Nie wiem czego oczekiwałam po wyjeździe do Tanzanii, nie miałam jakichś bliżej sprecyzowanych wyobrażeń. Oczywiście coś wcześniej wiedziałam, coś czytałam, oglądałam, ale wyprawa na Czarny Ląd to co innego niż oglądanie programu w telewizji. Zwłaszcza jeśli się wybiera w podróż z plecakiem, a nie wycieczkę zorganizowaną przez biuro podróży, które turystów odbiera z lotniska, zawozi do hotelu i na safari, pokazując tylko zwierzęta i przyrodę, a nie prawdziwą Afrykę. Wiele rzeczy mnie zaskoczyło i otworzyło mi oczy na niektóre zagadnienia, ale też po przyjeździe z dużym szacunkiem i żywą fascynacją podchodziłam do odmienności Tanzanii.
Wylądowałam na lotnisku Kilimanjaro i zanim jeszcze je zobaczyłam usłyszałam dziecięcy głos z pewnym rozczarowaniem pytający rodziców "Czy ten maleńki budynek to lotnisko?". Drogę z samolotu pokonuje się pieszo, a hala przylotów jest tak mała, że posiada tylko jedną toaletę i to jeszcze przed kontrolą wizową, więc ludzie, którzy zdążyli już ją odbyć - rzecz nie do pomyślenia na pilnie strzeżonych lotniskach w Europie - czmychają na drugą stronę plącząc się w rozciągniętych taśmach bezpieczeństwa. Po wylądowaniu samolotu wszyscy rzucają się do wypełniania wniosków o wizę, po czym ustawiają się w kolejce do okienek, gdzie czekają znudzeni przedstawiciele urzędu imigracyjnego.
Podróż z lotniska do Usy River zajęła nam trochę ponad pół godziny, po drodze mijaliśmy ludzi pędzących kozy i owce (z czasem zaczęłam podejrzewać, że jest ich w Tanzanii więcej niż mieszkańców), przy skrzyżowaniach leniwie oparci o kierownice motocykliści-taksówkarze czekali na swoich klientów. Na przednim siedzeniu chłonęłam wszystko z szeroko otwartymi oczami i z naiwnością dziecka pytałam Reguliego, znajomego Aurelii, o każdy szczegół, który dla niego wydawał się oczywistością. To było jak zderzenie z zupełnie inną rzeczywistością, bo kiedy google'owałam Usę River, to większość zdjęć przedstawiała wolontariuszy z dziećmi, a praktycznie żadne samą miejscowość.
Usa River leży w pobliżu Arushy - jednej z popularnych baz wypadowych dla turystów wybierających się na safari. Usa to mała mieścina, zamieszkana przez ok. 800 osób. Położona jest przy ruchliwej drodze (w swahili "barabara") Arusha - Moshi, szosa (tzw. tamak od ang. tarmac) biegnie prawie przez środek miejscowości. Poza tamakiem wszystkie ulice są nieutwardzone, zakurzone i pełne wyboi. Na ulicach i w rowach odprowadzających wodę pełno jest śmieci, szczególnie plastikowych opakowań. W Tanzanii nie ma systemu odbierania i składowania śmieci, więc ludzie wyrzucają je wszędzie. Szczególnie dużo widać malutkich woreczków po alkoholu, który jest gorszej jakości od tego w butelce, ale dzięki temu również tańszy. Szoty w takiej postaci pije zazwyczaj młodzież i staje się to coraz większym problemem.
Dominuje parterowa zabudowa, piętrowe są zazwyczaj hotele i banki. Budynki mniej lub bardziej obdrapane i przykryte wszędobylskim kurzem, przez który nawet te nowe szybko zaczynają przypominać stare. W Usa nie widziałam fantastycznych, bogatych osiedli. Zamożniejsi mieszkają obok tych biedniejszych, choć dzieli ich wysoki płot, który okala dom i chroni przed włamywaczami. Niekiedy przed domem jest weranda, na której krawcowe wystawiają swoje maszyny i szyją ubrania - zapewne ze względu na światło. Trochę na uboczu Usy znajdują się tzw. lodge, czyli hotele dla zachodnich turystów. Zazwyczaj ukryte w zaciszu drzew skutecznie chronią gości przed widokiem prawdziwej Afryki.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to liczba osób na ulicach. Ludzie owszem miewają auta, ale większość, którą na nie nie stać, kiedy przyjdzie im załatwić sprawę w mieście, korzysta z komunikacji zbiorowej, zazwyczaj prywatnej - autobusów lub taksówek (motocykli i samochodów). Targ i szosa są niejako centrum miejscowości, przy nich zbiera się najwięcej ludzi. W pobliżu głównej ulicy od rana do późnej nocy siedzą przekupki sprzedające warzywa i owoce. Po zmroku swój towar oświetlają latarkami - latarni na ulicach się nie uświadczy. W Tanzanii nadal tylko 15% ludzi ma dostęp do energii elektrycznej. W mieście o nią łatwiej, ale i tak należy się liczyć z przerwami w dostawach prądu. Po zapadnięciu zmroku trzeba się po ulicach poruszać ostrożnie - przekonałam się o tym już pierwszej nocy, kiedy wpadłam do po kolana głębokiego rowu. Na szczęście suchego, choć rano odkryłam, że kilkadziesiąt centymetrów dalej płynęły nim ścieki i śmieci.
Ludzie są przyjaźni, pozdrawiają się nawet jeśli znają się tylko z widzenia. Ja też często słyszałam kierowane do mnie "mambo", na które odpowiada się "poa". Trochę dziwne było to uczucie, kiedy jest się prawie jedyną białą otoczoną przez czarnoskórych - podobne do tego, co czują oni przyjeżdżając do Polski. Na początku nie sposób nie zauważyć ciągle skierowanego na siebie wzroku miejscowych i jest to trochę krępujące, z czasem człowiek się przyzwyczaja. Nawet do dzieci wołających za nami "hello" albo "good evening" bez względu na porę dnia oraz "mzungu", co znaczy biały, białoskóry.
W Usie tak jak w całej Tanzanii jest mnóstwo przeróżnych kościołów - różnych odmian chrześcijaństwa, sekt, ale są też meczety. Przyjechałam akurat w trakcie ramadanu, więc kilka razy dziennie mogłam słyszeć muezzina nawołującego do modlitwy. Niestety, ten w Usie był pozbawiony jakiegokolwiek talentu wokalnego i kaleczył moje uszy o różnych porach dnia.
Zatrzymałyśmy się w motelu, tzw. "guest house" New Mexico - Aurelia szukała dla nas czegoś egzotycznego (ponieważ sam pobyt w Afryce nie wydawał jej się już egzotyczny). Wszystkie te moteliki miały takie fantastyczne nazwy, np. Paris, New York, Califonia (sic!). Nurtowało mnie bardzo kto się w tych miejscach zatrzymuje, bo przecież nie turyści - ledwo dało się tam dogadać po angielsku, standard był raczej niski, nie było też zapewnionych posiłków. Po jakimś czasie okazało się, że takie przybytki często służą jako hotele na godziny. To nam jednak nie przeszkadzało, zwłaszcza że płaciłyśmy mało, a przy przedłużaniu pobytu dostałyśmy zniżkę i noc kosztowała nas 10 zł za osobę.
W Usie jest sporo małych barów, które służą też za restauracje. Oferują typowo tanzańską kuchnię za niewygórowaną cenę. Poza tym jest dużo małych sklepików, otwartych o dziwacznych porach, bo ich właściciele często mają też drugą pracę. Poza tym swoje usługi oferują przeróżni rzemieślnicy, małe biznesy kwitną na każdym rogu. Jest też wspomniany już wcześniej targ. Można tam kupić wszystko od warzyw i owoców przez elektronikę i pachnące toksycznym plastikiem ubrania sprowadzane z Chin, aż po używane buty, odpadki z Zachodu, które po odpowiedniej renowacji wyglądają jak nowe. Warzywa i owoce są sprzedawane przez "mama", jak mówi się na kobiety, zazwyczaj już dzieciate (młode dziewczyny to "dada"). Na początku myślałam, że są to plony z ich własnych przydomowych ogródków, ale nic bardziej mylnego - mamas jeżdżą na większe targowiska i tam zaopatrują się w towar.





















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz