środa, 24 października 2012

Natáčíme film c.d.

   Projekt dobiega już końca i zaczynam cieszyć się na powrót do domu. Pięć dni spędzonych wśród romskiej młodzieży potrafi wykończyć. Tyle czasu z nastolatkami to dla mnie dosyć długo, a już na pewno z tak hiperaktywnymi. Romskie wychowanie różni się dosyć od tego, którego sama doświadczyłam. Na tym nie kończą się różnice i jestem zadowolona z tego, że zdecydowałam się tutaj przyjechać. 

   Romowie, których spotykałam dotychczas w Polsce należą do zupełnie innej grupy niż ci "moi", którzy są właściwie częścią czeskiego i słowackiego społeczeństwa. Niektórzy z nich nie mówią już nawet po romsku, a przy tym często mają też problemy z wyjaśnieniem innym na czym polega dla nich bycie Romem, bo w paszporcie nie mają wpisanej  takiej narodowości. Zawiera się to dla nich w tradycjach i utożsamianiu się z narodem, który nie ma własnego państwa. Możliwe, że uprzedzenia i ataki na nich jeszcze bardziej ich konsolidują i pozwalają pamiętać o wspólnym pochodzeniu. Takie jest przynajmniej moje spostrzeżenie. 

   Wczoraj miałam okazję być po raz pierwszy w knajpie prowadzonej przez Romów. Miała swoją specyfikę, a w dodatku znajdowała się na wsi, co jeszcze bardziej dodawało jej uroku. Do tej wsi dotarłam właściwie, ponieważ pochodzi z niej kilka osób biorących udział w projekcie. Kręciliśmy tam kilka scen, więc po skończeniu kolejnego dnia zdjęć mieliśmy trochę czasu na poznanie okolicy. Poza tym, że było tam ciemno, w rogu stały automaty do gier oblegane przez miejscowe dziewczyny, to jeszcze barmanki tańczyły w rytmie romskiego hip hopu. Tu uwaga, że ten typ muzyki jest tu szczególnie popularny. Sądzę, że to ze względu na teksty, które są zazwyczaj o biedzie, braku szans i sprzeciwianiu się temu wszystkiemu. Na pewno nie chodzi o samą muzykę, bo od niej już mi uszy puchną, bo oczywiście musi ona być bardzo głośna i najlepiej z wyraźnymi basami. Tu jeszcze jedno spostrzeżenie - Romowie (a przynajmniej ta grupka, którą poznałam) bardzo lubią muzykę i często są w tej dziedzinie utalentowani. No i to, że nie mogą być w większej grupie i nie śpiewać albo puszczać sobie piosenek choćby z komórki. Dla nich to zupełnie nie jest obciach. Wracając do kwestii kanjpy, to pierwszym pytaniem, które usłyszeliśmy było, czy mamy ze sobą trawę. Byłam wtedy z czeskim reżyserem i mylnie zostałam wzięta za Czeszkę. Na Słowacji, w przeciewieństwie do Czech, posiadanie marihuany jest nielegalne, więc nasz rozmówca nie owijał w bawełnę. Przy tym miał chyba z 60 lat, więc byłam trochę zaskoczona jesgo pytaniem.

   Bardzo mnie zaciekawiło podejście Romów do kwestii swobody. Nie obajwia się ono jedynie w tym, że jeśli nie chcą chodzić do szkoły, to nikt ich do tego nie zmusi. Mam niekiedy wrażenie, że zwrócenie im na cokolwiek uwagi odbierają jako atak na ich wolność osobistą. Są tacy, jacy są i nikt nie ma prawa im niczego zabraniać. Na pewno trudno im w ten sposób przystosować się do życia w społeczeństwie i tego, że nie każdy akceptuje ich zwyczaje. Zastanawiam się teraz jak tak naprawdę żyją Romowie w Polsce i żałuję, że żaden stamtąd nie przyjechał. 

   Mam nadzieję, że film, który kręcimy, przyniesie jakieś efekty. Pomysł jest naprawdę ciekawy i podoba mi się to, że uczestnicy sami wymyślili scenariusz, korzystając z własnych doświadczeń. Większość historii, które usłyszałam jest jednak smutna - wszystko z powodu niechęci obu stron do zmiany nastawienia. Jednak już teraz jestem ciekawa, co stanie się w przyszłości z ludźmi, których tu poznałam.

niedziela, 21 października 2012

Natáčíme film

Celem D1 jest, żeby do Brna dotarło jak najmniej Prażaków.
                                      

    Od wczoraj już wiem skąd się wziął ten dowcip o autostradzie Praha-Brno. Przebyłam 1200 km, w tym 207 tą trasą, aby dostać się do Nitry na Słowacji. Autostrada D1 składa się w większości z kilometrowych odcinków wyboi. Trasa ta przebiega pomiędzy dwoma największymi miastami Republiki i nazywana jest ironicznie Jedwabnym szlakiem (Hedvábná stezka). Co najdziwniejsze, dalszy ciąg autostrady, który prowadzi aż do Bratysławy, tuż za słowacką granicą przechodzi w niemal gładki asfalt. Słowacja, która zawsze uchodziła za biedniejszą słabiej rozwiniętą siostrę Czech, okazała jednak swą cywilizacyjną wyższość.

    Słowacja jest naprawdę pięknym krajem z wielkimi obszarami lasów (przynajmniej na tym kawałku, który widziałam). Zdążyłam też na chwilę wpaść do Bratysławy, chociaż mój wielki plecak uniemożliwił mi zwiedzenie więcej niż kilku uliczek Starego Miasta. Przy wjeździe do Bratysławy można podziwiać nowoczesne zabudowania - wielkie biurowce i czyste ulice. Trochę głębiej jest jednak gorzej. Przede wszystkim dworzec autobusowy w stolicy wygląda jak z czasów komuny (z których zapewne i pochodzi).

Za cudowną autobusową dekoracją kryje się kafejka, której brakuje tylko palm, aby dopełnić tragicznego obrazu kiczu i braku smaku.


    Na Słowację przyjechałam, żeby wziąć udział w międzynarodowym projekcie promującym wśród Romów edukację. Naszym zadaniem jest nakręcić krótki film, w którym pokażemy jak wiele mogą oni zyskać kończąc szkołę średnią, a niekiedy nawet uniwersytet. Projekt jest skierowany do młodzieży czeskiej, polskiej i słowackiej, ale niestety z Polski przyjechałam tylko ja i to w dodatku jestem w zupełnej mniejszości, bo jestem jedyną "gadzio", czyli nie-Romką. Na początku byłam dosyć zaskoczona tą sytuacją, bo spodziewałam się, że choć trochę bylibyśmy wymieszani, ale okazuje się to całkiem interesującym doświadczeniem. Pierwsze godziny były dosyć zabawne, bo przyglądaliśmy się sobie wzajemnie z ciekawością - oni zastanawiali się głównie jak to się stało, że się nie bałam do nich przyjechać, a ja byłam bardzo zaintrygowana, ponieważ w Polsce nigdy nie miałam okazji poznać bliżej żadnego Roma.

     Podczas projektu mamy się nauczyć jak właściwie powstaje film, dlatego też każdego dnia będą odbywać się warsztaty z produkcji filmu. Dziś na przykład było krótkie ogólne wprowadzenie w tematykę tworzenia filmu. Na następne dni przypadają warsztaty z edycji i udźwiękowienia, więc zapowiada się dosyć ciekawie. Każdego dnia pracujemy pod okiem profesjonalistów, którzy wprowadzają nas w tajniki produkcji.

    Dzień pierwszy poświęciliśmy na przygotowania do kręcenia filmu. Podzieliliśmy się na grupy, z których każda pracowała nad poszczególnymi zadaniami - pisaniem scenariusza, pracą z kamerą i tworzeniem scenografii. Zgłosiłam się do bycia operatorem kamery, ponieważ stwierdziłam, że choć nie mam o tym bladego dużego pojęcia, to przynajmniej mogę się czegoś nauczyć. Poza tym nie znam zupełnie realiów życia Romów, a talentem plastycznym nie grzeszę, więc nie było by nic po mnie w pozostałych grupach.

   Jak dotąd jestem naprawdę zaintrygowana ludźmi, których tu spotkałam. Przede wszystkim są to Czesi i Słowacy, którzy pochodzą z romskich rodzin. Większość z nich ma jakieś artystyczne pasje i talenty - tańczy, śpiewa albo gra na jakimś instrumencie. No i przede wszystkim każdy z nich się uczy. Dziś jedna grupa miała odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących ich postawy wobec szkoły. Część historii była naprawdę wzruszająca, ponieważ spotykają się często z dyskryminacją ze strony zarówno uczniów jak i nauczycieli. Trudno jest im pokonać te przeszkody, zwłaszcza jeśli są to np. skini goniący ich kilka kilometrów na drodze ze szkoły. Takie sytuacje kończą się często porzuceniem nauki. Dlatego też często wolą wybrać romską szkołę, w której nikt ich nie obraża ani nie poniża, a nauczyciele starają się zaszczepić w nich pasję do nauki zamiast sadzać z zasady do ostatniej ławki, żeby nie przeszkadzali "białym".

    Jutro zaczynamy już kręcić niektóre sceny, więc na tym skończę, a wkrótce opiszę dalszy ciąg tej przygody.

wtorek, 16 października 2012

Dobre, bo duńskie

    Ciekawa jestem, czy ktoś jeszcze pamięta, że istniało kiedyś hasło Dobre, bo polskie, albo Teraz Polska. Oba odnosiły się do oznaczeń różnych polskich produktów. Pierwsze na pewno dawno już umarło, być może śmiercią naturalną - przez brak zainteresowania, ale drugie, jak widzę, całkiem dobrze się trzyma. Tylko czy ktoś jeszcze zwraca na to uwagę, czy produkt jest polski? Czy może częściej czynnikiem decydującym o zakupie jest cena? A może właśnie lepiej, kiedy coś jest importowane?

     W Danii ludzie są bardzo przywiązani do określenia czegoś jako duńskie. Stało się to nawet znakiem jakości - pojawia się na owocach i warzywach, a szczególnie już na ogórkach (pewnie w obawie przed morderczymi ogórkami z Hiszpanii). Oczywiście muszą być one odpowiednio oznaczone flagą, na której punkcie mają tu niezłego hopla (ale o tym kiedy indziej). Duńczycy chętnie godzą się na płacenie za coś wyższej ceny tylko dlatego, że jest wyprodukowane w ich kraju. Z jednej strony podyktowane to jest wspieraniem rodzimej gospodarki, a z drugiej - swoistym, aczkolwiek skrzętnie ukrywanym lękiem przed obcym

   Jakiś czas temu w prasie pojawiła się dyskusja na temat przywiązania Duńczyków do ciemnego chleba (rugbrød). W wynikach badań przeprowadzonych w kilku duńskich szkołach okazało się, że nauczyciele nie pozwalali dzieciom pochodzących z imigranckich rodzin na jedzenie m.in. pity, argumentując to tym, że nie jest tak zdrowa jak ciemny chleb. Dzieci nie mogły jeść drugiego śniadania, jeśli rodzice przygotowali im tradycyjne dla kraju swojego pochodzenia potrawy. Co innego ciemne pieczywo - nawet jeśli zawierało o wiele za dużo soli, a przykryte było tłustym pulpetem frikadelle (wielu znanym na pewno z obiadów w IKEI). W mniemaniu jednej z nauczycielek był to posiłek zdrowszy niż arabskie, pszenne placki. W tym się właściwie zamyka całe podejście Duńczyków - interesuje ich to, co obce, ale jednocześnie nie chcą przyznać, że może być lepsze niż ich własne. 

     Moja duńska znajoma wyznała mi ostatnio, że nigdy by nie kupiła polskich grzybów, które jak dotąd są jedynym rodzimym produktem, jaki widziałam na tutejszym rynku. Właściwie to dla smakoszy jest niewielki wybór - albo duńskie pieczarki (białe lub brązowe), albo polskie grzyby rozmaitego rodzaju. Poza nimi znajdzie się pewnie jeszcze kilka polskich produktów eksportowych, ale na pewno nie tyle samo, co tych duńskich u nas. 

    Na całym świecie niezwykle ceni się duńskie wzornictwo, a meble niektórych projektantów osiągają astronomiczne ceny. Fotel może kosztować nawet klika tysięcy złotych, a mimo to ludzie nadal chcą go kupić. Niedawno jedna z dużych duńskich firm wytwarzających meble postanowiła przenieść swoją fabrykę do Polski i od razu pojawiły się pytania, czy w takim razie obniżą się ceny, skoro nie będą to już duńskie produkty.

    Zastanawiam się jak wielu Polaków myśli o tym podczas codziennych zakupów i czemu by bardziej zaufali - polskiej, czy duńskiej marce. Chociaż po aferze z solą do posypywania dróg sprzedawaną jako spożywcza, ja sama przestałam wierzyć w polską jakość, a może dokładniej we wszelkie instytucje sprawujące kontrolę m.in. nad rynkiem żywności. Ale jak pokazuje niedawny przykład czeskiego alkoholu - w każdym kraju zdażają się takie nadużycia.

niedziela, 14 października 2012

Dania się zmienia... powoli

     Wydawało mi się dotychczas, że Dania jest bardzo nowoczesnym państwem - nadąża za szybko zmieniającym się światem, stawia na innowacje i dostosowuje się do nowego modelu społeczeństwa. To zdanie mogłoby być w zasadzie prawdziwe, ale ostatnio coraz częściej przekonuję się, że Dania jest pod wieloma względami bardzo konserwatywnym państwem. 
     
    Jeden z przykładów to godziny otwarcia sklepów. Do 1.10.2012 obowiązywało w tym zakresie prawo z... 1946r. Oznaczenie supermarketu jako otwarty codziennie (hverdag) może trochę mylić. W duńskim hverdag znaczy tak naprawdę dni robocze (nie warto wszystkiego tłumaczyć dosłownie...). Do niedawna więc większość supermarketów była czynna w soboty do 18., podobnie w niedziele, ale tylko pierwszą i ostatnią w miesiącu. To samo z określeniem całodobowy - w praktyce oznacza to pracę od 8 do 24. Takie prawo utrzymywało się przez długi czas i miało na celu przede wszystkim ochronę (Dania jest przecież państwem opiekuńczym) małych sklepów, których nie stać na zatrudnienie pracowników w późnych godzinach wieczornych lub nocnych . Wydaje mi się to zupełnie błędnym założeniem, bo tak naprawdę w Kopenhadze i okolicach jest już niewiele takich sklepików, może co najwyżej w małych miejscowościach, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że wiele osób pracuje teraz poza miejscem zamieszkania, a duże zakupy robią np. w drodze z pracy, to ograniczenie godzin otwarcia wcale ich nie uratuje przed plajtą. Poza tym takie sklepiki w miastach są w większości prowadzone przez imigrantów, a jak pokazuje przykład z innych zachodnioeuropejskich krajów - dla nich nie ma różnicy, czy to piątek, niedziela, a tym bardziej święto - zawsze pracują. 

     Teraz nastała rewolucja -  właściciele sami mogą decydować w jakich godzinach działa ich sklep. Głównym argumentem za zmianą prawa było to, że współczesne duńskie społeczeństwo różni się od tego sprzed prawie 70-ciu lat. Nie da się ukryć, że ludzie zdążyli już nabrać nowych zwyczajów i prowadzą inny tryb życia niż ich dziadowie. Jak na razie nie widziałam supermarketów, które jak Tesco byłyby otwarte całą dobę, ale Duńczycy zaczęli chodzić na zakupy również w niedziele. 

     Co prawda mi się podobało, że duński pracownik spożywczaka miał wolne w niedziele i nie musiał siedzieć do późna na kasie. Poza tym nawet niektóre centra handlowe jeszcze niedawno były otwarte np. w sobotę od 11 do 16, a w pierwszą i ostatnią niedzielę miesiąca od 11 do 14. Dla mnie oznaczało to zupełnie inne podejście do pracowników. Mam wrażenie, że w Polsce i innych krajach ogłupionych przez zagraniczne koncerny niewiele osób zwraca uwagę na to, że chociaż robią zakupy w niedziele (i to nie zawsze z konieczności), to sami w życiu by nie zgodzili się na pracę w dzień wolny. Wygląda zatem na to, że podobnie jak Dania - jest ze mnie zupełna konserwa. Ale przynajmniej szanuję ludzi za wykonywaną pracę! Oczywiście z pobożnym życzeniem, aby i mnie kiedyś szanowano...