z tego nie robiąc przyszła na wystawę w krótkiej spódnicy i z włochatymi nogami, które od razu rzucały się w oczy i dawały jednocześnie przedsmak tego, co można było zobaczyć w galerii.

    Sala wystawowa VŠUP to jedno nieduże pomieszczenie, więc żeby zapewnić zwiedzającym intymną atmosferę, kilka prac znalazło się w mini kabinach prysznicowych, czyli małych pokoikach oddnielonych od reszty pomieszczenia zasłonkami (można było rzeczywiście poczuć się  jak w kabinie). Prace były wykonane różnymi metodami - znalazły się tam m.in. ready made w postaci krzesła zrobionego z faktur oraz prezentacje szkiców ciała, które były pomysłem na program telewizyjny, dzięki któremu widzowie zamiast bezmyślnie gapić się w telewizor mogli przynajmniej doskonalić się w rysunku. 

     Na zakończenie w jednej z mini kabin przebiegła projekcja na temat samej pracowni. Dobrze, że przyszło tylko pięcioro widzów, dzięki temu niemalże wszyscy mieli okazję zajrzeć do środka i dowiedzieć się czegoś o działalności Klodovej i jej studentek. Sama Klodova przedstawiła stronę internetową ATD i opowiedziała o kilku projektach, a jej studentka dodała kilka słów o swojej własnej pracy, która miała być pamiętnikiem nastolatki, tyle że trochę innym niż wszystkie - były w nim zdjęcia makro męskiego członka, które miały wprowadzić dziewczyny w temat seksualności, a jednocześnie oswoić je z męskim ciałem.

    Dodatkowo widzowie mogli posłuchać też ciekawego projektu, w którym modelka została użyta jako narzędzie artystki - jedna ze studentek wydawała jej precyzyjne polecenia (co znalazło się na nagraniu) dotyczące tego jak powinna namalować obraz. Usłyszała dokładnie w jakiej odległości miały znaleźć się poszczególne elementy, jakiej miały być wielkości i koloru. Modelka była całkiem dumna ze swojej pracy i nawet zupełnie nie pomyślała, że sama nie była jej autorką. To był tylko jeden z eksperymentów, a z resztą twórczości studentek można zapoznać się też na stronie internetowej ATD.

środa, 24 października 2012

Natáčíme film c.d.

   Projekt dobiega już końca i zaczynam cieszyć się na powrót do domu. Pięć dni spędzonych wśród romskiej młodzieży potrafi wykończyć. Tyle czasu z nastolatkami to dla mnie dosyć długo, a już na pewno z tak hiperaktywnymi. Romskie wychowanie różni się dosyć od tego, którego sama doświadczyłam. Na tym nie kończą się różnice i jestem zadowolona z tego, że zdecydowałam się tutaj przyjechać. 

   Romowie, których spotykałam dotychczas w Polsce należą do zupełnie innej grupy niż ci "moi", którzy są właściwie częścią czeskiego i słowackiego społeczeństwa. Niektórzy z nich nie mówią już nawet po romsku, a przy tym często mają też problemy z wyjaśnieniem innym na czym polega dla nich bycie Romem, bo w paszporcie nie mają wpisanej  takiej narodowości. Zawiera się to dla nich w tradycjach i utożsamianiu się z narodem, który nie ma własnego państwa. Możliwe, że uprzedzenia i ataki na nich jeszcze bardziej ich konsolidują i pozwalają pamiętać o wspólnym pochodzeniu. Takie jest przynajmniej moje spostrzeżenie. 

   Wczoraj miałam okazję być po raz pierwszy w knajpie prowadzonej przez Romów. Miała swoją specyfikę, a w dodatku znajdowała się na wsi, co jeszcze bardziej dodawało jej uroku. Do tej wsi dotarłam właściwie, ponieważ pochodzi z niej kilka osób biorących udział w projekcie. Kręciliśmy tam kilka scen, więc po skończeniu kolejnego dnia zdjęć mieliśmy trochę czasu na poznanie okolicy. Poza tym, że było tam ciemno, w rogu stały automaty do gier oblegane przez miejscowe dziewczyny, to jeszcze barmanki tańczyły w rytmie romskiego hip hopu. Tu uwaga, że ten typ muzyki jest tu szczególnie popularny. Sądzę, że to ze względu na teksty, które są zazwyczaj o biedzie, braku szans i sprzeciwianiu się temu wszystkiemu. Na pewno nie chodzi o samą muzykę, bo od niej już mi uszy puchną, bo oczywiście musi ona być bardzo głośna i najlepiej z wyraźnymi basami. Tu jeszcze jedno spostrzeżenie - Romowie (a przynajmniej ta grupka, którą poznałam) bardzo lubią muzykę i często są w tej dziedzinie utalentowani. No i to, że nie mogą być w większej grupie i nie śpiewać albo puszczać sobie piosenek choćby z komórki. Dla nich to zupełnie nie jest obciach. Wracając do kwestii kanjpy, to pierwszym pytaniem, które usłyszeliśmy było, czy mamy ze sobą trawę. Byłam wtedy z czeskim reżyserem i mylnie zostałam wzięta za Czeszkę. Na Słowacji, w przeciewieństwie do Czech, posiadanie marihuany jest nielegalne, więc nasz rozmówca nie owijał w bawełnę. Przy tym miał chyba z 60 lat, więc byłam trochę zaskoczona jesgo pytaniem.

   Bardzo mnie zaciekawiło podejście Romów do kwestii swobody. Nie obajwia się ono jedynie w tym, że jeśli nie chcą chodzić do szkoły, to nikt ich do tego nie zmusi. Mam niekiedy wrażenie, że zwrócenie im na cokolwiek uwagi odbierają jako atak na ich wolność osobistą. Są tacy, jacy są i nikt nie ma prawa im niczego zabraniać. Na pewno trudno im w ten sposób przystosować się do życia w społeczeństwie i tego, że nie każdy akceptuje ich zwyczaje. Zastanawiam się teraz jak tak naprawdę żyją Romowie w Polsce i żałuję, że żaden stamtąd nie przyjechał. 

   Mam nadzieję, że film, który kręcimy, przyniesie jakieś efekty. Pomysł jest naprawdę ciekawy i podoba mi się to, że uczestnicy sami wymyślili scenariusz, korzystając z własnych doświadczeń. Większość historii, które usłyszałam jest jednak smutna - wszystko z powodu niechęci obu stron do zmiany nastawienia. Jednak już teraz jestem ciekawa, co stanie się w przyszłości z ludźmi, których tu poznałam.

niedziela, 21 października 2012

Natáčíme film

Celem D1 jest, żeby do Brna dotarło jak najmniej Prażaków.
                                      

    Od wczoraj już wiem skąd się wziął ten dowcip o autostradzie Praha-Brno. Przebyłam 1200 km, w tym 207 tą trasą, aby dostać się do Nitry na Słowacji. Autostrada D1 składa się w większości z kilometrowych odcinków wyboi. Trasa ta przebiega pomiędzy dwoma największymi miastami Republiki i nazywana jest ironicznie Jedwabnym szlakiem (Hedvábná stezka). Co najdziwniejsze, dalszy ciąg autostrady, który prowadzi aż do Bratysławy, tuż za słowacką granicą przechodzi w niemal gładki asfalt. Słowacja, która zawsze uchodziła za biedniejszą słabiej rozwiniętą siostrę Czech, okazała jednak swą cywilizacyjną wyższość.

    Słowacja jest naprawdę pięknym krajem z wielkimi obszarami lasów (przynajmniej na tym kawałku, który widziałam). Zdążyłam też na chwilę wpaść do Bratysławy, chociaż mój wielki plecak uniemożliwił mi zwiedzenie więcej niż kilku uliczek Starego Miasta. Przy wjeździe do Bratysławy można podziwiać nowoczesne zabudowania - wielkie biurowce i czyste ulice. Trochę głębiej jest jednak gorzej. Przede wszystkim dworzec autobusowy w stolicy wygląda jak z czasów komuny (z których zapewne i pochodzi).

Za cudowną autobusową dekoracją kryje się kafejka, której brakuje tylko palm, aby dopełnić tragicznego obrazu kiczu i braku smaku.


    Na Słowację przyjechałam, żeby wziąć udział w międzynarodowym projekcie promującym wśród Romów edukację. Naszym zadaniem jest nakręcić krótki film, w którym pokażemy jak wiele mogą oni zyskać kończąc szkołę średnią, a niekiedy nawet uniwersytet. Projekt jest skierowany do młodzieży czeskiej, polskiej i słowackiej, ale niestety z Polski przyjechałam tylko ja i to w dodatku jestem w zupełnej mniejszości, bo jestem jedyną "gadzio", czyli nie-Romką. Na początku byłam dosyć zaskoczona tą sytuacją, bo spodziewałam się, że choć trochę bylibyśmy wymieszani, ale okazuje się to całkiem interesującym doświadczeniem. Pierwsze godziny były dosyć zabawne, bo przyglądaliśmy się sobie wzajemnie z ciekawością - oni zastanawiali się głównie jak to się stało, że się nie bałam do nich przyjechać, a ja byłam bardzo zaintrygowana, ponieważ w Polsce nigdy nie miałam okazji poznać bliżej żadnego Roma.

     Podczas projektu mamy się nauczyć jak właściwie powstaje film, dlatego też każdego dnia będą odbywać się warsztaty z produkcji filmu. Dziś na przykład było krótkie ogólne wprowadzenie w tematykę tworzenia filmu. Na następne dni przypadają warsztaty z edycji i udźwiękowienia, więc zapowiada się dosyć ciekawie. Każdego dnia pracujemy pod okiem profesjonalistów, którzy wprowadzają nas w tajniki produkcji.

    Dzień pierwszy poświęciliśmy na przygotowania do kręcenia filmu. Podzieliliśmy się na grupy, z których każda pracowała nad poszczególnymi zadaniami - pisaniem scenariusza, pracą z kamerą i tworzeniem scenografii. Zgłosiłam się do bycia operatorem kamery, ponieważ stwierdziłam, że choć nie mam o tym bladego dużego pojęcia, to przynajmniej mogę się czegoś nauczyć. Poza tym nie znam zupełnie realiów życia Romów, a talentem plastycznym nie grzeszę, więc nie było by nic po mnie w pozostałych grupach.

   Jak dotąd jestem naprawdę zaintrygowana ludźmi, których tu spotkałam. Przede wszystkim są to Czesi i Słowacy, którzy pochodzą z romskich rodzin. Większość z nich ma jakieś artystyczne pasje i talenty - tańczy, śpiewa albo gra na jakimś instrumencie. No i przede wszystkim każdy z nich się uczy. Dziś jedna grupa miała odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących ich postawy wobec szkoły. Część historii była naprawdę wzruszająca, ponieważ spotykają się często z dyskryminacją ze strony zarówno uczniów jak i nauczycieli. Trudno jest im pokonać te przeszkody, zwłaszcza jeśli są to np. skini goniący ich kilka kilometrów na drodze ze szkoły. Takie sytuacje kończą się często porzuceniem nauki. Dlatego też często wolą wybrać romską szkołę, w której nikt ich nie obraża ani nie poniża, a nauczyciele starają się zaszczepić w nich pasję do nauki zamiast sadzać z zasady do ostatniej ławki, żeby nie przeszkadzali "białym".

    Jutro zaczynamy już kręcić niektóre sceny, więc na tym skończę, a wkrótce opiszę dalszy ciąg tej przygody.

wtorek, 16 października 2012

Dobre, bo duńskie

    Ciekawa jestem, czy ktoś jeszcze pamięta, że istniało kiedyś hasło Dobre, bo polskie, albo Teraz Polska. Oba odnosiły się do oznaczeń różnych polskich produktów. Pierwsze na pewno dawno już umarło, być może śmiercią naturalną - przez brak zainteresowania, ale drugie, jak widzę, całkiem dobrze się trzyma. Tylko czy ktoś jeszcze zwraca na to uwagę, czy produkt jest polski? Czy może częściej czynnikiem decydującym o zakupie jest cena? A może właśnie lepiej, kiedy coś jest importowane?

