czwartek, 9 października 2014

W Dalum

Pakowanie, krótki lot samolotem i już byłam na duńskiej ziemi. Moja mentorka Lis wyjechała po mnie na dworzec i pomogła mi z bagażem. To znaczy, miała najlepsze chęci, ale ja nie chciałam łamać jej kręgosłupa, wiec sama wtaszczyłam po krętych schodach akademika moje życie zamknięte w wielkiej walizce i plecaku. Moja szkoła pomogła mi z zakwaterowaniem i znalazła dla mnie pokój w akademiku szkoły rolniczej (Landbrugsskole). Tak naprawdę miałam dużo szczęścia - część asystentów musi na własną rękę szukać mieszkania. W internecie nie znalazłam żadnych zdjęć tego miejsca, co mnie trochę zaniepokoiło, ale gorzej niż w akademiku w Drohobyczu na Ukrainie albo hotelu robotniczym w Nitrze na Słowacji nie mogło już być, szczególnie, że Dania to przecież Zachód przez duże "z".... 


Symbol szkoły - mówi wiele o jej uczniach


A może jednak to był symbol szkoły. Trochę wstydliwie schowany z tyłu kampusu.
Jedna z licznych w Odense rzeźb fallicznych.


Hogwart?


Parking dla rowerów


Żółty dom - budynek dla erasmusów

Po rozejrzeniu się rozumiałam dlaczego Landbrugsskole nie zamieszcza nigdzie zdjęć swoich akademików. Pokoje jednoosobowe, szarego koloru, ze ścianami z papieru, a w dodatku  łazienka i toaleta na korytarzu, dzielone z 30 innymi osobami. Jak na warunki duńskie, gdzie większość studentów ma do dyspozycji osobne mieszkania wielkości polskiej kawalerki, był to jednak relikt z przeszłości. Poza tym brak kuchni, więc niepotrzebnie zabrałam ze sobą moją ukochaną kawiarkę. Na terenie kampusu szkoły rolniczej znajdowała się za to kantyna, a wyżywienie było wliczone w koszt utrzymania, co przy duńskich cenach okazało się naprawdę zbawienne. 


OK, bywało też lepiej

Pasztet nasz powszedni

Deser!

Na początku panika w oczach i lekkie rozczarowanie, ale z drugiej strony moi mentorzy byli na tyle cudowni, że udekorowali mój pokój, zaopatrzyli go w kilka niezbędnych i zbędnych rzeczy, jak czajnik elektryczny, stolik, świece (bez których Duńczycy wprost nie mogą się obejść), obrazki... Poza tym miałam w końcu pokój jednoosobowy, więc nie było na co narzekać. Lis i Claus oprowadzili mnie po akademiku powiedzieli co gdzie się znajduje. 


Mój pokój

Szaro, ale miło...

Poza pewnymi mankamentami akademik miał również swoje plusy - dostęp do sali gimnastycznej, pokój muzyczny, kafejka ze stołami do gry w bilard i piłkarzyki. Był tam nawet bar, gdzie czasem wyświetlano filmy, a co czwartek odbywały się dzikie imprezy dla młodych rolników, zawsze skorych do dobrej zabawy i robienia niecodziennych psikusów, jak zasypywanie korytarzy trocinami, czy włączenie alrmu przeciwpożarowego o 3. w nocy.


Młodzież tańczy

Trafiłam kilka razy

Kawiarnia... nazwa trochę myląca


Nie sabotować pralek!

Nie działa... 

Wśród ogłoszeń oferta kursu myślistwa. Rozważałam.


Do kantyny bez gumowców... i wcale nie chodziło o kalosze Hunter

Szybko okazało się, że poza adeptami rolnictwa, ale też "erasmusami" i innymi zagranicznymi studentami w tym samym akademiku mieszkają również inni asystenci. 
W sumie w ciągu mojego pobytu przewinęło się tam ich ośmioro. To był wielki plus tego miejsca - mieszkaliśmy razem i mogliśmy sobie pomagać, doradzać, wymieniać się doświadczeniami.


Wieś na skraju miasta



Tak sobie spaceruję...




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz