niedziela, 30 września 2012

Wszystko pod kontrolą!

    W końcu znowu jestem skomputeryzowana! Trochę na to czekałam, ale uwielbiam ten moment, kiedy mogę postukać w klawiaturę i wylać z siebie to, co chodzi mi po głowie. Z przykrością stwierdzam również, że moja polszczyzna, nigdy perfekcyjna, zaczęła jeszcze bardziej kuleć, odkąd znalałam się na tej obcej wikińskiej ziemi.

     Skoro już mowa o wikińskiej ziemi, to może wspomnę trochę o życiu w Danii. Właściwie jest bardzo dużo do powiedzenia i nawet nie wiem od czego zacząć. Mieszkam teraz w kraju rowerzystów, ale wcale nie mam ochoty pisać o dwóch kółkach, przynajmniej do czasu, kiedy się z nimi oswoję.

    Pierwsza rzecz, która bardzo mnie w Danii zaskoczyła (przyznam, że pozytywnie), to kontrola żywności. Dla każdego, kto podobnie jak ja uwielbia jeść, a jednocześnie wiedzieć, co jest na jego talerzu, to po prostu raj. Przede wszystkim każdy lokal gastronomiczny (również sklepy, piekarnie, bary, a nawet uliczne budki z hot-dogami) przechodzi kontrolę, a jej wyniki są dostępne dla wszystkich - umieszcza się je obowiązkowo w widocznym miejscu (najczęściej na drzwiach lub oknie), więc przed wejściem można się z nimi zapoznać i zastanowić, czy ma się ochotę zaryzykować. Nawet jeśli raport jest negatywny i restauracja dopuściła się zaniedbań, taka właśnie informacja musi znaleźć się na lokalu. Wyniki kontroli oznacza się uśmieszkami, więc jeśli, jak w reklamie, chce się mieć uśmiechnięty brzuszek (choćby po kebabie), to trzeba wybrać odpowiednie miejsce. Najbardziej podoba mi się to, jak przeprowadza się kontrole w miejscowościach wypoczynkowych - wszystkie restauracje znajdujące się na tej samej ulicy sprawdza się w tym samym czasie, nikt nie może uciec ani się ze sobą komunikować w celu ostrzeżenia innych! Na myśl o tym od razu wyobrażam sobie uzbrojone jednostki, które nie zawracają sobie nawet głowy wykonywaniem strzałów ostrzegawczych, kiedy widzą kucharza z długimi paznokciami... 

Raport z kontroli lokalu gastronomicznego. 

     Inna kwestia to kontrola składu żywności i nadawanie im odpowiednich certyfikatów. Dania ma na przykład własne oznaczenie produktów ekologicznych, co znaczy, że na opakowaniach można znaleźć nie tylko zielony emblemat unijny, ale też czerwony - państwowy. 


Symbol państowej kontroli ekologicznej.


    Duńczycy, a przynajmniej pewna ich część, starają się bardzo dbać o zdrowie. Patrząc na przeciętnych ludzi na ulicy niekiedy trudno w to uwierzyć - rośnie odsetek ludzi otyłych, a także cierpiących na różne choroby cywilizacyjne. Dlatego też pojawiają się nowe sposoby zachęcania ludzi do prowadzenia zdrowego trybu życia i większej dbałości o zawartość talerza. Od 1989r. w krajach skandynawskich można znaleźć na opakowaniach wielu produktów charakterystyczny zielony symbol dziurki od klucza. Nadaje się go żywności, która jest "zdrowa" - niekoniecznie ekologiczna, ale bogata w składniki ważne dla diety, z niską zawartością szkodliwych tłuszczy i soli. Jest bardzo pomocna dla leniwych, którzy nie mają czasu zapoznawać się z różnymi poważnymi tabelkami, czy porównywać etykiet różnych produktów.  Na pewno zobaczyć go można na pakowanych owocach, warzywach, ale też na mięsie, a co najważniejsze - czymkolwiek z określeniem "pełnoziarnisty". W Danii wydaje się, że  tak naprawdę wszystko jest pełnoziarniste - od makaronu po pitę, no i oczywiście chleb. "Fuldkorn" było jednym z pierwszych duńskich słów, jakiego się nauczyłam.


Nøglehul, czyli dziurka od klucza.


     Na koniec najgorsza wiadomość - ponieważ wszystko, co tłuste i słodkie uważa się za niezdrowe, to słodycze i słone przekąski typu chipsy obłożone są wysokimi podatkami, podobnie jak np. papierosy. Nawet jeśli weźmie się pod uwagę duńskie zarobki, to jednak serce się kraje na widok ceny batonika Bounty, szczególnie jak ma się gorszy dzień. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz