W mojej aplikacji do programu Comenius umieściłam kilka krajów - Danię, Czechy, Wielką Brytanię i nawet Islandię! W każdym przypadku chodziło mi nie tylko o poznanie innego systemu edukacji i zdobycie doświadczenia, ale też o ćwiczenie języków obcych. Bardzo zależało mi na tym, żeby mieć kontakt z "native speakerami", bo to zmusiło by mnie w końcu do mówienia na co dzień po duńsku, czesku lub angielsku. Okazało się, że właśnie w Danii miałam na to szansę. Wśród znajomych, poza "tubylcami" miałam i Szkotkę (cudowną Carrie) oraz Słowaczkę i Czeszkę. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej sytuacji...
Preferowałam też większą miejscowość, a dokładniej miasto - nie chciałam wylądować w wiosce, gdzie diabeł mówi dobranoc, a gdzie nie miałabym nawet okazji rozmawiać z ludźmi w moim wieku... Odense zatem doskonale się sprawdziło. Jest to trzecie pod względem wielkości miasto w Danii, choć raczej trudno je porównać do polskich miast takich jak Kraków, czy nawet Lublin (!!!).
Od samego początku, kiedy dowiedziałam się o przydzielonej mi szkole, utrzymywałam kontakt z moimi mentorami. Większość asystentów miała jednego, osobistego mentora, nadzorującego program, a ja miałam aż dwoje - Lis i Clausa. W czasie wakacji pisaliśmy sobie wiadomości, a z Lis spotkałam się we wrześniu, kiedy pojechałam na kilka dni do Danii. Umówiłyśmy się na kawę i poznałyśmy odrobinę bliżej - w końcu kilka miesięcy później miałam przestąpić próg Sanderumskolen i być niemalże pełnoprawnym członkiem kadry nauczycielskiej. Myślę, że Lis stwierdziła, że nie jestem psychopatką i że nadaję się na asystentkę, taką przynajmniej miałam nadzieję...
Pozostały już tylko przygotowania. Sporo papierologii, niezbędne dokumenty - przetłumaczone zaświadczenie o niekaralności, którego nikt na miejscu nawet nie chciał obejrzeć, choć np. w brytyjskich szkołach jest ono obowiązkowe, również dla asystentów.
Z braku czasu nie zdążyłam dopełnić formalności związanych z ubezpieczeniem za granicą, co na szczęście okazało się niepotrzebne, bo w Danii uzyskałam CPR (odpowiednik numeru PESEL), co automatycznie zapewniło mi bezpłatny dostęp do opieki lekarskiej. Zaoszczędziłam w ten sposób kilkaset (albo nawet więcej) złotych.
Z pomocą Eli zaopatrzyłam się w różnorakie broszury o Polsce - o największych miastach i atrakcjach turystycznych (OK, Nowy Sącz może nie jest największy, ale o nim ulotki też się znalazły). Kupiłam słodycze dla dzieciaków, trochę jeszcze poszperałam w internecie i byłam gotowa do wyjazdu. Tak jakby - pozostała jeszcze kwestia spakowania się na pół roku...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz