piątek, 26 grudnia 2014

Na Kiermashu

Kraków jest coraz bardziej hip - hipsterskie kafejki, sklepy, wydarzenia, a wśród nich Kiermash, szumnie zapowiadany jako pierwsza tego rodzaju impreza w dawnej stolicy Polski. Na kilka tygodni przed pojawiły się o nim informacje w internecie, a wkrótce miasto zalały również plakaty. 

Wydarzenia o podobnym charakterze miały już miejsce w Krakowie, ale na pewno nie na taką skalę. Co jakiś czas w mieście odbywają się różnego rodzaju akcje promujące młodą polską modę, powstają nowe sklepy, ale targi z ofertą ponad 50 wystawców miały miejsce po raz pierwszy. Kiermash w Jubilacie to było coś - przede wszystkim świetny dobór miejsca - niewykorzystywana powierzchnia starego domu handlowego z pięknym widokiem na Wawel. Czar PRL-u, którym nasiąknięte było każde piętro sklepu przywoływał na myśl zakupy w latach 90. w podobnym domu towarowym, gdzieś na wschodzie Polski. Kiermash odbywał się na 3. piętrze, więc po drodze można było zerknąć na archaiczne stoiska z ubraniami, kosmetykami i artykułami AGD. 


Jubilat


Jubilat i światła neonów


Ostatnie piętro Jubilatu na jeden dzień przemieniło się w ogromne targowisko. Wśród filarów otoczonych lustrami, które niektórym służyły za przymierzalnie, swoje stoiska rozstawili wystawcy. Z głośników płynęła muzyka grana na żywo przez dj'a, a organizatorzy postarali się też o zaplecze gastronomiczne. Na Kiermashu można było znaleźć ciekawe ubrania dla dzieci i dorosłych, dodatki - od nerek po muszki i skarpety, a nawet ręcznie robione mydła. Wszystko oryginalne, niepowtarzalne - często wykonane w jednym tylko egzemplarzu. 

Widok na Wawel (fot. Kiermash)

Jubilat przed Kiermashem (fot. Kiermash)

DJ Antek (fot. Kiermash)


Na facebookowym profilu zapowiedziało się ponad 6 tysięcy uczestników... Pogoda sprzyjała wychodzeniu z domu - świeciło słońce, a na dworze było ponad 10st. Z pewnością dużą część osób przyciągnęła informacja o możliwości zakupu upominków świątecznych. Niestety bycie hip po prostu kosztuje, więc niektórzy odeszli z pustymi rękami, bo i owszem - ceny nerek, mydełek, czy skarpet były poniżej 100 zł, ale już ubrań, choć unikatowych, plasowały się od ok. 100 do 400 zł. 

Paski od Strapophilii


Kiermash był niesamowitą okazją do spotkania na raz tylu kreatywnych osób, które przyjechały do Krakowa, żeby pokazać to, co robią z pasją, w pojedynczych egzemplarzach, a czego nie da się kupić w sieciówkach. Jak np. oryginalne paski do aparatów, w różnych wzorach i kolorach, albo ręcznie robione, naturalne mydła. Poza tym można było poznać projektantów i zdobyć na nich namiary, bo część wystawianych ubrań była szyta na miarę, na Kiermashu dostępna tylko do przymiarki i obejrzenia.

Bluza od Siwulskiej


środa, 17 grudnia 2014

Pierwszy dzień w szkole

Mój pierwszy dzień w szkole Sanderum (Sanderumskolen) wbrew moim oczekiwaniom nie nastąpił zaraz po przyjeździe, ale o tydzień później. Ten czas poświęciłam na aklimatyację, poznanie nowego miejsca, miasta i ludzi. Moi mentorzy Lis i Claus zaopatrzyli mnie w kartę miejską, dzięki której mogłam się poruszać autobusami w obrębie miasta. Obiecali też, że dostanę rower, który w Odense był niezbędny. Do szkoły miałam niecałe 4 kilometry, ale dojazd autobusem wymagał przesiadki i jazdy naokoło, więc z radością przywitałam wiadomość o starym jednośladzie porzuconym przez kogoś pod szkołą, który po niezbędnym przeglądzie mógł już wyjechać na szosy. Claus chyba nie do końca ufał moim umiejętnościom jazdy na rowerze, a przede wszystkim chciał mi pokazać jak dojechać do akademika, więc sam wybrał się ze mną na przejażdżkę po zajęciach. Byłam mu niezwykle wdzięczna, a jednocześnie bałam się, że dam jakąś plamę, w stylu przewrócenia się na bok...

Plan zajęć został ustalony jeszcze przed przyjazdem i z czasem miał ulegać pewnym modyfikacjom. Miałam uczestniczyć  w lekcjach angielskiego, historii oraz gotowania. OK, tak naprawdę na każdym z tych pól czułam się niezbyt pewnie. Moje praktyki z podstawówki i gimnazjum, gdzie prowadziłam lekcje historii, były mało rozwijające. Powiedzmy, że metody stosowane przez moją własną niegdyś nauczycielkę były przestarzałe, a ja sama wtedy miałam za mało doświadczenia i odwagi, żeby spróbować czegoś nowego. Wiedziałam za to, że teraz będę musiała, więc było to dla mnie prawdziwe wyzwanie. 

Pierwszego dnia poznałam kilka klas, z którymi miałam spędzić następne pół roku, a także tzw. grono pedagogiczne, w szczególności nauczycieli, z którymi miałam współpracować. 
Tydzień zaczynałam od lekcji angielskiego, najpierw z klasą 7, a później 5, która wkrótce stała się jedną z moich ulubionych. Już pierwszego dnia napisali na tablicy mnóstwo ciepłych słów, różnież po polsku z użyciem Google Translate, co wprowadziło mnie w nie lada zaskoczenie, szczgólnie, że niektóre zdania nie miały sensu, a Claus, mój mentor bardzo chciał, żebym mu powiedziała co to znaczy... Nastąpiła chwila zakłopotania.






Poznałam też pobieżnie układ szkoły, która składała się z trzech budynków, z jednym zamkniętym dziedzińcem, służącym do zabawy na długiej przerwie. Pierwszy budynek zajmowały pomieszczenia administracji, a także klas 0-3 oraz 4-6. Budynek środkowy przeznaczony był dla pokoju nauczycielskiego, kilku sal lekcyjnych (do fizyki, chemii, muzyki i plastyki) oraz biblioteki i połączonej z nią sali do informatyki. W ostatniej części mieścił się oddział dzieci starszych, czyli klas 7-9 oraz oddział integracyjny dla dzieci z różnymi rodzajami upośledzenia.


Sanderumskolen, widok od frontu

W oddziale dzieci młodszych każda klasa miała własną salę, w starszych to nauczyciele mieli przyporządkowane sobie pomieszczenia. Szkoła była jasna i przestronna, dobrze rozplanowana, ze wszelkimi udogodnieniami, otoczona sporym kawałkiem zieleni. Miała też dwie sale gimnastyczne i boiska do gry w nogę i jakąś inną grę, zapewne szczypiorniaka, który jest duńskim wynalazkiem i sportem narodowym. Nie mogę też nie wspomnieć o zadaszonym parkingu dla rowerów. Sanderumskolen jest usytuowana w dzielnicy domków jednorodzinnych, kilka kilometrów od centrum i większość uczniów dojeżdża do niej rowerem lub chodzi na piechotę. Jedynie nieliczni korzystają z autobusów albo są dowożeni przez rodziców samochodem.



Na rowerze przyjeżdżali i mali i duzi

czwartek, 9 października 2014

W Dalum

Pakowanie, krótki lot samolotem i już byłam na duńskiej ziemi. Moja mentorka Lis wyjechała po mnie na dworzec i pomogła mi z bagażem. To znaczy, miała najlepsze chęci, ale ja nie chciałam łamać jej kręgosłupa, wiec sama wtaszczyłam po krętych schodach akademika moje życie zamknięte w wielkiej walizce i plecaku. Moja szkoła pomogła mi z zakwaterowaniem i znalazła dla mnie pokój w akademiku szkoły rolniczej (Landbrugsskole). Tak naprawdę miałam dużo szczęścia - część asystentów musi na własną rękę szukać mieszkania. W internecie nie znalazłam żadnych zdjęć tego miejsca, co mnie trochę zaniepokoiło, ale gorzej niż w akademiku w Drohobyczu na Ukrainie albo hotelu robotniczym w Nitrze na Słowacji nie mogło już być, szczególnie, że Dania to przecież Zachód przez duże "z".... 


Symbol szkoły - mówi wiele o jej uczniach


A może jednak to był symbol szkoły. Trochę wstydliwie schowany z tyłu kampusu.
Jedna z licznych w Odense rzeźb fallicznych.


Hogwart?


Parking dla rowerów


Żółty dom - budynek dla erasmusów

Po rozejrzeniu się rozumiałam dlaczego Landbrugsskole nie zamieszcza nigdzie zdjęć swoich akademików. Pokoje jednoosobowe, szarego koloru, ze ścianami z papieru, a w dodatku  łazienka i toaleta na korytarzu, dzielone z 30 innymi osobami. Jak na warunki duńskie, gdzie większość studentów ma do dyspozycji osobne mieszkania wielkości polskiej kawalerki, był to jednak relikt z przeszłości. Poza tym brak kuchni, więc niepotrzebnie zabrałam ze sobą moją ukochaną kawiarkę. Na terenie kampusu szkoły rolniczej znajdowała się za to kantyna, a wyżywienie było wliczone w koszt utrzymania, co przy duńskich cenach okazało się naprawdę zbawienne. 


OK, bywało też lepiej

Pasztet nasz powszedni

Deser!

Na początku panika w oczach i lekkie rozczarowanie, ale z drugiej strony moi mentorzy byli na tyle cudowni, że udekorowali mój pokój, zaopatrzyli go w kilka niezbędnych i zbędnych rzeczy, jak czajnik elektryczny, stolik, świece (bez których Duńczycy wprost nie mogą się obejść), obrazki... Poza tym miałam w końcu pokój jednoosobowy, więc nie było na co narzekać. Lis i Claus oprowadzili mnie po akademiku powiedzieli co gdzie się znajduje. 


Mój pokój

Szaro, ale miło...

Poza pewnymi mankamentami akademik miał również swoje plusy - dostęp do sali gimnastycznej, pokój muzyczny, kafejka ze stołami do gry w bilard i piłkarzyki. Był tam nawet bar, gdzie czasem wyświetlano filmy, a co czwartek odbywały się dzikie imprezy dla młodych rolników, zawsze skorych do dobrej zabawy i robienia niecodziennych psikusów, jak zasypywanie korytarzy trocinami, czy włączenie alrmu przeciwpożarowego o 3. w nocy.


Młodzież tańczy

Trafiłam kilka razy

Kawiarnia... nazwa trochę myląca


Nie sabotować pralek!

Nie działa... 

Wśród ogłoszeń oferta kursu myślistwa. Rozważałam.


Do kantyny bez gumowców... i wcale nie chodziło o kalosze Hunter

Szybko okazało się, że poza adeptami rolnictwa, ale też "erasmusami" i innymi zagranicznymi studentami w tym samym akademiku mieszkają również inni asystenci. 
W sumie w ciągu mojego pobytu przewinęło się tam ich ośmioro. To był wielki plus tego miejsca - mieszkaliśmy razem i mogliśmy sobie pomagać, doradzać, wymieniać się doświadczeniami.


Wieś na skraju miasta



Tak sobie spaceruję...




niedziela, 14 września 2014

Przygotowania

W mojej aplikacji do programu Comenius umieściłam kilka krajów - Danię, Czechy, Wielką Brytanię i nawet Islandię! W każdym przypadku chodziło mi nie tylko o poznanie innego systemu edukacji i zdobycie doświadczenia, ale też o ćwiczenie języków obcych. Bardzo zależało mi na tym, żeby mieć kontakt z "native speakerami", bo to zmusiło by mnie w końcu do mówienia na co dzień  po duńsku, czesku lub angielsku. Okazało się, że właśnie w Danii miałam na to szansę. Wśród znajomych, poza "tubylcami" miałam i Szkotkę (cudowną Carrie) oraz Słowaczkę i Czeszkę. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej sytuacji...
Preferowałam też większą miejscowość, a dokładniej miasto - nie chciałam wylądować w wiosce, gdzie diabeł mówi dobranoc, a gdzie nie miałabym nawet okazji rozmawiać z ludźmi w moim wieku... Odense zatem doskonale się sprawdziło. Jest to trzecie pod względem wielkości miasto w Danii, choć raczej trudno je porównać do polskich miast takich jak Kraków, czy nawet Lublin (!!!). 

Od samego początku, kiedy dowiedziałam się o przydzielonej mi szkole, utrzymywałam kontakt z moimi mentorami. Większość asystentów miała jednego, osobistego mentora, nadzorującego program, a ja miałam aż dwoje - Lis i Clausa. W czasie wakacji pisaliśmy sobie wiadomości, a z Lis spotkałam się we wrześniu, kiedy pojechałam na kilka dni do Danii. Umówiłyśmy się na kawę i poznałyśmy odrobinę bliżej - w końcu kilka miesięcy później miałam przestąpić próg Sanderumskolen i być niemalże pełnoprawnym członkiem kadry nauczycielskiej. Myślę, że Lis stwierdziła, że nie jestem psychopatką i że nadaję się na asystentkę, taką przynajmniej miałam nadzieję...

Pozostały już tylko przygotowania. Sporo papierologii, niezbędne dokumenty - przetłumaczone zaświadczenie o niekaralności, którego nikt na miejscu nawet nie chciał obejrzeć, choć np. w brytyjskich szkołach jest ono obowiązkowe, również dla asystentów. 
Z braku czasu nie zdążyłam dopełnić formalności związanych z ubezpieczeniem za granicą, co na szczęście okazało się niepotrzebne, bo w Danii uzyskałam CPR (odpowiednik numeru PESEL), co automatycznie zapewniło mi bezpłatny dostęp do opieki lekarskiej. Zaoszczędziłam w ten sposób kilkaset (albo nawet więcej) złotych.  

Z pomocą Eli zaopatrzyłam się w różnorakie broszury o Polsce - o największych miastach i atrakcjach turystycznych (OK, Nowy Sącz może nie jest największy, ale o nim ulotki też się znalazły). Kupiłam słodycze dla dzieciaków, trochę jeszcze poszperałam w internecie i byłam gotowa do wyjazdu. Tak jakby - pozostała jeszcze kwestia spakowania się na pół roku...

sobota, 13 września 2014

Comenius tuż po, cz. I


Ciągle sobie postanawiam, że będę pisać o wszystkim, a później trzeba znaleźć czas, zasiąść do komputera, więc ostatecznie kończy się niestety na niczym. W takim razie do rzeczy. Sześć miesięcy asystentury Comeniusa za mną - moja niezwykła przygoda z nauczaniem zakończyła się pozostawiając niezapomniane wspomnienia, ale także wiele wątpliwości. Ponieważ piszę już po fakcie, to będę dozować swoje opowieści, bo trochę się tego nazbierało.

Asystentura to nie sam tylko pobyt, ale też ubieganie się o nią i przygotowania, czyli jak zwykle papierologia, bo to program unijny. Rok szkolny 2013/2014 był ostatnim rokiem programu w dotychczasowej formie. O udział mogli się ubiegać studenci kierunków nauczycielskich oraz absolwenci tychże, którzy dotychczas nie podjęli zatrudnienia w szkolnictwie. Jako doświadczona  beneficjentka różnorakich programów myślałam o tej możliwości już przedtem, ale gdzieś na 3-4 roku studiów, kiedy, ujmując rzecz wprost, była ze mnie zahukana ciemna masa. Trzeba było mieć potwierdzoną znajomość angielskiego na poziomie B2, a ja wtedy ani me ani be, tyle co się nauczyłam na lektoracie i w szkole, czyli nic. Oczywiście zasady zasadami, a życie swoją drogą; potwierdzenie mogło być nawet w formie zaświadczenia ze studiów, a nie certyfikatu. Poza tym Polska zawsze musi być na przedzie, a inne kraje, np. Hiszpania wysyłają ludzi z minimalną znajomością angielskiego, co oczywiście rodzi pytania o to, ile tacy uczestnicy mogą wynieść z programu (poza korzyściami materialnymi), ale pokazuje, że szanse mają wszyscy, a nie tylko studenci filologii, jak często zdarza się w Polsce. 

Na spotkaniu wprowadzającym organizowanym przez Narodową Agencję (odpowiedzialną za cały program), na które przybyło około stu osób, na palcach jednej ręki można było policzyć nauczycieli innych przedmiotów niż języki obce. Szkoda, ale widać podobieństwo do Erasmusa, gdzie na neofilologiach ludzie zabijają się o miejsca, a na historii na UMCS-ie zdarzały się 2 chętne osoby na rok. Wszystko zależy od ambicji i atmosfery panującej na danym kierunku - jeśli wykładowcy sami nie wyjeżdżają za granicę, albo uważają, że to przywilej należny tylko im, to podchodzą lekceważąco do programów wymiany dla studentów i jeszcze kłody rzucają pod nogi utrudniając zaliczenie przedmiotów.     

Kiedy już człowiek przebrnie przez generalne zasady i wypełni on-line całą aplikację, a pózniej ją wydrukuje i odeśle (sic!), to może czekać kolejne pół roku na wyniki rekrutacji. Po jakichś 5-ciu miesiącach dowiedziałam się, że się dostałam do programu, po kolejnym miesiącu konsultacji na szczeblu międzynarodowym przydzielono mi szkołę, szczęśliwie zgodnie z moimi preferencjami. A później na gwałt trzeba było kontaktować się ze szkołą, żeby ustalić szczegóły. Były na to tylko dwa tygodnie, co w porównaniu z całkowitym czasem rekrutacji nie było wystarczające, jeśli ktoś (jak na przykład ja) nie mógł się skontaktować ze szkołą, bo w aplikacji podano niewłaściwy adres mailowy. Skończyło się na telefonie do szkoły i rozmowie z bardzo miłą panią, która mi pomogła. Zebrałam potrzebne informacje, podpisałam umowę z Agencją i uff, byłam już uczestniczką programu Comenius! 

Cały proces rekrutacyjny jest na tyle długi, że w międzyczasie zdążyłam znaleźć pracę i na poważnie zastanawiałam się nad rezygnacją. Właściwie do samego końca nie byłam pewna swojego udziału. Całą procedurę zakończyło już wspomniane spotkanie w Warszawie. Comenius, w przeciwieństwie do Erasmusa, ma tylko jedno centralne biuro; pomocne placówki na uczelniach zlikwidowano kilka lat temu. Spotkanie służyło więc głównie wklepaniu w głowy uczestników najważniejszych informacji z zakresu niezbędnej papierologii, choć po ilości pytań zadawanych pózniej na forum można było wywnioskować, że dla niektórych ograniczyło się ono tylko do bufetu. Poza tym można było wysłuchać opowieści dotychczasowych asystentek (to też fakt godny wspomnienia - program jest zdominowany przez kobiety, a mężczyzn było zaledwie kilku). Z zapasem firmowego papieru, długopisem i torbą Comeniusa opuściłam Warszawę gotowa podjąć wyzwanie. Pozostało mi tylko czekać kolejne pół roku na rozpoczęcie programu...

niedziela, 27 kwietnia 2014

Boso, ale na rowerze


Przysięgałam sobie, że nie wsiądę na tę diabelską maszynę o dwóch kołach. Wyszło jednak inaczej. Odense jest prawdopodobnie jednym z najgorzej skomunikowanych miast na świecie – wszystkie autobusy zaczynają swoją trasę na dworcu kolejowym i tam ją kończą. Podróż z jednej dzielnicy miasta do drugiej, choćby były to tylko 4 kilometry zawsze wymaga przesiadki i trwa prawie godzinę. Siłą rzeczy musiałam wsiąść na rower.



Transport w Danii opiera się na rowerach. Nie wiem kiedy to się zaczęło, ale prawdopodobnie tuż po wynalezieniu koła, a już na pewno wikingowie właśnie w ten sposób przemieszczali się z jednego miejsca na drugie. 

Król Chrystian X i jego lud podczas niedzielnej przejażdżki. Sam nad  rowery przedkładał  konie.

Książę Fryderyk, przyszły król Danii chętnie wskakuje na rower

Nigdy nie przypuszczałam, że jazda rowerem w ruchu drogowym, a nie po chodniku może być tak prosta. Mój dwukołowiec dostałam od szkoły, w której pracuję - nie jest może najpiękniejszy, trochę zardzewiały, pomalowany byle jak ciemnoszarą farbą, w dodatku zacinają mu się przerzutki, ale jeździ. Widziałam na drogach gorsze okazy... Widziałam też o wiele lepsze, piękne rowery z milionem przerzutek, błyszczące z osłonami na szprychy, żeby się w nie nie wplątywała spódnica. Biorąc pod uwagę to z jaką częstotliwością rowery w Danii zmieniają właścicieli, to raczej nie warto w nie inwestować kilku tysięcy złotych, choć to tylko moja własna opinia. 

Mój szary rączy rumak

Jeden z cyklorarytasów - rower Christiania, świetnie się nadaje do przewożenia dzieci.
Pozostawienie roweru bez dozoru, w jakimkolwiek miejscu, o jakiejkolwiek porze może zakończyć się jego utratą. Podobnie jak z samochodami, choć na pewno rower jest łatwiej ukraść i ukryć. Większość rowerów posiada charakterystyczny okrągły zamek na tylnym kole. Niektórzy zaopatrują się też w zwykłe zapięcia-linki, ale problem pojawia się kiedy w pobliżu nie ma żadnego stojaka ani niczego, co nadawałoby się do zahaczenia. Co jakiś czas pojawiają się w mediach doniesienia o litewskich lub polskich ciężarówkach wypełnionych duńskimi rowerami, ale wiele z nich znika z o wiele błahszego powodu - część ludzi w ogóle nie zabezpiecza rowerów i pozostawia je same sobie, aby czekały na bezpieczny powrót właściciela z pracy czy szkoły. W Danii jest wysoki poziom zaufania społecznego i często takie niezapięte rowery pozostają przez długi czas nietknięte, ale istnieje niepisana zasada, że jeśli jednej osobie zginie rower, to bierze cudzy, który akurat jest pod ręką. Tak się toczy koło nieustannej wymiany rowerów w Danii.

Parking dla rowerów. Hmm, gdzie tu zaparkować?

Jest i rozwiązanie! Parking 2-piętrowy.

Rower w czasie drzemki...

Typowe duńskie zapięcie do roweru
Kiedy już się posiądzie dwa kółka, bez względu na to, czy zgodnie z prawem, czy nie, to czas na nie wsiąść. Z miejsca, w którym mieszkam do centrum prowadzi ścieżka rowerowa. Większość ulic o dużym natężeniu ruchu jest wyposażona w oddzieloną namalowanym pasem lub kilkucentymetrowym progiem ścieżkę, wystarczająco szeroką, żeby zmieścić dwa rowery. Dodatkowo takie ścieżki znajdują się po obu stronach drogi i są jednokierunkowe. Niekiedy jednak zbudowane są po jednej stronie i kiedy jedzie się w ciemnościach można tego nie zauważyć, ale wtedy na pewno kierowcy samochodów przypomną o tym za pomocą głośnego trąbienia, zwłaszcza jeśli dopuszcza się tam prędkość do 60 km/h. Nie powiem skąd to wiem.

Ścieżka rowerowa. Przejazdy przez skrzyżowanie są zaznaczone na niebiesko.

Większość cyklistów jeździ bez kasków, nie są one obowiązkowe. Na ścieżkach jest dosyć bezpiecznie (może jedynie poza zimą), a kierowcy samochodów przestrzegają przepisów i traktują rowerzystów jako równoprawnych uczestników ruchu drogowego (w przeciwieństwie do Polski). Jest to szczególnie widoczne, kiedy skręcają w prawo i muszą przepuścić jadących prosto cyklistów. Identycznie jest na rondach (co tylko potwierdza słowa powtarzane z uporem przez mojego instruktora prawa jazdy, że rondo jest tylko jednym z rodzajów skrzyżowania). Na początku byłam trochę onieśmielona tą sytuacją i wolałam nie ryzykować, ale szybko się do tego przyzwyczaiłam. No cóż, nie dane mi było zdobyć uprawnienia do kierowania pojazdami samochodowymi, więc rekompensuję to sobie jazdą na jednośladzie. Zakładam wtedy słuchawki, włączam muzykę z filmu Drive i od razu czuję się jak Ryan Gosling mknący ciemnymi ulicami Los Angeles.




Sama zazwyczaj noszę kask, szczególnie zimą. Powody są dwa: po pierwsze, pomimo że ścieżki były odśnieżone, to jednak bywało ślisko, więc jako świeżo upieczona cyklistka wolałam nie ryzykować. Po drugie - w kasku moje włosy nie były targane przez wiatr, który w Danii wieje prawie cały czas. W dodatku zazwyczaj w drodze do szkoły wiatr wieje mi w oczy, a w drodze ze szkoły... też w oczy. Jakiś czas temu Jacob Haugaardjeden z kandydatów startujący w wyborach do duńskiego parlamentu, obiecywał ludziom wiatr w plecy, żeby każdemu łatwiej podróżowało się do szkoły czy pracy. Ku zaskoczeniu wszystkich został rzeczywiście wybrany na posła, ale jakoś do tej pory nie spełnił swojej obietnicy. Cóż, kiełbasa wyborcza zawsze działa.

Urządzenie pokazujące ilu cyklistów dziennie mija ten punkt. Weekend, więc liczba poniżej 1000.

Skoro już wspomniałam, że rowerzyści są pełnoprawnymi uczestnikami ruchu drogowego, to muszę dodać, że tyczy się to zarówno praw, jak i obowiązków. W skrócie znaczy to, że zdarzają się też mandaty, np. za niewłaściwe światła lub ich brak, co jest dosyć zrozumiałe i ważne, szczególnie po zmroku, oraz za jazdę na czerwonym świetle. Niekiedy światła drogowe w Danii, choć są niezbędne dla samochodów, nie mają zupełnego zastosowania dla rowerzystów i niepotrzebnie opóźniają ruch drogowy. Dlatego też cykliści nagminnie łamią ten przepis i jeśli akurat nie mają szczęścia, to dostają mandat w wysokości kilkuset złotych. Na mojej drodze do szkoły powinnam się zatrzymać przed przejściem dla pieszych tylko po to, żeby po zapaleniu się zielonego światła przesunąć się o cztery metry i czekać na zmianę świateł do skrętu w lewo, nawet jeśli nie ma tam żadnego pieszego. Czasem to robię i myślę, że ludzie, którzy mnie mijają mówią o mnie w duchu "frajerka". Chociaż ja sama zostałam prawie potrącona przez taką rowerzystkę, która zagadała się z koleżanką i nie chciało jej się zatrzymać na czerwonym mimo przechodzących pieszych. To było dawno temu w Kopenhadze i wtedy właśnie postanowiłam, że za nic w świecie nie dołączę do tego barbarzyńskiego, rowerowego plemienia. Cóż, wszystko płynie... Ale ja sama nauczona tym doświadczeniem, sprawdzam, czy nie nadchodzą jacyś piesi.

Po duńskich drogach jeździ się zupełnie bezproblemowo, tylko skręt w lewo jest bardziej skomplikowany niż w przypadku aut. Robi się to "na dwa razy", czyli przejeżdża się przez prawie całe skrzyżowanie na wprost, na prostopadłą jezdnię i ustawia na, przed lub za przejściem dla pieszych i czeka tam na kolejną zmianę świateł. Ja za pierwszym razem byłam w tak wielkim stresie, że przejechałam całe skrzyżowanie, musiałam zawrócić i przejść z rowerem przez przejście. Na początku w ogóle bałam się, że ktoś zacznie na mnie dzwonić albo krzyczeć, jeśli coś źle zrobię. Albo że widać jaka ze mnie okropna łamaga. Taka interakcja z innym rowerzystą zdarzyła mi się tylko raz, kiedy to jechałam pod prąd (spieszyłam się!).

Jak prawidłowo skręcać w lewo.

Trasa na jogę. 

Rower jest w Danii podstawowym środkiem transportu, a nie rodzajem hobby, więc nie obowiązuje na nim specjalny strój, jak dres albo szorty. Każdy nosi to, co lubi, czy jest to garnitur, czy też krótka sukienka. Dla wygody warto jest się tylko zaopatrzyć w nieprzemakalny płaszcz i spodnie zakładane na ubranie. Duńska pogoda obfituje w deszcz, więc do przyjemności wcale nie należy pedałowanie przez 20 minut w czasie ulewy, zwłaszcza jeśli w tym samym stroju trzeba spędzić 8 godzin w pracy.

Wkrótce zrobi się zupełnie ciepło i będzie można jeździć w sukienkach, więc muszę się zaopatrzyć w takie porcięta dla rowerzystek, żeby nie było kina bambina (tak mówiliśmy w dzieciństwie, kiedy podczas zabawy na trzepaku widać było majtki). Skoro nastała wiosna, to zamiast kasku noszę teraz słuchawki - chronią uszy przed wiatrem i nieźle trzymają włosy, więc jestem już w ogóle szykowna. Cykle chic, krótko mówiąc!

Moje rowerowe akcesoria

piątek, 4 kwietnia 2014

Kiedy design stał się bogiem

Szkoda, że nie ma polskiego słowa, w którym w pełni zawierałoby się znaczenie designu. Bliskie jest wzornictwo przemysłowe, ale nie do końca pasuje do tematu, więz pozsotanę przy znienawidzonym przez wielu angielskim terminie. To gwoli wyjaśnienia zawsze bliskim memu sercu purystom językowym.

Dania słynie ze swoich utalentowanych projektantów tworzących przedmioty użytkowe, w których łączą prostotę z pięknem. Lampy PH czy krzesło Arne Jacobsena to symbol nie tylko wykwintnego gustu, ale też statusu i majątku. Nie znaczy to wcale, że trzeba być wyjątkowo bogatym, żeby kupować duński design. Jeśli kogoś nie stać na krzesło za kilkadziesiąt lub niekiedy kilkaset tysięcy złotych, to zawsze może sie zadowolić porcelanowym kubkiem z Royal Copenhagen za 400 zł lub trzepaczką marki Normann Copenhagen za 60 zł. Dla każdego coś miłego. Właściwie wszystko z końcówką Copenhagen zaczęło już być kojarzone z pojęciami "ekskluzywnie" i "pięknie". Nie zawsze jest to prawdą, ale to jedno słowo wydaje się pierwszym krokiem do sukcesu, również międzynarodowego, bo duński design jest bardzo popularny i pożądany również w innych krajach.


Krzesło-jajko projektu Arne Jacobsena



Trzepaczka do piany - bo jesteś tego warta


Choć koszt jest spory, to wcale nie znaczy, że design w Danii jest tylko dla elit. Duńskie społeczeństwo jest wyjątkowo egalitarne, zatem piękno również jest tworzone dla mas i dla zwykłego szaraczka też znajdzie się coś w przystępnej cenie. A zapotrzebowanie jest spore. W Danii panuje swoisty kult piękna, pięknych przedmiotów i właściwie po prostu przedmiotów, które w życiu przeciętnego człowieka odgrywają dużą rolę. Podążanie za modą i ogólnie przyjętym wyznacznikiem gustu jest bardzo istotne. Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że moda to zjawisko ogólnoświatowe i spotykane w każdym kraju, mieście i wiosce. Coś w tym jest, ale zanim zaczęłam praktykę w szkole podstawowej (wiek 7-16) przypuszczałam, że moi uczniowie tak, jak w każdej szkole będą kopiować swoich idoli i ich ubiór. Nie myliłam się, przerosła mnie tylko skala. Jeśli coś jest akurat modne, to 10-15 na 20 osób w klasie będzie to mieć. Wszystko zależy od zasoboności portfela rodziców, ale większość uczniów wygląda tak samo - te same ubrania w kolorze czarnym, szarym i beżowym. Pewna różnorodność panuje w młodszych klasach, choć i tam 12-letnie dziewczynki wiedzą, że torba DAY jest naprawdę in

Wytłumaczenia mogłyby być różne, choćby to, że duńska gospodarka ma się dobrze, a w kraju panuje dobrobyt, więc obywateli Danii po prostu stać na modne przedmioty. Mam tylko dziwne wrażenie, że przebija z tego przymus i nakaz, aby mieć, posiadać rzeczy na właśność. W pewnym momencie design stał się dla niektórych religią, której przykazaniami muszą podążać, żeby czuć się szczęśliwie.

Poczekalnia u lekarza - ciesz się pięknem w zdrowiu i w chorobie


W tym otoczeniu człowiek prawie zapomina o dziwnych charczeniu  dobiegającym z gabinetu

Design zaczął odgrywać tak dużą rolę, że niedawno jedna z firm zaczęła produkować trumny, dzieła słynnych projektantów. Łatwo to zrozumieć czytając, że większość z dotychczas dostępnych trumien została zaprojektowana w latach 70., a dekoracje są już przestarzałe. Wszystko po to, aby nawet ten ostatni dzień na ziemi nosił znamię indywidualizmu. Choć czy aby na pewno można jeszcze mówić o indywidualizmie po powieleniu w setkach czy tysiącach egzemplarzy? Trumna którą można oglądać, wybrać i cieszyć się za życia jest jednym ze znaków czasów, w których żyjemy. Zastanawiam się jednak, czy tyle zachodu warte jest przedmiotu, którego nawet nie można wykorzystać, a w każdym razie, nie świadomie.


Brzozowa trumna zaprojektowana przez Jacoba Jensena - aż chciałoby się przymierzyć!