Ciągle sobie postanawiam, że będę pisać o wszystkim, a później trzeba znaleźć czas, zasiąść do komputera, więc ostatecznie kończy się niestety na niczym. W takim razie do rzeczy. Sześć miesięcy asystentury Comeniusa za mną - moja niezwykła przygoda z nauczaniem zakończyła się pozostawiając niezapomniane wspomnienia, ale także wiele wątpliwości. Ponieważ piszę już po fakcie, to będę dozować swoje opowieści, bo trochę się tego nazbierało.
Asystentura to nie sam tylko pobyt, ale też ubieganie się o nią i przygotowania, czyli jak zwykle papierologia, bo to program unijny. Rok szkolny 2013/2014 był ostatnim rokiem programu w dotychczasowej formie. O udział mogli się ubiegać studenci kierunków nauczycielskich oraz absolwenci tychże, którzy dotychczas nie podjęli zatrudnienia w szkolnictwie. Jako doświadczona beneficjentka różnorakich programów myślałam o tej możliwości już przedtem, ale gdzieś na 3-4 roku studiów, kiedy, ujmując rzecz wprost, była ze mnie zahukana ciemna masa. Trzeba było mieć potwierdzoną znajomość angielskiego na poziomie B2, a ja wtedy ani me ani be, tyle co się nauczyłam na lektoracie i w szkole, czyli nic. Oczywiście zasady zasadami, a życie swoją drogą; potwierdzenie mogło być nawet w formie zaświadczenia ze studiów, a nie certyfikatu. Poza tym Polska zawsze musi być na przedzie, a inne kraje, np. Hiszpania wysyłają ludzi z minimalną znajomością angielskiego, co oczywiście rodzi pytania o to, ile tacy uczestnicy mogą wynieść z programu (poza korzyściami materialnymi), ale pokazuje, że szanse mają wszyscy, a nie tylko studenci filologii, jak często zdarza się w Polsce.
Na spotkaniu wprowadzającym organizowanym przez Narodową Agencję (odpowiedzialną za cały program), na które przybyło około stu osób, na palcach jednej ręki można było policzyć nauczycieli innych przedmiotów niż języki obce. Szkoda, ale widać podobieństwo do Erasmusa, gdzie na neofilologiach ludzie zabijają się o miejsca, a na historii na UMCS-ie zdarzały się 2 chętne osoby na rok. Wszystko zależy od ambicji i atmosfery panującej na danym kierunku - jeśli wykładowcy sami nie wyjeżdżają za granicę, albo uważają, że to przywilej należny tylko im, to podchodzą lekceważąco do programów wymiany dla studentów i jeszcze kłody rzucają pod nogi utrudniając zaliczenie przedmiotów.
Kiedy już człowiek przebrnie przez generalne zasady i wypełni on-line całą aplikację, a pózniej ją wydrukuje i odeśle (sic!), to może czekać kolejne pół roku na wyniki rekrutacji. Po jakichś 5-ciu miesiącach dowiedziałam się, że się dostałam do programu, po kolejnym miesiącu konsultacji na szczeblu międzynarodowym przydzielono mi szkołę, szczęśliwie zgodnie z moimi preferencjami. A później na gwałt trzeba było kontaktować się ze szkołą, żeby ustalić szczegóły. Były na to tylko dwa tygodnie, co w porównaniu z całkowitym czasem rekrutacji nie było wystarczające, jeśli ktoś (jak na przykład ja) nie mógł się skontaktować ze szkołą, bo w aplikacji podano niewłaściwy adres mailowy. Skończyło się na telefonie do szkoły i rozmowie z bardzo miłą panią, która mi pomogła. Zebrałam potrzebne informacje, podpisałam umowę z Agencją i uff, byłam już uczestniczką programu Comenius!
Cały proces rekrutacyjny jest na tyle długi, że w międzyczasie zdążyłam znaleźć pracę i na poważnie zastanawiałam się nad rezygnacją. Właściwie do samego końca nie byłam pewna swojego udziału. Całą procedurę zakończyło już wspomniane spotkanie w Warszawie. Comenius, w przeciwieństwie do Erasmusa, ma tylko jedno centralne biuro; pomocne placówki na uczelniach zlikwidowano kilka lat temu. Spotkanie służyło więc głównie wklepaniu w głowy uczestników najważniejszych informacji z zakresu niezbędnej papierologii, choć po ilości pytań zadawanych pózniej na forum można było wywnioskować, że dla niektórych ograniczyło się ono tylko do bufetu. Poza tym można było wysłuchać opowieści dotychczasowych asystentek (to też fakt godny wspomnienia - program jest zdominowany przez kobiety, a mężczyzn było zaledwie kilku). Z zapasem firmowego papieru, długopisem i torbą Comeniusa opuściłam Warszawę gotowa podjąć wyzwanie. Pozostało mi tylko czekać kolejne pół roku na rozpoczęcie programu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz