niedziela, 27 kwietnia 2014

Boso, ale na rowerze


Przysięgałam sobie, że nie wsiądę na tę diabelską maszynę o dwóch kołach. Wyszło jednak inaczej. Odense jest prawdopodobnie jednym z najgorzej skomunikowanych miast na świecie – wszystkie autobusy zaczynają swoją trasę na dworcu kolejowym i tam ją kończą. Podróż z jednej dzielnicy miasta do drugiej, choćby były to tylko 4 kilometry zawsze wymaga przesiadki i trwa prawie godzinę. Siłą rzeczy musiałam wsiąść na rower.



Transport w Danii opiera się na rowerach. Nie wiem kiedy to się zaczęło, ale prawdopodobnie tuż po wynalezieniu koła, a już na pewno wikingowie właśnie w ten sposób przemieszczali się z jednego miejsca na drugie. 

Król Chrystian X i jego lud podczas niedzielnej przejażdżki. Sam nad  rowery przedkładał  konie.

Książę Fryderyk, przyszły król Danii chętnie wskakuje na rower

Nigdy nie przypuszczałam, że jazda rowerem w ruchu drogowym, a nie po chodniku może być tak prosta. Mój dwukołowiec dostałam od szkoły, w której pracuję - nie jest może najpiękniejszy, trochę zardzewiały, pomalowany byle jak ciemnoszarą farbą, w dodatku zacinają mu się przerzutki, ale jeździ. Widziałam na drogach gorsze okazy... Widziałam też o wiele lepsze, piękne rowery z milionem przerzutek, błyszczące z osłonami na szprychy, żeby się w nie nie wplątywała spódnica. Biorąc pod uwagę to z jaką częstotliwością rowery w Danii zmieniają właścicieli, to raczej nie warto w nie inwestować kilku tysięcy złotych, choć to tylko moja własna opinia. 

Mój szary rączy rumak

Jeden z cyklorarytasów - rower Christiania, świetnie się nadaje do przewożenia dzieci.
Pozostawienie roweru bez dozoru, w jakimkolwiek miejscu, o jakiejkolwiek porze może zakończyć się jego utratą. Podobnie jak z samochodami, choć na pewno rower jest łatwiej ukraść i ukryć. Większość rowerów posiada charakterystyczny okrągły zamek na tylnym kole. Niektórzy zaopatrują się też w zwykłe zapięcia-linki, ale problem pojawia się kiedy w pobliżu nie ma żadnego stojaka ani niczego, co nadawałoby się do zahaczenia. Co jakiś czas pojawiają się w mediach doniesienia o litewskich lub polskich ciężarówkach wypełnionych duńskimi rowerami, ale wiele z nich znika z o wiele błahszego powodu - część ludzi w ogóle nie zabezpiecza rowerów i pozostawia je same sobie, aby czekały na bezpieczny powrót właściciela z pracy czy szkoły. W Danii jest wysoki poziom zaufania społecznego i często takie niezapięte rowery pozostają przez długi czas nietknięte, ale istnieje niepisana zasada, że jeśli jednej osobie zginie rower, to bierze cudzy, który akurat jest pod ręką. Tak się toczy koło nieustannej wymiany rowerów w Danii.

Parking dla rowerów. Hmm, gdzie tu zaparkować?

Jest i rozwiązanie! Parking 2-piętrowy.

Rower w czasie drzemki...

Typowe duńskie zapięcie do roweru
Kiedy już się posiądzie dwa kółka, bez względu na to, czy zgodnie z prawem, czy nie, to czas na nie wsiąść. Z miejsca, w którym mieszkam do centrum prowadzi ścieżka rowerowa. Większość ulic o dużym natężeniu ruchu jest wyposażona w oddzieloną namalowanym pasem lub kilkucentymetrowym progiem ścieżkę, wystarczająco szeroką, żeby zmieścić dwa rowery. Dodatkowo takie ścieżki znajdują się po obu stronach drogi i są jednokierunkowe. Niekiedy jednak zbudowane są po jednej stronie i kiedy jedzie się w ciemnościach można tego nie zauważyć, ale wtedy na pewno kierowcy samochodów przypomną o tym za pomocą głośnego trąbienia, zwłaszcza jeśli dopuszcza się tam prędkość do 60 km/h. Nie powiem skąd to wiem.

Ścieżka rowerowa. Przejazdy przez skrzyżowanie są zaznaczone na niebiesko.

Większość cyklistów jeździ bez kasków, nie są one obowiązkowe. Na ścieżkach jest dosyć bezpiecznie (może jedynie poza zimą), a kierowcy samochodów przestrzegają przepisów i traktują rowerzystów jako równoprawnych uczestników ruchu drogowego (w przeciwieństwie do Polski). Jest to szczególnie widoczne, kiedy skręcają w prawo i muszą przepuścić jadących prosto cyklistów. Identycznie jest na rondach (co tylko potwierdza słowa powtarzane z uporem przez mojego instruktora prawa jazdy, że rondo jest tylko jednym z rodzajów skrzyżowania). Na początku byłam trochę onieśmielona tą sytuacją i wolałam nie ryzykować, ale szybko się do tego przyzwyczaiłam. No cóż, nie dane mi było zdobyć uprawnienia do kierowania pojazdami samochodowymi, więc rekompensuję to sobie jazdą na jednośladzie. Zakładam wtedy słuchawki, włączam muzykę z filmu Drive i od razu czuję się jak Ryan Gosling mknący ciemnymi ulicami Los Angeles.




Sama zazwyczaj noszę kask, szczególnie zimą. Powody są dwa: po pierwsze, pomimo że ścieżki były odśnieżone, to jednak bywało ślisko, więc jako świeżo upieczona cyklistka wolałam nie ryzykować. Po drugie - w kasku moje włosy nie były targane przez wiatr, który w Danii wieje prawie cały czas. W dodatku zazwyczaj w drodze do szkoły wiatr wieje mi w oczy, a w drodze ze szkoły... też w oczy. Jakiś czas temu Jacob Haugaardjeden z kandydatów startujący w wyborach do duńskiego parlamentu, obiecywał ludziom wiatr w plecy, żeby każdemu łatwiej podróżowało się do szkoły czy pracy. Ku zaskoczeniu wszystkich został rzeczywiście wybrany na posła, ale jakoś do tej pory nie spełnił swojej obietnicy. Cóż, kiełbasa wyborcza zawsze działa.

Urządzenie pokazujące ilu cyklistów dziennie mija ten punkt. Weekend, więc liczba poniżej 1000.

Skoro już wspomniałam, że rowerzyści są pełnoprawnymi uczestnikami ruchu drogowego, to muszę dodać, że tyczy się to zarówno praw, jak i obowiązków. W skrócie znaczy to, że zdarzają się też mandaty, np. za niewłaściwe światła lub ich brak, co jest dosyć zrozumiałe i ważne, szczególnie po zmroku, oraz za jazdę na czerwonym świetle. Niekiedy światła drogowe w Danii, choć są niezbędne dla samochodów, nie mają zupełnego zastosowania dla rowerzystów i niepotrzebnie opóźniają ruch drogowy. Dlatego też cykliści nagminnie łamią ten przepis i jeśli akurat nie mają szczęścia, to dostają mandat w wysokości kilkuset złotych. Na mojej drodze do szkoły powinnam się zatrzymać przed przejściem dla pieszych tylko po to, żeby po zapaleniu się zielonego światła przesunąć się o cztery metry i czekać na zmianę świateł do skrętu w lewo, nawet jeśli nie ma tam żadnego pieszego. Czasem to robię i myślę, że ludzie, którzy mnie mijają mówią o mnie w duchu "frajerka". Chociaż ja sama zostałam prawie potrącona przez taką rowerzystkę, która zagadała się z koleżanką i nie chciało jej się zatrzymać na czerwonym mimo przechodzących pieszych. To było dawno temu w Kopenhadze i wtedy właśnie postanowiłam, że za nic w świecie nie dołączę do tego barbarzyńskiego, rowerowego plemienia. Cóż, wszystko płynie... Ale ja sama nauczona tym doświadczeniem, sprawdzam, czy nie nadchodzą jacyś piesi.

Po duńskich drogach jeździ się zupełnie bezproblemowo, tylko skręt w lewo jest bardziej skomplikowany niż w przypadku aut. Robi się to "na dwa razy", czyli przejeżdża się przez prawie całe skrzyżowanie na wprost, na prostopadłą jezdnię i ustawia na, przed lub za przejściem dla pieszych i czeka tam na kolejną zmianę świateł. Ja za pierwszym razem byłam w tak wielkim stresie, że przejechałam całe skrzyżowanie, musiałam zawrócić i przejść z rowerem przez przejście. Na początku w ogóle bałam się, że ktoś zacznie na mnie dzwonić albo krzyczeć, jeśli coś źle zrobię. Albo że widać jaka ze mnie okropna łamaga. Taka interakcja z innym rowerzystą zdarzyła mi się tylko raz, kiedy to jechałam pod prąd (spieszyłam się!).

Jak prawidłowo skręcać w lewo.

Trasa na jogę. 

Rower jest w Danii podstawowym środkiem transportu, a nie rodzajem hobby, więc nie obowiązuje na nim specjalny strój, jak dres albo szorty. Każdy nosi to, co lubi, czy jest to garnitur, czy też krótka sukienka. Dla wygody warto jest się tylko zaopatrzyć w nieprzemakalny płaszcz i spodnie zakładane na ubranie. Duńska pogoda obfituje w deszcz, więc do przyjemności wcale nie należy pedałowanie przez 20 minut w czasie ulewy, zwłaszcza jeśli w tym samym stroju trzeba spędzić 8 godzin w pracy.

Wkrótce zrobi się zupełnie ciepło i będzie można jeździć w sukienkach, więc muszę się zaopatrzyć w takie porcięta dla rowerzystek, żeby nie było kina bambina (tak mówiliśmy w dzieciństwie, kiedy podczas zabawy na trzepaku widać było majtki). Skoro nastała wiosna, to zamiast kasku noszę teraz słuchawki - chronią uszy przed wiatrem i nieźle trzymają włosy, więc jestem już w ogóle szykowna. Cykle chic, krótko mówiąc!

Moje rowerowe akcesoria

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz