Ciekawa jestem, czy ktoś jeszcze pamięta, że istniało kiedyś hasło Dobre, bo polskie, albo Teraz Polska. Oba odnosiły się do oznaczeń różnych polskich produktów. Pierwsze na pewno dawno już umarło, być może śmiercią naturalną - przez brak zainteresowania, ale drugie, jak widzę, całkiem dobrze się trzyma. Tylko czy ktoś jeszcze zwraca na to uwagę, czy produkt jest polski? Czy może częściej czynnikiem decydującym o zakupie jest cena? A może właśnie lepiej, kiedy coś jest importowane?
W Danii ludzie są bardzo przywiązani do określenia czegoś jako duńskie. Stało się to nawet znakiem jakości - pojawia się na owocach i warzywach, a szczególnie już na ogórkach (pewnie w obawie przed morderczymi ogórkami z Hiszpanii). Oczywiście muszą być one odpowiednio oznaczone flagą, na której punkcie mają tu niezłego hopla (ale o tym kiedy indziej). Duńczycy chętnie godzą się na płacenie za coś wyższej ceny tylko dlatego, że jest wyprodukowane w ich kraju. Z jednej strony podyktowane to jest wspieraniem rodzimej gospodarki, a z drugiej - swoistym, aczkolwiek skrzętnie ukrywanym lękiem przed obcym.
Jakiś czas temu w prasie pojawiła się dyskusja na temat przywiązania Duńczyków do ciemnego chleba (rugbrød). W wynikach badań przeprowadzonych w kilku duńskich szkołach okazało się, że nauczyciele nie pozwalali dzieciom pochodzących z imigranckich rodzin na jedzenie m.in. pity, argumentując to tym, że nie jest tak zdrowa jak ciemny chleb. Dzieci nie mogły jeść drugiego śniadania, jeśli rodzice przygotowali im tradycyjne dla kraju swojego pochodzenia potrawy. Co innego ciemne pieczywo - nawet jeśli zawierało o wiele za dużo soli, a przykryte było tłustym pulpetem frikadelle (wielu znanym na pewno z obiadów w IKEI). W mniemaniu jednej z nauczycielek był to posiłek zdrowszy niż arabskie, pszenne placki. W tym się właściwie zamyka całe podejście Duńczyków - interesuje ich to, co obce, ale jednocześnie nie chcą przyznać, że może być lepsze niż ich własne.
Moja duńska znajoma wyznała mi ostatnio, że nigdy by nie kupiła polskich grzybów, które jak dotąd są jedynym rodzimym produktem, jaki widziałam na tutejszym rynku. Właściwie to dla smakoszy jest niewielki wybór - albo duńskie pieczarki (białe lub brązowe), albo polskie grzyby rozmaitego rodzaju. Poza nimi znajdzie się pewnie jeszcze kilka polskich produktów eksportowych, ale na pewno nie tyle samo, co tych duńskich u nas.
Na całym świecie niezwykle ceni się duńskie wzornictwo, a meble niektórych projektantów osiągają astronomiczne ceny. Fotel może kosztować nawet klika tysięcy złotych, a mimo to ludzie nadal chcą go kupić. Niedawno jedna z dużych duńskich firm wytwarzających meble postanowiła przenieść swoją fabrykę do Polski i od razu pojawiły się pytania, czy w takim razie obniżą się ceny, skoro nie będą to już duńskie produkty.
Zastanawiam się jak wielu Polaków myśli o tym podczas codziennych zakupów i czemu by bardziej zaufali - polskiej, czy duńskiej marce. Chociaż po aferze z solą do posypywania dróg sprzedawaną jako spożywcza, ja sama przestałam wierzyć w polską jakość, a może dokładniej we wszelkie instytucje sprawujące kontrolę m.in. nad rynkiem żywności. Ale jak pokazuje niedawny przykład czeskiego alkoholu - w każdym kraju zdażają się takie nadużycia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz