To już prawie dwa miesiące odkąd jestem w Danii, która powoli staje się moim nowym domem. Codziennie poznaję ten kraj lepiej i coraz bardziej mi się tu podoba. Oczywiście wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, a ponieważ teraz mam w sumie dwa domy (może nawet 3, jeśli liczyć też Czechy), to czuję się tu naprawdę dobrze.
Od początku sierpnia uczę się języka w dwóch miejscach w Kopenhadze. Kursy, na które chodzę są prowadzone przez organizacje o charakterze religijnym - Armię Zbawienia i Międzynarodowe Centrum Chrześcijańskie (IKC - Bethesda). Oba są też praktycznie bezpłatne - Kalejdoskop (szkoła AZ) pobiera jedynie 190 koron miesięcznie (to bardzo niewiele w porównaniu z ceną kursu prowadzonego przez inne instytucje, czy np. gminy). Za to jak tylko znajdę pracę będę mogła pójść na kurs finansowany przez rząd duński. Niedawno przeszłam do grupy średniozaawansowanej - uczyłam się trochę sama, więc znam już podstawy. Poza tym w żadnej ze szkół nie ma testu poziomującego, więc każdy zaczyna tam, gdzie sądzi, że jest, co czasem daje bardzo zabawne efekty.
O ile w Kalejdoskopie pracują wykwalifikowani nauczyciele z doświadczeniem, którzy doskonale potrafią wytłumaczyć zawiłości języka duńskiego, to w IKC lekcje prowadzą w większości wolontariusze (często emeryci szukający dodatkowego zajęcia), którzy często nie mają niestety pojęcia o podstawach. Jedna z przykładowych wypowiedzi: "Nie wiem, kiedy odpowiada się ja, a kiedy jo; ja po prostu czasem mówię ja, a czasem jo". Są też i inni, którzy za każdym razem mają przygotowane materiały i z cierpliwością poprawiają wymowę (a duńska wymowa może sprawić naprawdę dużo problemów). Ponieważ w IKC zajęcia są bezpłatne i nie ma praktycznie żadnej ewidencji słuchaczy (każdy wpisuje na listę tylko imię, kraj pochodzenia, płeć i poziom), za każdym razem dołączają nowe osoby. Co tydzień można poznać kogoś nowego, a muszę dodać, że na kurs chodzą ludzie praktycznie z całego świata. Już pierwszego dnia w czasie przerwy poznałam Nepalkę, która opowiedziała mi o życiu w społeczeństwie opartym na systemie kastowym.
Ludzie, których spotykam w szkole przyjechali do Danii z różnych powodów - niektórzy szukają pracy, inni mają duńskich małżonków, a do tych szkół chodzą, ponieważ czekają na nadanie numeru CPR (odpowiednik polskiego nr. PESEL i NIP-u w jednym), który uprawnia do bezpłatnego kursu organizowanego przez gminy; inni małżonków szukają, a póki co są tu tylko jako turyści. Podobno w Danii aż 20% małżeństw rocznie zawieranych jest z obcokrajowcami. Nie da się temu zaprzeczyć, chociaż zastanawia mnie jaki odsetek z tego, to związki z wyboru. W szkole poznałam kilka dziewczyn, głównie z Tajlandii, które znają tylko kilka słów po angielsku, a ich mężowie nie mówią też po tajsku. Na początku myślałam, że to Duńczycy sprowadzają sobie egzotyczne żony (muszę przyznać, że rzadziej są to Europejki), ale okazuje się, że często obcokrajowcy już przebywający w Danii pomagają w przyjeździe rodzinie i znajomym, a później aranżują małżeństwa, żeby zapewnić im lepszą przyszłość.
Ponieważ w zasadzie nikt w żadnej ze szkół nie pyta o to, czy przebywa się w Danii legalnie, czy nie, niekiedy wynikają z tego całkiem zabawne sytuacje. Na jednej z lekcji mieliśmy powiedzieć, co robimy w Danii, albo po prostu w życiu. Jeden Pakistańczyk powiedział, że zwiedza, a na pytanie, czy poza tym robi coś konkretnego, podkreślił, że TYLKO zwiedza. W końcu nauczycielka wyciągnęła z niego informacje, że jego hobby jest krykiet.
Jeszcze krótko o zajęciach. W IKC lekcje prowadzone są dwa razy w tygodniu rano i popołudniu. Na 10. przychodzą wyłącznie kobiety (wyjątkiem są tylko kilkunastoletni synowie jednej muzułmanki). Na początku ten system wydał mi się dziwny i planowałam chodzić tylko na 14., kiedy są zajęcia dla wszystkich, ale już się zdążyłam do tego przyzwyczaić i dzięki temu w IKC mam w sumie 4 godziny zajęć dziennie (a to oznacza szybsze postępy!). Nie wiem, czy ten podział wynika ze względów religijnych. Możliwe, że niektórym kobietom rzeczywiście pomaga się skupić i czuć się pewnie. Podczas pierwszej godziny wszyscy razem przebywają w dużej sali. To takie wprowadzenie, ćwiczenie wymowy, krótki dialog i piosenki - jedna religijna, a druga "gimnastyczna" z pokazywaniem części ciała - trochę rozluźniająca, a trochę wspomagające zapamiętywania. Później jest krótka przerwa na kawę, w czasie której można też poznać nowych ludzi. Druga część to zajęcia w grupach na poszczególnych poziomach.
Kalejdoskop ma bardziej rygorystyczne podejście do obecności, zajęcia są też systematyczne, odbywają się, podobnie jak w IKC, dwa razy w tygodniu, choć w inne dni tygodnia, więc można chodzić równocześnie na oba kursy. Obie szkoły dobrze się uzupełniają, choć w żadnej nie ma tak naprawdę tradycyjnych prac domowych, testów sprawdzającyh wiedzę itp. Każdy uczy się dla siebie i to od niego zależy, jakie postępy zrobi.
Generalnym założeniem tych kursów jest pomoc imigrantom odnaleźć się w nowym kraju, a pierwszym krokiem do tego jest opanowanie języka. Poza tym obie organizacje oferują też bezpłatną pomoc prawną, "kafejki", czyli spotkania, na których można poznać nowych ludzi, porozmawiać po duńsku, a przy okazji zjeść coś za rozsądną cenę. Kalejdoskop ma też grupę wsparcia dla kobiet i prowadzi zajęcia podobne do yogi. Ludzie, którzy pracują w obu szkołach są bardzo pomocni, otwarci i sympatyczni. Moja nowa nauczycielka z Kalejdoskopu jest Iranką, która od ponad dwudziestu lat mieszka w Danii. Nie mówi zbyt dobrze po angielsku, ale stara się jak najlepiej wszystko wytłumaczyć. Za to w IKC nauczycielka prowadząca zajęcia ogólne jest bardzo entuzjastyczna, trochę szalona, ale dzięki temu może dotrzeć do wszystkich, bez względu na to jakie mają wykształcenie albo podejście do nauki. Nawet najbardziej znudzeni dają się wciągnąć w ćwiczenia i śpiewanie, bez względu na to jakiego są wyznania.
Na koniec jeszcze krótka próbka języka duńskiego.