     W Danii ludzie są bardzo przywiązani do określenia czegoś jako duńskie. Stało się to nawet znakiem jakości - pojawia się na owocach i warzywach, a szczególnie już na ogórkach (pewnie w obawie przed morderczymi ogórkami z Hiszpanii). Oczywiście muszą być one odpowiednio oznaczone flagą, na której punkcie mają tu niezłego hopla (ale o tym kiedy indziej). Duńczycy chętnie godzą się na płacenie za coś wyższej ceny tylko dlatego, że jest wyprodukowane w ich kraju. Z jednej strony podyktowane to jest wspieraniem rodzimej gospodarki, a z drugiej - swoistym, aczkolwiek skrzętnie ukrywanym lękiem przed obcym

   Jakiś czas temu w prasie pojawiła się dyskusja na temat przywiązania Duńczyków do ciemnego chleba (rugbrød). W wynikach badań przeprowadzonych w kilku duńskich szkołach okazało się, że nauczyciele nie pozwalali dzieciom pochodzących z imigranckich rodzin na jedzenie m.in. pity, argumentując to tym, że nie jest tak zdrowa jak ciemny chleb. Dzieci nie mogły jeść drugiego śniadania, jeśli rodzice przygotowali im tradycyjne dla kraju swojego pochodzenia potrawy. Co innego ciemne pieczywo - nawet jeśli zawierało o wiele za dużo soli, a przykryte było tłustym pulpetem frikadelle (wielu znanym na pewno z obiadów w IKEI). W mniemaniu jednej z nauczycielek był to posiłek zdrowszy niż arabskie, pszenne placki. W tym się właściwie zamyka całe podejście Duńczyków - interesuje ich to, co obce, ale jednocześnie nie chcą przyznać, że może być lepsze niż ich własne. 

     Moja duńska znajoma wyznała mi ostatnio, że nigdy by nie kupiła polskich grzybów, które jak dotąd są jedynym rodzimym produktem, jaki widziałam na tutejszym rynku. Właściwie to dla smakoszy jest niewielki wybór - albo duńskie pieczarki (białe lub brązowe), albo polskie grzyby rozmaitego rodzaju. Poza nimi znajdzie się pewnie jeszcze kilka polskich produktów eksportowych, ale na pewno nie tyle samo, co tych duńskich u nas. 

    Na całym świecie niezwykle ceni się duńskie wzornictwo, a meble niektórych projektantów osiągają astronomiczne ceny. Fotel może kosztować nawet klika tysięcy złotych, a mimo to ludzie nadal chcą go kupić. Niedawno jedna z dużych duńskich firm wytwarzających meble postanowiła przenieść swoją fabrykę do Polski i od razu pojawiły się pytania, czy w takim razie obniżą się ceny, skoro nie będą to już duńskie produkty.

    Zastanawiam się jak wielu Polaków myśli o tym podczas codziennych zakupów i czemu by bardziej zaufali - polskiej, czy duńskiej marce. Chociaż po aferze z solą do posypywania dróg sprzedawaną jako spożywcza, ja sama przestałam wierzyć w polską jakość, a może dokładniej we wszelkie instytucje sprawujące kontrolę m.in. nad rynkiem żywności. Ale jak pokazuje niedawny przykład czeskiego alkoholu - w każdym kraju zdażają się takie nadużycia.

niedziela, 14 października 2012

Dania się zmienia... powoli

     Wydawało mi się dotychczas, że Dania jest bardzo nowoczesnym państwem - nadąża za szybko zmieniającym się światem, stawia na innowacje i dostosowuje się do nowego modelu społeczeństwa. To zdanie mogłoby być w zasadzie prawdziwe, ale ostatnio coraz częściej przekonuję się, że Dania jest pod wieloma względami bardzo konserwatywnym państwem. 
     
    Jeden z przykładów to godziny otwarcia sklepów. Do 1.10.2012 obowiązywało w tym zakresie prawo z... 1946r. Oznaczenie supermarketu jako otwarty codziennie (hverdag) może trochę mylić. W duńskim hverdag znaczy tak naprawdę dni robocze (nie warto wszystkiego tłumaczyć dosłownie...). Do niedawna więc większość supermarketów była czynna w soboty do 18., podobnie w niedziele, ale tylko pierwszą i ostatnią w miesiącu. To samo z określeniem całodobowy - w praktyce oznacza to pracę od 8 do 24. Takie prawo utrzymywało się przez długi czas i miało na celu przede wszystkim ochronę (Dania jest przecież państwem opiekuńczym) małych sklepów, których nie stać na zatrudnienie pracowników w późnych godzinach wieczornych lub nocnych . Wydaje mi się to zupełnie błędnym założeniem, bo tak naprawdę w Kopenhadze i okolicach jest już niewiele takich sklepików, może co najwyżej w małych miejscowościach, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że wiele osób pracuje teraz poza miejscem zamieszkania, a duże zakupy robią np. w drodze z pracy, to ograniczenie godzin otwarcia wcale ich nie uratuje przed plajtą. Poza tym takie sklepiki w miastach są w większości prowadzone przez imigrantów, a jak pokazuje przykład z innych zachodnioeuropejskich krajów - dla nich nie ma różnicy, czy to piątek, niedziela, a tym bardziej święto - zawsze pracują. 

     Teraz nastała rewolucja -  właściciele sami mogą decydować w jakich godzinach działa ich sklep. Głównym argumentem za zmianą prawa było to, że współczesne duńskie społeczeństwo różni się od tego sprzed prawie 70-ciu lat. Nie da się ukryć, że ludzie zdążyli już nabrać nowych zwyczajów i prowadzą inny tryb życia niż ich dziadowie. Jak na razie nie widziałam supermarketów, które jak Tesco byłyby otwarte całą dobę, ale Duńczycy zaczęli chodzić na zakupy również w niedziele. 

     Co prawda mi się podobało, że duński pracownik spożywczaka miał wolne w niedziele i nie musiał siedzieć do późna na kasie. Poza tym nawet niektóre centra handlowe jeszcze niedawno były otwarte np. w sobotę od 11 do 16, a w pierwszą i ostatnią niedzielę miesiąca od 11 do 14. Dla mnie oznaczało to zupełnie inne podejście do pracowników. Mam wrażenie, że w Polsce i innych krajach ogłupionych przez zagraniczne koncerny niewiele osób zwraca uwagę na to, że chociaż robią zakupy w niedziele (i to nie zawsze z konieczności), to sami w życiu by nie zgodzili się na pracę w dzień wolny. Wygląda zatem na to, że podobnie jak Dania - jest ze mnie zupełna konserwa. Ale przynajmniej szanuję ludzi za wykonywaną pracę! Oczywiście z pobożnym życzeniem, aby i mnie kiedyś szanowano...

niedziela, 30 września 2012

Wszystko pod kontrolą!

    W końcu znowu jestem skomputeryzowana! Trochę na to czekałam, ale uwielbiam ten moment, kiedy mogę postukać w klawiaturę i wylać z siebie to, co chodzi mi po głowie. Z przykrością stwierdzam również, że moja polszczyzna, nigdy perfekcyjna, zaczęła jeszcze bardziej kuleć, odkąd znalałam się na tej obcej wikińskiej ziemi.

     Skoro już mowa o wikińskiej ziemi, to może wspomnę trochę o życiu w Danii. Właściwie jest bardzo dużo do powiedzenia i nawet nie wiem od czego zacząć. Mieszkam teraz w kraju rowerzystów, ale wcale nie mam ochoty pisać o dwóch kółkach, przynajmniej do czasu, kiedy się z nimi oswoję.

    Pierwsza rzecz, która bardzo mnie w Danii zaskoczyła (przyznam, że pozytywnie), to kontrola żywności. Dla każdego, kto podobnie jak ja uwielbia jeść, a jednocześnie wiedzieć, co jest na jego talerzu, to po prostu raj. Przede wszystkim każdy lokal gastronomiczny (również sklepy, piekarnie, bary, a nawet uliczne budki z hot-dogami) przechodzi kontrolę, a jej wyniki są dostępne dla wszystkich - umieszcza się je obowiązkowo w widocznym miejscu (najczęściej na drzwiach lub oknie), więc przed wejściem można się z nimi zapoznać i zastanowić, czy ma się ochotę zaryzykować. Nawet jeśli raport jest negatywny i restauracja dopuściła się zaniedbań, taka właśnie informacja musi znaleźć się na lokalu. Wyniki kontroli oznacza się uśmieszkami, więc jeśli, jak w reklamie, chce się mieć uśmiechnięty brzuszek (choćby po kebabie), to trzeba wybrać odpowiednie miejsce. Najbardziej podoba mi się to, jak przeprowadza się kontrole w miejscowościach wypoczynkowych - wszystkie restauracje znajdujące się na tej samej ulicy sprawdza się w tym samym czasie, nikt nie może uciec ani się ze sobą komunikować w celu ostrzeżenia innych! Na myśl o tym od razu wyobrażam sobie uzbrojone jednostki, które nie zawracają sobie nawet głowy wykonywaniem strzałów ostrzegawczych, kiedy widzą kucharza z długimi paznokciami... 

Raport z kontroli lokalu gastronomicznego. 

     Inna kwestia to kontrola składu żywności i nadawanie im odpowiednich certyfikatów. Dania ma na przykład własne oznaczenie produktów ekologicznych, co znaczy, że na opakowaniach można znaleźć nie tylko zielony emblemat unijny, ale też czerwony - państwowy. 


Symbol państowej kontroli ekologicznej.


    Duńczycy, a przynajmniej pewna ich część, starają się bardzo dbać o zdrowie. Patrząc na przeciętnych ludzi na ulicy niekiedy trudno w to uwierzyć - rośnie odsetek ludzi otyłych, a także cierpiących na różne choroby cywilizacyjne. Dlatego też pojawiają się nowe sposoby zachęcania ludzi do prowadzenia zdrowego trybu życia i większej dbałości o zawartość talerza. Od 1989r. w krajach skandynawskich można znaleźć na opakowaniach wielu produktów charakterystyczny zielony symbol dziurki od klucza. Nadaje się go żywności, która jest "zdrowa" - niekoniecznie ekologiczna, ale bogata w składniki ważne dla diety, z niską zawartością szkodliwych tłuszczy i soli. Jest bardzo pomocna dla leniwych, którzy nie mają czasu zapoznawać się z różnymi poważnymi tabelkami, czy porównywać etykiet różnych produktów.  Na pewno zobaczyć go można na pakowanych owocach, warzywach, ale też na mięsie, a co najważniejsze - czymkolwiek z określeniem "pełnoziarnisty". W Danii wydaje się, że  tak naprawdę wszystko jest pełnoziarniste - od makaronu po pitę, no i oczywiście chleb. "Fuldkorn" było jednym z pierwszych duńskich słów, jakiego się nauczyłam.


Nøglehul, czyli dziurka od klucza.


     Na koniec najgorsza wiadomość - ponieważ wszystko, co tłuste i słodkie uważa się za niezdrowe, to słodycze i słone przekąski typu chipsy obłożone są wysokimi podatkami, podobnie jak np. papierosy. Nawet jeśli weźmie się pod uwagę duńskie zarobki, to jednak serce się kraje na widok ceny batonika Bounty, szczególnie jak ma się gorszy dzień. 

sobota, 1 września 2012

Drezno najlepsze wiosną

     Kilka miesięcy temu wybrałam się na wycieczkę do Drezna. Do opisania zabrałam się dopiero teraz, ale lepiej późno niż wcale.

      Właściwie to Drezno było dla mnie pierwszym niemieckim i zaledwie drugim po Wiedniu zachodnioeuropejskim miastem jakie odwiedziłam. Tak, tak, zachłysnęłam się zgniłym Zachodem (choć tak naprawdę Drezno ponad 20 lat temu było w tym samym bloku, co Polska, więc nie wiem, czy to się liczy). 

Prawie jak w bajce.


        Do Drezna jechałam z Pragi i po raz pierwszy zdarzyło mi się, że pilotka Student Agency sprawdzała, czy wszyscy pasażerowie mieli paszporty albo przynajmniej dowody osobiste. Dotychczas nie przydarzyło mi się nic takiego, chociaż jechałam z nimi do Budapesztu przekraczając też granicę ze Słowacją. Pilotka wyjaśniła, że autokary SA za każdym razem są zatrzymywane po przekroczeniu granicy z Niemcami i wtedy następuje kontrola paszportowa. Wiedziałam, że mimo swobodnego przepływu ludności w Unii Europejskiej niekiedy jeszcze zdarzają się wyrywkowe kontrole, ale Niemcy najwidoczniej bardzo obawiają się, że Czesi mogą im wwieść nielegalnych imigrantów. W sumie wszystko w tym przaypadku byłoby ok, gdyby Leszek nie zapomniał swojego paszportu. Muszę tu zaznaczyć, że Duńczycy, podobnie jak Brytyjczycy, nie posiadają dowodów osobistych. Jedynym dokumentem potwierdzającym tożsamość jest dowód ubezpieczenia, ale na nim nie ma zdjęcia, oraz prawo jazdy. Do Drezna jechaliśmy więc na własną odpowiedzialność, ze świadomością, że tuż za niemiecką granicą może musielibyśmy zawrócić. Podobno zdarzały się już przypadki, że osoby tylko z prawem jazdy nie mogły wjechać na teren Niemiec. Ale najwidoczniej stara Unia nowej nierówna, bo Leszek usłyszał tylko, że powinien następnym razem pamiętać o paszporcie. Lądem Dania graniczy z Niemcami, więc możliwe, że straż graniczna jest już przyzwyczajona do zapominalskich sąsiadów.



      Według mnie Drezno ma w sobie coś dostojnego. Wielkie budynki w szarych kolorach, które przy dużym zachmurzeniu wyglądały jeszcze bardziej szaro i przygnębiająco. Takie było moje pierwsze wrażenie po przyjeździe, ale na szczęście w następnych dniach pogoda znacznie się poprawiła, więc mogłam w pełni docenić uroki tego miasta. Przyjechałam w poniedziałek, kiedy muzea były zamknięte, więc nawet nie widziałam zbyt wielu turystów. Mogłam odetchnąć po Pradze, która praktycznie przez cały rok (nawet w zimie!) jest bardzo zatłoczona. 

Coś tu wyrosło.


     Niemcy, podobnie jak inne zachodnioeuropejskie nacje, mają niezłego hopla na punkcie ekologii i zdrowego odżywiania. W hostelu Lollis Homestay, w którym się zatrzymałam, można było wykupić śniadanie składające się z organicznych produktów (jogurtu, owoców itp.). Poza tym w kuchni obowiązywała oczywiście segregacja śmieci, a w łazience były tradycyjne materiałowe ręczniki do wycierania rąk (tego akurat nie znoszę). Każdy z gości mógł też wypożyczyć za darmo rower. Sam hostel znajdował się w dzielnicy Neustadt, pełnej kafejek, knajpek, rożnych alternatywnych miejsc, gdzie też latem odbywa się festiwal uliczny promujący kulturę niezależną i wspierający lokalny biznes (tylko miejscowe knajpy i restauracje mogą w tym czasie sprzedawać na ulicznych stoiskach jedzenie i napoje). 

Pokój jaskiniowca w Lollis Homestay.


      Nie brakuje tu też miejsc z żywnością ekologiczną, np. restauracji wegetariańskich, gdzie codziennie część produktów pochodzi z upraw organicznych. W samym centrum znalazłam niepozorną knajpkę Aha, gdzie mieli też bardzo dobre piwo pszeniczne (moje ulubione!).

Ekologiczne menu w Cafe Aha.

      Centrum miasta opanowane jest przez rowery. Trudno porównać je do Amsterdamu, czy Kopenhagi, bo ścieżek jest niewiele i rowerzyści poruszają się razem z samochodami, ale nadal robi to wrażenie. Szczególnie, że dzięki temu miasto nie jest zatłoczone.

Jeżdżą tu nawet różowe niedźwiedzie.



       Jednym z najciekawszych miejsc w Dreźnie wydało mi się Niemieckie Muzeum Higieny. Nazwa wywołała we mnie raczej negatywne skojarzenia, ale samo miejsce jest świetne. Muzeum jest w całości poświęcone człowiekowi - można dowiedzieć się wszystkiego o funkcjonowaniu ludzkiego ciała począwszy od momentu poczęcia aż do śmierci. Opisy były niestety tylko po niemiecku, ale bezpłatnie można wypożyczyć audio przewodnik (rownież po polsku) i wysłuchać ciekawych opisów poszczególnych eksponatów. Poza tym muzeum jest interaktywne - wielu przedmiotów można dotknąć, zagrać w gry pokazujące działanie np. układu nerwowego. W sali o układzie trawiennym i odżywianiu można było powąchać różne produkty, np. kawę (wszystko  z tajemniczych tubek przyczepionych do ściany) albo zobaczyć w pełni zautomatyzowaną kuchnię - wynalazek lat 50/60, który niestety się nie sprawdził. W jednej z ostatnich sal był dział o życiu seksualnym - o tym jak wybieramy partnerów, jak zmieniał się ideał kobiecości w przeciągu stuleci. Było tam dużo diagramów, filmów, ale też zabawki erotyczne i zapis tomografii komputerowej stosunku seksualnego - pewna holenderska para zgodziła się uprawiać seks w tomografie, dzięki czemu udało się sfilmować wszystko, co działo się "w środku". Wszystko opatrzone było komentarzem kobiety biorącej udział w eksperymencie. Dodam, że muzeum jest tak naprawdę przeznaczone dla dzieci i nie wiem, czy taka wystawa byłaby spokojnie przyjęta w Polsce.

Trochę rozmazane, bo robione z ukrycia (zakaz fotografowania), ale widać plastikowego plana w odddali, któremu po naciśnięciu guzików świeciły się różne części ciała.

       Na koniec polski akcent - August II Mocny zwany Złotym Człowiekiem.

August II Mocny. "Na bogato".

środa, 29 sierpnia 2012

Szybki duński

     To już prawie dwa miesiące odkąd jestem w Danii, która powoli staje się moim nowym domem. Codziennie poznaję ten kraj lepiej i coraz bardziej mi się tu podoba. Oczywiście wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, a ponieważ teraz mam w sumie dwa domy (może nawet 3, jeśli liczyć też Czechy), to czuję się tu naprawdę dobrze.

    Od początku sierpnia uczę się języka w dwóch miejscach w Kopenhadze. Kursy, na które chodzę są prowadzone przez organizacje o charakterze religijnym - Armię Zbawienia i Międzynarodowe Centrum Chrześcijańskie (IKC - Bethesda). Oba są też praktycznie bezpłatne - Kalejdoskop (szkoła AZ) pobiera jedynie 190 koron miesięcznie (to bardzo niewiele w porównaniu z ceną kursu prowadzonego przez inne instytucje, czy np. gminy). Za to jak tylko znajdę pracę będę mogła pójść na kurs finansowany przez rząd duński.  Niedawno przeszłam do grupy średniozaawansowanej - uczyłam się trochę sama, więc znam już podstawy. Poza tym w żadnej ze szkół nie ma testu poziomującego, więc każdy zaczyna tam, gdzie sądzi, że jest, co czasem daje bardzo zabawne efekty.

    O ile w Kalejdoskopie pracują wykwalifikowani nauczyciele z doświadczeniem, którzy doskonale potrafią wytłumaczyć zawiłości języka duńskiego, to w IKC lekcje prowadzą w większości wolontariusze (często emeryci szukający dodatkowego zajęcia), którzy często nie mają niestety pojęcia o podstawach. Jedna z przykładowych wypowiedzi: "Nie wiem, kiedy odpowiada się ja, a kiedy jo; ja po prostu czasem mówię ja, a czasem jo". Są też i inni, którzy za każdym razem mają przygotowane materiały i z cierpliwością poprawiają wymowę (a duńska wymowa może sprawić naprawdę dużo problemów). Ponieważ w IKC zajęcia są bezpłatne i nie ma praktycznie żadnej ewidencji słuchaczy (każdy wpisuje na listę tylko imię, kraj pochodzenia, płeć i poziom), za każdym razem dołączają nowe osoby. Co tydzień można poznać kogoś nowego, a muszę dodać, że na kurs chodzą ludzie praktycznie z całego świata. Już pierwszego dnia w czasie przerwy poznałam Nepalkę, która opowiedziała mi o życiu w społeczeństwie opartym na systemie kastowym.

    Ludzie, których spotykam w szkole przyjechali do Danii z różnych powodów - niektórzy szukają pracy, inni mają duńskich małżonków, a do tych szkół chodzą, ponieważ czekają na  nadanie numeru CPR (odpowiednik polskiego nr. PESEL i NIP-u w jednym), który uprawnia do bezpłatnego kursu organizowanego przez gminy; inni małżonków szukają, a póki co są tu tylko jako turyści. Podobno w Danii aż 20% małżeństw rocznie zawieranych jest z obcokrajowcami. Nie da się temu zaprzeczyć, chociaż zastanawia mnie jaki odsetek z tego, to związki z wyboru. W szkole poznałam kilka dziewczyn, głównie z Tajlandii, które znają tylko kilka słów po angielsku, a ich mężowie nie mówią też po tajsku. Na początku myślałam, że to Duńczycy sprowadzają sobie egzotyczne żony (muszę przyznać, że rzadziej są to Europejki), ale okazuje się, że często obcokrajowcy już przebywający w Danii pomagają w przyjeździe rodzinie i znajomym, a później aranżują małżeństwa, żeby zapewnić im lepszą przyszłość.

    Ponieważ w zasadzie nikt w żadnej ze szkół nie pyta o to, czy przebywa się w Danii legalnie, czy nie, niekiedy wynikają z tego całkiem zabawne sytuacje. Na jednej z lekcji mieliśmy powiedzieć, co robimy w Danii, albo po prostu w życiu. Jeden Pakistańczyk powiedział, że zwiedza, a na pytanie, czy poza tym robi coś konkretnego, podkreślił, że TYLKO zwiedza. W końcu nauczycielka wyciągnęła z niego informacje, że jego hobby jest krykiet.

    Jeszcze krótko o zajęciach. W IKC lekcje prowadzone są dwa razy w tygodniu rano i popołudniu. Na 10. przychodzą wyłącznie kobiety (wyjątkiem są tylko kilkunastoletni synowie jednej muzułmanki). Na początku ten system wydał mi się dziwny i planowałam chodzić tylko na 14., kiedy są zajęcia dla wszystkich, ale już się zdążyłam do tego przyzwyczaić i dzięki temu w IKC mam w sumie 4 godziny zajęć dziennie (a to oznacza  szybsze postępy!). Nie wiem, czy ten podział wynika ze względów religijnych. Możliwe, że niektórym kobietom rzeczywiście pomaga się skupić i czuć się pewnie. Podczas pierwszej godziny wszyscy razem przebywają w dużej sali. To takie wprowadzenie, ćwiczenie wymowy, krótki dialog i piosenki - jedna religijna, a druga "gimnastyczna" z pokazywaniem części ciała - trochę rozluźniająca, a trochę wspomagające zapamiętywania. Później jest krótka przerwa na kawę, w czasie której można też poznać nowych ludzi. Druga część to zajęcia w grupach na poszczególnych poziomach. 

  Kalejdoskop ma bardziej rygorystyczne podejście do obecności, zajęcia są też systematyczne, odbywają się, podobnie jak w IKC, dwa razy w tygodniu, choć w inne dni tygodnia, więc można chodzić równocześnie na oba kursy. Obie szkoły dobrze się uzupełniają, choć w żadnej nie ma tak naprawdę tradycyjnych prac domowych, testów sprawdzającyh wiedzę itp. Każdy uczy się dla siebie i to od niego zależy, jakie postępy zrobi.

   Generalnym założeniem tych kursów jest pomoc imigrantom odnaleźć się w nowym kraju, a pierwszym krokiem do tego jest opanowanie języka. Poza tym obie organizacje oferują też bezpłatną pomoc prawną, "kafejki", czyli spotkania, na których można poznać nowych ludzi, porozmawiać po duńsku, a przy okazji zjeść coś za rozsądną cenę. Kalejdoskop ma też grupę wsparcia dla kobiet i prowadzi zajęcia podobne do yogi. Ludzie, którzy pracują w obu szkołach są bardzo pomocni, otwarci i sympatyczni. Moja nowa nauczycielka z Kalejdoskopu jest Iranką, która od ponad dwudziestu lat mieszka w Danii. Nie mówi zbyt dobrze po angielsku, ale stara się jak najlepiej wszystko wytłumaczyć. Za to w IKC nauczycielka prowadząca zajęcia ogólne jest bardzo entuzjastyczna, trochę szalona, ale dzięki temu może dotrzeć do wszystkich, bez względu na to jakie mają wykształcenie albo podejście do nauki. Nawet najbardziej znudzeni dają się wciągnąć w ćwiczenia i śpiewanie, bez względu na to jakiego są wyznania. 

    Na koniec jeszcze krótka próbka języka duńskiego.

sobota, 14 lipca 2012

Trochę inna Praga

     W ciągu ostatniego pobytu w Pradze zdążyłam to miasto poznać z zupełnie innej strony niż dotychczas. Głównie dzięki znajomym i przyjaciołom. Wystarczyło pomieszkać trochę z J., który zawsze przyciągał najciekawszych ludzi, najdziwniejsze indywidua, a niekiedy i jedno i drugie. 

    Chociaż miałam zaledwie kilkaset metrów do słynnego "U vystřelenýho oka", gdzie Jaroslav Rudiš razem z Jaromírem 99 przy bezalkoholowym piwie poczęli Aloisa Nebela, wolałam spędzać czas w nietypowych zakątkach Pragi. Na miejscu pierwszym były lokale z wegetariańską kuchnią. Zaczęło się od wizyty w restauracji Gopal na Nerudovej. 
J. postanowił pewnego dnia zaopatrzyć się w warzywa na targowisku na Jiřího z Poděbrad, gdzie poznał bardzo przyjaznego kucharza z Gopalu, który opowiedział mu o tym miejscu i zaproponował pracę w kuchni, bez wynagrodzenia, ale w zamian za posiłki. Nowo poznany znajomy zapewniał J., że poza dobrym jedzeniem oferują jeszcze strawę duchową - co tydzień odbywają się tam ceremonie, w których każdy może wziąć udział. Ponieważ J. bardzo chciał znaleźć pracę w Pradze, namówił mnie na wyjście do Gopalu. Na szczęście. Na miejscu okazało się, że owszem, można tam dobrze zjeść, ale ceremonia duchowa to przygrywanie na bębenku, pląsy i pokłony składane Krysznie. Oboje przyglądaliśmy się temu w niemym osłupieniu. Znajdowaliśmy się w mieszkaniu na prawdopodbnie jednej z najdroższych ulic Pragi (tuż pod zamkiem), cała kamienica należała do wyznawców Kryszny. W ceremonii uczestniczyła jakaś para i ich bardzo aktywne ruchowo 4-5-letnie dzieci, które były bardziej pochłonięte zabawą, płaczem i dosyć dramatycznym rzucaniem się na podłogę, niż tym, co robili ich rodzice. Powoli wycofaliśmy się z pokoju, chcieliśmy wyjść bez pożegnania, ale gospodarz zatrzymał nas jeszcze i próbował zauroczyć wątpliwą znajomością prawdopodobnie wszystkich języków świata. Do mnie powiedział coś po polsku, to znaczy raczej tak mu się wydawało (choć od czeskiego do polskiego nie jest tak daleko, przynajmniej w podstawowych zwrotach). Co zaskakujące, lepiej mu poszło po hiszpańsku z J. Tym większe podejrzenia to w nas wzbudziło, więc czym prędzej się stamtąd zmyliśmy. 
    
      Długo później po drodze analizowaliśmy to całe zdarzenie, śmiejąc się wariacko. Naiwność i łatwowierność mojego drogiego przyjaciela wystawiono na ciężką próbę. Cieszyłam się, że jednak z nim poszłam, bo nie wiadomo jaką wodę z mózgu by mu tam zrobili. Później jego waleczna hiszpańska matka musiałaby go zapewne odbijać z rąk sekty. Najdziwniejszy zbieg okoliczności wydarzył się natomiast dnia następnego - J. wrócił z miasta i powiedział, że widział swojego znajomego kucharza tuż pod naszą bramą. Stwierdziliśmy, że w śliwkach, którymi poczęstował nas gospodarz, były na pewno czipy i w ten sposób nas później namierzyli. 

      Co ciekawe wiele z wegetariańskich restauracji czy jadłodajni w Pradze jest prowadzonych przez wyznawców Kryszny. Serwowane przez nich dania są zazwyczaj niedrogie, a do tego zdrowe. Tak jest na przykład w Govindzie, gdzie za niecałe 100 koron można się porządnie najeść zupą, sałatką, sabdżi i czatnejem. A do tego woda za darmo. Jest przyjemny wystrój, Kryszna spogląda z obrazków na klientów i wszystko byłoby wspaniale, gdyby pewnego dnia w jednym z dań nie znalazł się czarny, gruby włos... Szkoda mi było pysznego jedzenia, a szczególnie halawy, ale ten widok utkwił mi na długo w pamięci. Dlatego wolałam zaglądać do Beas, gdzie ceny były nadal umiarkowane, a do tego podawali tam lassi (w wersjach z i bez mango). Do tego Beas jest całkowicie neutralny światopoglądowo i religijnie. Podobnie jak Country Life - restauracja i sklep jednego z najważniejszych producentów bio żywności w Czechach i nie wiem nawet, czy nie monopolisty na tym rynku, ponieważ trudno znaleźć certyfikowane wyroby bez logo Country Life na etykiecie i w innych, niż podyktowanych przez nich, cenach. W ich restauracji, a raczej fast foodzie (mała uwaga: większość wege lokali w Pradze to fast foody) znaleźć można najświeższe warzywa i owoce oraz najbardziej różnorodne menu. Minusem jest tylko cena - najwyższa z wymienionych powyżej lokali, chociaż zawsze od poniedziałku do czwartku od 15. obowiązują happy hours, więc można zjeść taniej. Dlatego też pewnie jest tam najwięcej klientów obcokrajowców, dla których zdrowy posiłek za 200-300 koron to niewielki wydatek. Mój wniosek był taki, że jeśli nie chce się wspierać finansowo działalności sekciarskiej, to trzeba za to słono płacić...

piątek, 13 lipca 2012

Siła woli

       Ten blog miał mi pomóc pracować nad siłą mojej woli i wytrwałością. Jak widać, dosyć bezskutecznie. Ale oto, jak feniks odrodzony z popiołów powracam! O sile woli przeczytałam niedawno artykuł i pomyślałam, że może ja też ją mam. Stąd ten wpis i mocne postawnowienie poprawy. 

     Kilka słów tytułem wstępu. Od czasu kiedy eksplorowałam Czechy sporo się zmieniło. Zakończyłam kolejne stypendium zagraniczne, powróciłam na krótko na łono rodziny, załatwiłam, co załatwione nie było, zamknęłam otwarte rozdziały i przeniosłam się do kraju wikingów. O tym co było w tak zwanym międzyczasie jeszcze na pewno wspomnę. Brakowalo mi dyscypliny i ten blog jest pełny niedokończonych wpisów, które chcę jeszcze za życia opublikować. Myślę, że świetnie nadawałabym się na pisarkę samizdatu - piszę do szuflady z nadzieją na lepsze czasy... 


Vikinské letadlo autorstwa Eli.

środa, 28 marca 2012

Jak się stałam tymczasową mieszkanką Pragi

     Już myślałam, że ten blog umarł śmiercią naturalną, tzn. przez brak czasu i wytrwałości. Kilka razy próbowałam stukać w klawiaturę i powstały nawet jakieś wersje robocze, ale nigdy ich nie opublikowałam. W końcu jednak przyszedł czas ożywić trochę ten mój na wpół intymny kącik zwierzeń.

     Od kilku tygodni znów jestem w Pradze. Studiuję na wymarzonym Uniwersytecie Karola i chodzę po tych samych uliczkach, co Škvorecký. Muszę oczywiście pewnego razu wybrać się na Nusle. W nocy, żeby spojrzeć na nie tak samo, jak redaktor z "Lwiątka", które bardzo lubię. Kryminał i krytyka systemu, a szczególnie pracy literackiej w systemie komunistycznym, czyli to, co lubię najbardziej.

     Praga z widokówek jednakże mi się znudziła. Szczególnie, że teraz trudno znaleźć to, co nazwałabym typowo czeskim w samym centrum miasta. Może raczej w trochę bardziej oddalonych dzielnicach, np. na Žižkovie, na którym i mi przypadło mieszkać. Na szczęście też nie w tych modnych rejonach, w których aż roi się od obcokrajowców. Nie, Koněvova jest czysto czesko-romsko-wietnamska, czyli właściwie czeska. No właśnie, w większości czeskich miast i mniejszych nawet miejscowości znajdziemy mieszankę tych trzech narodowości. Na mojej ulicy dochodzi jeszcze garstka Rosjan. Mają nawet swoje sklepy z rosyjskimi produktami, firmy ubezpieczeniowe ogłaszają się po rosyjsku, a ponieważ jest tu też oddział urzędu do spraw emigrantów i azylantów, to codziennie można zobaczyć kolejki ustawiające się pod tym budynkiem. Sama zresztą tam trafiłam przez przypadek, kiedy rejestrowałam swój pobyt jako tymczasowy. Spędziłam tam 3 godziny, żeby przemiły pan, który wziął mnie za Słowaczkę (to również było miłe) powiedział, że to jednak nie w tym miejscu i szkoda, że tak długo czekałam. W przewodniku rozdawanym na UK był ten adres, nieaktualny już od dłuższego czasu. Za to brak znajomości języka angielskiego u pracowników urzędu, a także policji dla obcokrajowców, obowiązuje nadal, o czym również ostrzega się w owym przewodniku. To żebyśmy nie wstydzili się tak bardzo pracowników polskiej administracji. Współczuję jedynie tym, którzy po czesku nie mogliby się dogadać, a teoretycznie każdy, kto chce przebywać w Czechach dłużej, musi zarejestrować się na policji dla obcokrajowców do 30 dni od daty przyjazdu (chodzi oczywiście o obywateli Unii, bo ludzie spoza muszą to zrobić w ciągu trzech dni od przekroczenia granicy). Oczywiście, myślę, że spora część studentów-erasmusów w ogóle się nie rejestruje, właśnie ze względu na kłopoty w komunikacji. Do tego dochodzi też nieznajomość prawa. 
       
      Trzeba przyznać, że choć czekanie samo w sobie nie było zbyt przyjemne, to nie da się zaprzeczyć, że siedziba urzędu jest w dobrym miejscu, bo w przerwie można wyskoczyć do Billi po zakupy albo do kafejki Vitkov na małą przekąskę. To naprawdę się przydaje, bo nie każdy spodziewa się takich kolejek i żółwiego wręcz tempa obsługiwania przez zaledwie 2 w porywach 3 osoby. Poczułam się jak w NFZ przy wyrabianiu EKUZ.

      Okazało się potem, że właściwy urząd był oddalony o zaledwie 10 minut piechotą, a jak tylko wzięłam numerek i formularz do wypełnienia przyszła moja kolej. Pan policjant był bardzo miły, ale jednocześnie przeprowadzał ze mną małe przesłuchanie. Jak zwykle zapomniałam jaki numer ma moja kamienica, a w Czechach są zawsze dwa numery na budynkach (niestety, nie wiem dlaczego) i przyzwyczajona do polskich zwyczajów pamiętam zawsze ten mniejszy, na niebieskiej tabliczce. To panu policjantowi wydało się podejrzane (jak również to, że nie pamiętałam imienia właścicielki), więc zaczął mnie przepytywać ze znajomości okolicy. Na szczęście jakoś z tego wybrnęłam. Nawet z tej właścicielki, choć chyba domyślił się jak wygląda wynajem mojego mieszkania od strony formalnej. Powiedział tylko, że może być przypał jak to wyjdzie. Mam nadzieję, że do czasu mojego wyjazdu nie nabroję niczego, więc nie zdążą dobrać się do mojej teczki. Choć muszę przyznać, że aż spociłam się ze strachu, kiedy siedziałam przed tym policjantem. Wyglądał jak przemiły staruszek, ale kto wie jakie oni mają tam metody wydobywania zeznań. Tak właśnie w ciągu kilku godzin stałam się tymczasową mieszkanką Pragi. Dodam jeszcze, że choć było to 30-tego dnia od daty przyjazdu, ale pan powiedział, że na wszelki wypadek mogę napisać jaką datę chcę. Zasady zasadami, ale jak już ochotnik przyjdzie się zarejestrować, to nie można go odstraszać...