Już myślałam, że ten blog umarł śmiercią naturalną, tzn. przez brak czasu i wytrwałości. Kilka razy próbowałam stukać w klawiaturę i powstały nawet jakieś wersje robocze, ale nigdy ich nie opublikowałam. W końcu jednak przyszedł czas ożywić trochę ten mój na wpół intymny kącik zwierzeń.
Od kilku tygodni znów jestem w Pradze. Studiuję na wymarzonym Uniwersytecie Karola i chodzę po tych samych uliczkach, co Škvorecký. Muszę oczywiście pewnego razu wybrać się na Nusle. W nocy, żeby spojrzeć na nie tak samo, jak redaktor z "Lwiątka", które bardzo lubię. Kryminał i krytyka systemu, a szczególnie pracy literackiej w systemie komunistycznym, czyli to, co lubię najbardziej.
Praga z widokówek jednakże mi się znudziła. Szczególnie, że teraz trudno znaleźć to, co nazwałabym typowo czeskim w samym centrum miasta. Może raczej w trochę bardziej oddalonych dzielnicach, np. na Žižkovie, na którym i mi przypadło mieszkać. Na szczęście też nie w tych modnych rejonach, w których aż roi się od obcokrajowców. Nie, Koněvova jest czysto czesko-romsko-wietnamska, czyli właściwie czeska. No właśnie, w większości czeskich miast i mniejszych nawet miejscowości znajdziemy mieszankę tych trzech narodowości. Na mojej ulicy dochodzi jeszcze garstka Rosjan. Mają nawet swoje sklepy z rosyjskimi produktami, firmy ubezpieczeniowe ogłaszają się po rosyjsku, a ponieważ jest tu też oddział urzędu do spraw emigrantów i azylantów, to codziennie można zobaczyć kolejki ustawiające się pod tym budynkiem. Sama zresztą tam trafiłam przez przypadek, kiedy rejestrowałam swój pobyt jako tymczasowy. Spędziłam tam 3 godziny, żeby przemiły pan, który wziął mnie za Słowaczkę (to również było miłe) powiedział, że to jednak nie w tym miejscu i szkoda, że tak długo czekałam. W przewodniku rozdawanym na UK był ten adres, nieaktualny już od dłuższego czasu. Za to brak znajomości języka angielskiego u pracowników urzędu, a także policji dla obcokrajowców, obowiązuje nadal, o czym również ostrzega się w owym przewodniku. To żebyśmy nie wstydzili się tak bardzo pracowników polskiej administracji. Współczuję jedynie tym, którzy po czesku nie mogliby się dogadać, a teoretycznie każdy, kto chce przebywać w Czechach dłużej, musi zarejestrować się na policji dla obcokrajowców do 30 dni od daty przyjazdu (chodzi oczywiście o obywateli Unii, bo ludzie spoza muszą to zrobić w ciągu trzech dni od przekroczenia granicy). Oczywiście, myślę, że spora część studentów-erasmusów w ogóle się nie rejestruje, właśnie ze względu na kłopoty w komunikacji. Do tego dochodzi też nieznajomość prawa.
Trzeba przyznać, że choć czekanie samo w sobie nie było zbyt przyjemne, to nie da się zaprzeczyć, że siedziba urzędu jest w dobrym miejscu, bo w przerwie można wyskoczyć do Billi po zakupy albo do kafejki Vitkov na małą przekąskę. To naprawdę się przydaje, bo nie każdy spodziewa się takich kolejek i żółwiego wręcz tempa obsługiwania przez zaledwie 2 w porywach 3 osoby. Poczułam się jak w NFZ przy wyrabianiu EKUZ.
Okazało się potem, że właściwy urząd był oddalony o zaledwie 10 minut piechotą, a jak tylko wzięłam numerek i formularz do wypełnienia przyszła moja kolej. Pan policjant był bardzo miły, ale jednocześnie przeprowadzał ze mną małe przesłuchanie. Jak zwykle zapomniałam jaki numer ma moja kamienica, a w Czechach są zawsze dwa numery na budynkach (niestety, nie wiem dlaczego) i przyzwyczajona do polskich zwyczajów pamiętam zawsze ten mniejszy, na niebieskiej tabliczce. To panu policjantowi wydało się podejrzane (jak również to, że nie pamiętałam imienia właścicielki), więc zaczął mnie przepytywać ze znajomości okolicy. Na szczęście jakoś z tego wybrnęłam. Nawet z tej właścicielki, choć chyba domyślił się jak wygląda wynajem mojego mieszkania od strony formalnej. Powiedział tylko, że może być przypał jak to wyjdzie. Mam nadzieję, że do czasu mojego wyjazdu nie nabroję niczego, więc nie zdążą dobrać się do mojej teczki. Choć muszę przyznać, że aż spociłam się ze strachu, kiedy siedziałam przed tym policjantem. Wyglądał jak przemiły staruszek, ale kto wie jakie oni mają tam metody wydobywania zeznań. Tak właśnie w ciągu kilku godzin stałam się tymczasową mieszkanką Pragi. Dodam jeszcze, że choć było to 30-tego dnia od daty przyjazdu, ale pan powiedział, że na wszelki wypadek mogę napisać jaką datę chcę. Zasady zasadami, ale jak już ochotnik przyjdzie się zarejestrować, to nie można go odstraszać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz