środa, 19 sierpnia 2015

Patti Smith zagrała Horses

Chociaż nie jestem wielką fanką rocka, to 9. sierpnia miałam zaznaczony na czerwono już od dawna. Właśnie wtedy wybrałam się na mój pierwszy Off Festival, gdzie w niedzielę na dużej scenie miała wystąpić Patti Smith. Moja ekscytacja rosła z każdym dniem, ale wcale nie zapoznawałam się z programem, zupełnie nie wiedziałam kto jeszcze zagra na Offie, ani czego jeszcze mogłabym się spodziewać. 

Smutne, górnicze miasto było zapełnione brodatymi mężczyznami i dziewczynami z pół koczkami, które widoczne już z oddali wystarczyło śledzić, żeby trafić na teren festiwalu. W godzinach popołudniowych na terenie Muchowca nie było dużo ludzi – większość zapewne przebywała jeszcze w wyciskającym ostatnie poty, rozgrzanym do czerwoności Złotym Ośle, wegetariańskiej knajpie, która chyba stała się oficjalną stołówką festiwalowiczów. Wśród jej gości była też Sylwia Chutnik, a samo jedzenie było naprawdę warte morderczej wędrówki przez upalne Katowice, których ulice przypominały tego dnia raczej Saharę niż miasto.

Piękno Katowic

Na szczęście Artur R. przewidująco zadbał o dostęp do bezpłatnej wody pitnej oraz kurtyny wodne, z których tym razem nie tylko dzieci miały frajdę. Przyjemnie było chłodzić się też w cieniu drzew wokół stawu. Festiwal nie mógł się oczywiście obyć bez food trucków, sklepików z bibelotami oraz płytami, ani nawet bez... salonu tatuażu, czy fryzjera, z którego usług ja sama skorzystałam, bo... dlaczego nie?

Było gorąco

Już o 15. na scenę wyszli pierwsi wykonawcy, a publika leniwie snuła się od jednego namiotu do drugiego. Program był bardzo zróżnicowany od elektroniki przez hip hop do death metalu. Krótko mówiąc dla każdego coś miłego, choć ja wybrałam się tam w towarzystwie osoby, która powinna zostać gościem honorowym festiwalu, bo jej gust muzyczny zahacza o wszystkie wymienione gatunki i która z równym zachwytem przysłuchiwała się Decapitated jak i Run The Jewels. Mam nadzieję, że Artur R. pomyśli w przyszłym roku o jakimś specjalnym bilecie dla Agnieszki...

Wczuwamy się

O godzinie 19. w namiocie Trójki miało się odbyć spotkanie z Patti Smith. Oczywiście mało przewidująco zjawiłam się tam zbyt późno, żeby móc wejść do środka. Wściekła na samą siebie stałam z głupią nadzieją, że organizatorzy zdecydują się jednak wpuścić niemądrych biedaków, którzy gotowi byli gryźć i drapać, byleby zobaczyć Patti. Tłum się powoli wykruszał, ktoś w międzyczasie zaczął nas dla ochłody polewać wodą, a pan ochroniarz kręcił głową układając usta w pełną zrozumienia podkówkę. Ktoś w końcu się zlitował, weszliśmy już w trakcie wywiadu. Na scenie ona, właśnie taka, jak ją sobie wyobrażałam czytając Poniedziałkowe dzieci - chodząca skromność i tytan pracy. Po krótkim wywiadzie, przyszedł czas na pytania, pierwsze, chyba wyrażające troskę spowodowaną jej wiekiem – jak o siebie dba podczas trasy koncertowej, zupełnie rozładowało atmosferę. Z jej słów przebijał spokój, mądrość, luz. Patti jest dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji. Wspaniale mówi o sztuce i byciu artystą. Młodym twórcom radzi by po prostu robili swoje i ciężko pracowali, a fanom żeby nie skupiali się na życiu prywatnym swoich idoli, ale tylko i wyłącznie na ich twórczości. Niestety do namiotu wciąż docierała muzyka z właśnie trwających koncertów, więc Patti nie była w stanie czytać swojej poezji, ale jej słowa wystarczyły, większość ludzi wpatrywała się w nią jak zahipnotyzowana. Organizatorzy poganiali, ale ona sama zgodziła się na więcej pytań. Żadnego gwiazdorstwa, to była zwykła dziewczyna z New Jersey, która zagadnięta o to, co by zrobiła, jeśli właśnie teraz przyszło jej przeżywać drugą młodość, powiedziała, że pewnie szukałaby chłopaka.

Spotkanie w kawiarni literackiej Trójki dało tylko przedsmak tego, co czekało nas podczas koncertu. Patti na początku śpiewała bardzo spokojnie, po czym przeszła do bardziej żywiołowych kawałków, a tłum oszalał – ludzie skakali, śpiewali z nią, skandowali G-L-O-R-I-A. To było bardzo silne przeżycie, słyszeć ją śpiewającą piosenki z jej pierwszego albumu Horses, który nagrała będąc w moim wieku, i mówiącą o tym, że to w nas młodych ludziach drzemie siła, która może zmienić świat. Patti Smith swoją prostotą potrafi wywołać zamęt w sercu i umyśle oraz zmusić do przewartościowania poglądów na wiele spraw
Patti Smith na scenie

niedziela, 29 marca 2015

Lego World

Jako dziecko  zostałam w okrutny sposób pozbawiona przyjemności zabawy klockami Lego - najpierw przez szary komunizm, a później przez raczkujący kapitalizm i jego ceny, skazujące mnie na zadowolenie się siermiężnymi klockami w niewyraźnych kolorach, które ledwo dały sie ze sobą sczepić. Nie to co Lego - doskonale przemyślane, stworzone z myślą o nieposkromionej dziecięcej wyobraźni. Zawsze pomniejszałam ich fenomen po cichu zazdroszcząc kolejnemu pokoleniu, które mogło doświadczać uroków budowania z tych niesamowitych klocków. Można sobie zatem wyobrazić czym dla mnie był pobyt w Danii, ojczyźnie Lego.

Plastikowa armia


Raz do roku odbywa się w Kopenhadze Lego World - wielka impreza przeznaczona dla dzieci, które akurat w tym czasie mają ferie zimowe. Oczywiście wstęp nie jest ograniczony tylko dla rodzin z dziećmi, ale ja i moja koleżanka Carrie (prawdopodobnie największa fanka Lego) należałyśmy do tych nielicznych dorosłych pozbawionych asysty potomstwa. Za to nie przesadzę mówiąc, że miałyśmy porównywalną frajdę. 

Witajcie w raju

Lego World - gigantyczny plac mini budowy

Tak naprawdę to boli!

Kiedy już dotarłyśmy na tę imprezę i zapoznałyśmy się z planem orientacyjnym, opracowałyśmy nasz własny program i systematycznie przeczesywałyśmy teren nie mogąc uwierzyć własnym  oczom.  Lego World odbywa się w centrum kongresowym Bella, które na kilka dni zamienia się w wielki plac budowy z konstrukcjami przypominającymi gigantyczne piaskownice wypełnione ok. 14 tonami klocków (2014r.). Siedzą w nich dorośli oraz dzieci i z zapamiętaniem oddają się układaniu. 



Carrie i jej wspaniałe różowe dzieło

Dom mojego własnego projektu



Impreza jest podzielona na sekcje odpowiadające seriom w jakich produkowane są klocki - Duplo, Friends, Chima i wiele innych. Nieodłącznym elementem Lego World są różnororakie rzeźby, przedstawiające bohaterów popkultury (Batman, Indiana Jones), postaci z filmu Lego, ale też wspaniałe "klockowe" odzwierciedlenia niezwykłych budowli, stworzone przez fanów, jak np. makieta Białego Domu oddana z najdrobniejszymi szczegółami - na schodach można dostrzec czarnoskórą prezydencką parę. 

You saved me!

Carrie i jej kolega Hans

Makieta Białego Domu

Nowojorska ulica


Autor zadbał o szczegóły - w lewym górnym rogu na fotokopiarce siedzi pani...

Pan operator makiety

Będąc na miejscu nie mogłyśmy sobie odpuścić filmu animowanego o twórcy Lego (nie dość, że po duńsku to jeszcze był dosyć naiwny, ale to w końcu dzieci były jego głównymi odbiorcami) oraz pokazu mody w stylu księżniczek (można sobie tylko wyobrazić moje rozczarowanie faktem, że kostiumy były tylko w dziecięcych rozmiarach), zupełnie neutralnego genderowo, gdzie po wybiegu przechadzały się zarówno dziewczynki jak i chłopcy.


Pokaz najnowszych trendów w modzie dla prawdziwych księżniczek



Księżniczka Carrie i jej wierny sługa

Na samym końcu po przejściu setek, czy też raczej tysięcy metrów dotarłyśmy do zupełnego hitu - jaskinii z deszczem Lego! Każda z nas dostała po żółtym poncho i przeszłyśmy pod  gradem malutkich klocków, które jeszcze długo potem znajdowałam w swoich butach i torbie. Organizatorzy zadbali również o strefę "produkcyjną", czyli miejsce, gdzie każdy uczestnik mógł wybrać kilka figurek Lego, ułożyć z płytek z literkami własny napis, a jego imię zostało umieszczone na klocku. Wszystko to stanowiło pamiatkowy zestaw. Nie mogłyśmy przepuścić takiej wspaniałej okazji!


Przejście przez grotę trwało niestety zaledwie kilkadziesiąt sekund

W deszczu maleńkich biało-niebieskich Lego

Lego maszyna

Linia produkcyjna -  urządzenia do mieszania nóg ludzików Lego


Moja własna pamiątkowa paczka Lego


I pozamiatane...

niedziela, 22 marca 2015

W szkolnym ogrodzie

Moja duńska szkoła, do której chodziły głównie dzieciaki z miasta, uczestniczyła w programie "Z ogrodu na talerz" (Fra have til mave-czyli z ogrodu do żołądka, tłumacząc dosłownie), który miał im pokazać skąd się w ich kuchni biorą warzywa. Thomas, jeden z nauczycieli z Sanderum był organizatorem projektu i z początkiem wiosny kilka razy w tygodniu spotykał się w ogrodzie z uczniami różnych szkół z całego miasta. 









Razem z trzema 4. klasami raz na dwa tygodnie jechaliśmy na rowerach do ogrodu i tam spędzaliśmy przedpołudnie. Dzieci poznawały proces uprawy warzyw, uczyły się kiedy sieje się marchewkę, sałatę i rzodkiewkę, jak się gracuje i grabi ziemię. Razem z nauczycielem gotowały wywar z pokrzyw, który później piliśmy ze smakiem. Miały też okazję zobaczyć jak należy bezpiecznie rąbać drewno i same tego próbowały, co ja obserwowałam z przerażeniem w oczach - bałam się, że te wątłe 10-latki pozabijają się nawzajem wypadającymi im z rąk siekierami, które ledwo mogły podnieść.









Każda klasa miała dbać o przydzielone im grządki, plewić je i podlewać. Jeśli ktoś chciał, to popołudniami mógł przyjść do ogrodu z rodzicami, dostawał wtedy swój własny skrawek ziemi, którego miał doglądać. 
Dzieci miały ogromną frajdę z tych wycieczek, czasem gubiły nam się po drodze, zawsze ktoś spadł z roweru, ale obeszliśmy się bez ofiar. Po kilku tygodniach uczniowie zebrali plony swojej pracy i z radością zajadali własnoręcznie zasiane rzodkiewki. 




Nauka po duńsku, czyli trochę więcej o asystenturze

Już na początku mojej asystentury okazało się, że duński system oświaty bardzo różni się od polskiego. Przygotowywałam się do tego i wiedziałam już o pewnych cechach, znałam też już trochę duńskie społeczeństwo, ale praktyka pokazała jak wiele jeszcze musiałam się nauczyć. Z lekcji na lekcję byłam coraz bardziej zdezorientowana; wbrew logice wcale nie przyzwyczajałam się do nowego systemu, ale ciągle napotykałam różnice, które wydawały mi się nie do zaakceptowania. 

Edukacja w Skandynawii to, delikatnie mówiąc, zupełnie inna bajka. Przede wszystkim nauczyciel nie występuje w roli wszechwiedzącego wykładowcy; jest partnerem, mentorem, koordynatorem, a niekiedy też przyjacielem. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak mój mentor Claus jest w stanie pogodzić te wszystkie funkcje i nadal wzbudzać szacunek uczniów. Wyglądało to jak balansowanie na cienkiej linie. Claus nigdy nie podniósł głosu na żadnego z uczniów ani nie ukarał (ja do tej pory dobrze pamiętam jak w podstawówce klęczałam na grochu, a wcale to nie poprawiło mojego zachowania). Tak naprawdę uczniowie są traktowani jak partnerzy i w ten sposób uczą się też szacunku. W Danii do każdego (może poza królową) mówi się po imieniu, bez względu na wiek. Tak samo jest w szkole - uczniowie nigdy nie zwracają się do nauczycieli per pani/panie.  

Uczniowie w duńskich szkołach cieszą się dużą swobodą, niekiedy może się wydawać, że nawet za dużą, ale wbrew pozorom oznacza to, że nauczanie staje się o wiele bardziej wymagające. Wykład, tak typowy dla polskich szkół, uchodzi w Danii za metodę zupełnie przestarzałą. Często za to uczniowie pracują w grupach, przygotowując wspólnie projekty. Wtedy zadaniem nauczyciela jest opracowanie projektu - zarysowanie tematu oraz dopasowanie go do poziomu uczniów. Na tym nie koniec - kiedy uczniowie pracują w grupach, nauczyciel krąży między nimi, koordynuje, podpowiada, motywuje. Niekiedy po takich właśnie zajęciach czułam się wykończona jak gdybym była górnikiem przodowym. 

W mojej szkole lekcje często nie odbywały się w sali, ale... wszędzie. Uczniowie rozchodzili się po najdziwniejszych zakamarkach szkoły, żeby móc pracować w spokoju (lub też nie). Ja za to musiałam ich szukać i motywować, ale nic na siłę, praca miała być samodzielna, żadnego narzucania własnej wizji. Czasem okazywało się, że grupa schowana w piwnicy zamiast pracować, surfuje po internecie i robi wszystko tylko nie zadanie... Zaskoczyło mnie to, że nauczyciele pozwalają dzieciom tak rozbiegać się we wszystkich kierunkach, gdzie nie mogą mieć ich na oku. Co gdyby coś by się stało któremuś z nich? Na przykład kiedy dziewczyny z 5. klasy ćwiczyły gimnastykę na środku klasy, robiły salta i gwiazdy między ławkami? Odniosłam wrażenie, że podchodzono do tego zdroworozsądkowo i założono, że dzieci same powinny ocenić co jest niebezpieczne. Choć ja nadal miałam wątpliwości, kiedy widziałam 10-letnie dziewczynki pracujące z siekierą przy rąbaniu drewna w szkolnym ogrodzie...