niedziela, 22 marca 2015

Nauka po duńsku, czyli trochę więcej o asystenturze

Już na początku mojej asystentury okazało się, że duński system oświaty bardzo różni się od polskiego. Przygotowywałam się do tego i wiedziałam już o pewnych cechach, znałam też już trochę duńskie społeczeństwo, ale praktyka pokazała jak wiele jeszcze musiałam się nauczyć. Z lekcji na lekcję byłam coraz bardziej zdezorientowana; wbrew logice wcale nie przyzwyczajałam się do nowego systemu, ale ciągle napotykałam różnice, które wydawały mi się nie do zaakceptowania. 

Edukacja w Skandynawii to, delikatnie mówiąc, zupełnie inna bajka. Przede wszystkim nauczyciel nie występuje w roli wszechwiedzącego wykładowcy; jest partnerem, mentorem, koordynatorem, a niekiedy też przyjacielem. Nie mogłam wyjść z podziwu, jak mój mentor Claus jest w stanie pogodzić te wszystkie funkcje i nadal wzbudzać szacunek uczniów. Wyglądało to jak balansowanie na cienkiej linie. Claus nigdy nie podniósł głosu na żadnego z uczniów ani nie ukarał (ja do tej pory dobrze pamiętam jak w podstawówce klęczałam na grochu, a wcale to nie poprawiło mojego zachowania). Tak naprawdę uczniowie są traktowani jak partnerzy i w ten sposób uczą się też szacunku. W Danii do każdego (może poza królową) mówi się po imieniu, bez względu na wiek. Tak samo jest w szkole - uczniowie nigdy nie zwracają się do nauczycieli per pani/panie.  

Uczniowie w duńskich szkołach cieszą się dużą swobodą, niekiedy może się wydawać, że nawet za dużą, ale wbrew pozorom oznacza to, że nauczanie staje się o wiele bardziej wymagające. Wykład, tak typowy dla polskich szkół, uchodzi w Danii za metodę zupełnie przestarzałą. Często za to uczniowie pracują w grupach, przygotowując wspólnie projekty. Wtedy zadaniem nauczyciela jest opracowanie projektu - zarysowanie tematu oraz dopasowanie go do poziomu uczniów. Na tym nie koniec - kiedy uczniowie pracują w grupach, nauczyciel krąży między nimi, koordynuje, podpowiada, motywuje. Niekiedy po takich właśnie zajęciach czułam się wykończona jak gdybym była górnikiem przodowym. 

W mojej szkole lekcje często nie odbywały się w sali, ale... wszędzie. Uczniowie rozchodzili się po najdziwniejszych zakamarkach szkoły, żeby móc pracować w spokoju (lub też nie). Ja za to musiałam ich szukać i motywować, ale nic na siłę, praca miała być samodzielna, żadnego narzucania własnej wizji. Czasem okazywało się, że grupa schowana w piwnicy zamiast pracować, surfuje po internecie i robi wszystko tylko nie zadanie... Zaskoczyło mnie to, że nauczyciele pozwalają dzieciom tak rozbiegać się we wszystkich kierunkach, gdzie nie mogą mieć ich na oku. Co gdyby coś by się stało któremuś z nich? Na przykład kiedy dziewczyny z 5. klasy ćwiczyły gimnastykę na środku klasy, robiły salta i gwiazdy między ławkami? Odniosłam wrażenie, że podchodzono do tego zdroworozsądkowo i założono, że dzieci same powinny ocenić co jest niebezpieczne. Choć ja nadal miałam wątpliwości, kiedy widziałam 10-letnie dziewczynki pracujące z siekierą przy rąbaniu drewna w szkolnym ogrodzie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz