środa, 17 grudnia 2014

Pierwszy dzień w szkole

Mój pierwszy dzień w szkole Sanderum (Sanderumskolen) wbrew moim oczekiwaniom nie nastąpił zaraz po przyjeździe, ale o tydzień później. Ten czas poświęciłam na aklimatyację, poznanie nowego miejsca, miasta i ludzi. Moi mentorzy Lis i Claus zaopatrzyli mnie w kartę miejską, dzięki której mogłam się poruszać autobusami w obrębie miasta. Obiecali też, że dostanę rower, który w Odense był niezbędny. Do szkoły miałam niecałe 4 kilometry, ale dojazd autobusem wymagał przesiadki i jazdy naokoło, więc z radością przywitałam wiadomość o starym jednośladzie porzuconym przez kogoś pod szkołą, który po niezbędnym przeglądzie mógł już wyjechać na szosy. Claus chyba nie do końca ufał moim umiejętnościom jazdy na rowerze, a przede wszystkim chciał mi pokazać jak dojechać do akademika, więc sam wybrał się ze mną na przejażdżkę po zajęciach. Byłam mu niezwykle wdzięczna, a jednocześnie bałam się, że dam jakąś plamę, w stylu przewrócenia się na bok...

Plan zajęć został ustalony jeszcze przed przyjazdem i z czasem miał ulegać pewnym modyfikacjom. Miałam uczestniczyć  w lekcjach angielskiego, historii oraz gotowania. OK, tak naprawdę na każdym z tych pól czułam się niezbyt pewnie. Moje praktyki z podstawówki i gimnazjum, gdzie prowadziłam lekcje historii, były mało rozwijające. Powiedzmy, że metody stosowane przez moją własną niegdyś nauczycielkę były przestarzałe, a ja sama wtedy miałam za mało doświadczenia i odwagi, żeby spróbować czegoś nowego. Wiedziałam za to, że teraz będę musiała, więc było to dla mnie prawdziwe wyzwanie. 

Pierwszego dnia poznałam kilka klas, z którymi miałam spędzić następne pół roku, a także tzw. grono pedagogiczne, w szczególności nauczycieli, z którymi miałam współpracować. 
Tydzień zaczynałam od lekcji angielskiego, najpierw z klasą 7, a później 5, która wkrótce stała się jedną z moich ulubionych. Już pierwszego dnia napisali na tablicy mnóstwo ciepłych słów, różnież po polsku z użyciem Google Translate, co wprowadziło mnie w nie lada zaskoczenie, szczgólnie, że niektóre zdania nie miały sensu, a Claus, mój mentor bardzo chciał, żebym mu powiedziała co to znaczy... Nastąpiła chwila zakłopotania.






Poznałam też pobieżnie układ szkoły, która składała się z trzech budynków, z jednym zamkniętym dziedzińcem, służącym do zabawy na długiej przerwie. Pierwszy budynek zajmowały pomieszczenia administracji, a także klas 0-3 oraz 4-6. Budynek środkowy przeznaczony był dla pokoju nauczycielskiego, kilku sal lekcyjnych (do fizyki, chemii, muzyki i plastyki) oraz biblioteki i połączonej z nią sali do informatyki. W ostatniej części mieścił się oddział dzieci starszych, czyli klas 7-9 oraz oddział integracyjny dla dzieci z różnymi rodzajami upośledzenia.


Sanderumskolen, widok od frontu

W oddziale dzieci młodszych każda klasa miała własną salę, w starszych to nauczyciele mieli przyporządkowane sobie pomieszczenia. Szkoła była jasna i przestronna, dobrze rozplanowana, ze wszelkimi udogodnieniami, otoczona sporym kawałkiem zieleni. Miała też dwie sale gimnastyczne i boiska do gry w nogę i jakąś inną grę, zapewne szczypiorniaka, który jest duńskim wynalazkiem i sportem narodowym. Nie mogę też nie wspomnieć o zadaszonym parkingu dla rowerów. Sanderumskolen jest usytuowana w dzielnicy domków jednorodzinnych, kilka kilometrów od centrum i większość uczniów dojeżdża do niej rowerem lub chodzi na piechotę. Jedynie nieliczni korzystają z autobusów albo są dowożeni przez rodziców samochodem.



Na rowerze przyjeżdżali i mali i duzi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz