W ciągu ostatniego pobytu w Pradze zdążyłam to miasto poznać z zupełnie innej strony niż dotychczas. Głównie dzięki znajomym i przyjaciołom. Wystarczyło pomieszkać trochę z J., który zawsze przyciągał najciekawszych ludzi, najdziwniejsze indywidua, a niekiedy i jedno i drugie.
Chociaż miałam zaledwie kilkaset metrów do słynnego "U vystřelenýho oka", gdzie Jaroslav Rudiš razem z Jaromírem 99 przy bezalkoholowym piwie poczęli Aloisa Nebela, wolałam spędzać czas w nietypowych zakątkach Pragi. Na miejscu pierwszym były lokale z wegetariańską kuchnią. Zaczęło się od wizyty w restauracji Gopal na Nerudovej.
J. postanowił pewnego dnia zaopatrzyć się w warzywa na targowisku na Jiřího z Poděbrad, gdzie poznał bardzo przyjaznego kucharza z Gopalu, który opowiedział mu o tym miejscu i zaproponował pracę w kuchni, bez wynagrodzenia, ale w zamian za posiłki. Nowo poznany znajomy zapewniał J., że poza dobrym jedzeniem oferują jeszcze strawę duchową - co tydzień odbywają się tam ceremonie, w których każdy może wziąć udział. Ponieważ J. bardzo chciał znaleźć pracę w Pradze, namówił mnie na wyjście do Gopalu. Na szczęście. Na miejscu okazało się, że owszem, można tam dobrze zjeść, ale ceremonia duchowa to przygrywanie na bębenku, pląsy i pokłony składane Krysznie. Oboje przyglądaliśmy się temu w niemym osłupieniu. Znajdowaliśmy się w mieszkaniu na prawdopodbnie jednej z najdroższych ulic Pragi (tuż pod zamkiem), cała kamienica należała do wyznawców Kryszny. W ceremonii uczestniczyła jakaś para i ich bardzo aktywne ruchowo 4-5-letnie dzieci, które były bardziej pochłonięte zabawą, płaczem i dosyć dramatycznym rzucaniem się na podłogę, niż tym, co robili ich rodzice. Powoli wycofaliśmy się z pokoju, chcieliśmy wyjść bez pożegnania, ale gospodarz zatrzymał nas jeszcze i próbował zauroczyć wątpliwą znajomością prawdopodobnie wszystkich języków świata. Do mnie powiedział coś po polsku, to znaczy raczej tak mu się wydawało (choć od czeskiego do polskiego nie jest tak daleko, przynajmniej w podstawowych zwrotach). Co zaskakujące, lepiej mu poszło po hiszpańsku z J. Tym większe podejrzenia to w nas wzbudziło, więc czym prędzej się stamtąd zmyliśmy.
Długo później po drodze analizowaliśmy to całe zdarzenie, śmiejąc się wariacko. Naiwność i łatwowierność mojego drogiego przyjaciela wystawiono na ciężką próbę. Cieszyłam się, że jednak z nim poszłam, bo nie wiadomo jaką wodę z mózgu by mu tam zrobili. Później jego waleczna hiszpańska matka musiałaby go zapewne odbijać z rąk sekty. Najdziwniejszy zbieg okoliczności wydarzył się natomiast dnia następnego - J. wrócił z miasta i powiedział, że widział swojego znajomego kucharza tuż pod naszą bramą. Stwierdziliśmy, że w śliwkach, którymi poczęstował nas gospodarz, były na pewno czipy i w ten sposób nas później namierzyli.
Co ciekawe wiele z wegetariańskich restauracji czy jadłodajni w Pradze jest prowadzonych przez wyznawców Kryszny. Serwowane przez nich dania są zazwyczaj niedrogie, a do tego zdrowe. Tak jest na przykład w Govindzie, gdzie za niecałe 100 koron można się porządnie najeść zupą, sałatką, sabdżi i czatnejem. A do tego woda za darmo. Jest przyjemny wystrój, Kryszna spogląda z obrazków na klientów i wszystko byłoby wspaniale, gdyby pewnego dnia w jednym z dań nie znalazł się czarny, gruby włos... Szkoda mi było pysznego jedzenia, a szczególnie halawy, ale ten widok utkwił mi na długo w pamięci. Dlatego wolałam zaglądać do Beas, gdzie ceny były nadal umiarkowane, a do tego podawali tam lassi (w wersjach z i bez mango). Do tego Beas jest całkowicie neutralny światopoglądowo i religijnie. Podobnie jak Country Life - restauracja i sklep jednego z najważniejszych producentów bio żywności w Czechach i nie wiem nawet, czy nie monopolisty na tym rynku, ponieważ trudno znaleźć certyfikowane wyroby bez logo Country Life na etykiecie i w innych, niż podyktowanych przez nich, cenach. W ich restauracji, a raczej fast foodzie (mała uwaga: większość wege lokali w Pradze to fast foody) znaleźć można najświeższe warzywa i owoce oraz najbardziej różnorodne menu. Minusem jest tylko cena - najwyższa z wymienionych powyżej lokali, chociaż zawsze od poniedziałku do czwartku od 15. obowiązują happy hours, więc można zjeść taniej. Dlatego też pewnie jest tam najwięcej klientów obcokrajowców, dla których zdrowy posiłek za 200-300 koron to niewielki wydatek. Mój wniosek był taki, że jeśli nie chce się wspierać finansowo działalności sekciarskiej, to trzeba za to słono płacić...
