Słowo się rzekło, kobyłka u płotu, jak już zdążyłam wspomnieć,
zamiar jeżdżenia na rowerze wprowadziłam w tym roku w czyn i zostałam
nawet rowerową przodowniczką zajmując drugie miejsce w firmowym programie
"Bike to work". Nota bene dzięki niemu nie tylko poprawiłam w końcu swoją kondycję fizyczną, ale też za każdy kilometr przejechany do i z pracy zarobiłam
50 groszy dla siebie oraz 25 na cele charytatywne.
Nie ukrywam tego, że jestem zaledwie rowerową nowicjuszką i wciąż
uczę się jazdy jednośladem po mieście. Staram się jak mogę, żeby nie popełniać
kardynalnych błędów i nie stwarzać zagrożenia dla innych. Plusy jazdy na
rowerze dostrzegam niemal codziennie, wiele z nich wspaniale opisuje niedawno
zasłyszany dialog dwojga przechodniów: - Dużo wiary teraz na rowerach. - A
dziwisz się? Jak cały Kraków rozpieprzony. W naszej rzeczywistości wiecznej
przebudowy grodu Kraka tylko wyjątkowo cierpliwy lub leniwy człowiek jest w
stanie poruszać się autem, czy komunikacją publiczną. Jak grzyby po deszczu
wyrastają kolejne remonty, malowanie pasów w godzinach szczytu itp. Z drugiej
strony infrastruktura rowerowa w Krakowie nadal kuleje. Pojawia się coraz
więcej przejazdów rowerowych, co znacznie ułatwia życie, ale na swojej porannej
trasie często jeszcze muszę stosować metodę hulajnogi - wtedy wcale nie jestem
rowerzystką, lecz pieszą z jedną nogą na rowerze, lub zsiadania z roweru przed
przejściem, a kiedy większa liczba rowerzystów wykonuje ten ruch jednocześnie sprawia to wrażenie doskonale przygotowanej choreografii - raz, dwa, trzy,
nóżka w prawo, hop i zeskok - prawdziwe rowerowe Jezioro łabędzie.
Żeby jednak nie czuć się na rowerze jak fajtłapa wybrałam się
ostatnio na tzw. cyklolekcję organizowaną przez Stowarzyszenie Kraków Miastem
Rowerów oraz Urząd Miasta. Złota polska jesień podarowała nam wspaniałą, ciepłą
niedzielę, idealną wprost na wycieczkę rowerową. Po krótkim wstępie i
przedstawieniu wymaganego przez prawo wyposażenia roweru oraz podstawowych
znaków drogowych dotyczących rowerzystów wyruszyliśmy z Rynku Podgórskiego
stromym podjazdem ulicy Parkowej, z którym nie poradzili sobie jednak wszyscy
uczestnicy lekcji. Jakimś cudem udało mi się wtoczyć na samą górę, przestać
dyszeć i wyprostować się jakby nigdy nic właśnie w momencie, kiedy mijałam panią,
która twierdziła, że na rowerze miejskim nie da się pokonać tego wzniesienia.
Ze względu na odbywający się tego dnia półmaraton omijaliśmy
początkowo centrum. Przez Rondo Matecznego i Łagiewniki dojechaliśmy do
Dębników, by później ruszyć w stronę Błoń. Po drodze zatrzymywaliśmy się, by
omówić miejsca, które niedoświadczonym rowerzystom mogły sprawić problemy.
Organizatorzy tłumaczyli jak się zachować na przejazdach, gdzie rowerzyści mają
pierwszeństwo i jak działają kontrapasy. Nie mogę powiedzieć, że było to
zmarnowane popołudnie, ale nie nauczyłam się prawie niczego nowego. Poza tym
miałam wrażenie, że prowadzący mieli problem z zapanowaniem nad grupą i
zapewnieniem bezpieczeństwa - nie zawsze komunikowali trasę przejazdu przez co
nie każdy wiedział jak ma się zachować. Zatrzymywali się w sposób bezmyślny w
najdziwniejszych miejscach tak, że grupa blokowała drogi i ścieżki rowerowe.
Najbardziej jednak nie podobało mi się, kiedy jeden z nich tłumacząc
sygnalizowanie manewrów stwierdził, że wykonanie ruchu stop jest niepotrzebne,
bo przecież chęć zatrzymania widać po zwolnieniu tempa jazdy. Miałam nadzieję,
że ich celem jest edukowanie rowerzystów i promowanie dobrych nawyków, ale ta
wypowiedź sprawiła, że zaczęłam w to wątpić.
Pomimo tych niedociągnięć osobom zaczynającym swoją przygodę z
rowerem w mieście polecam choćby rozważenie udziału w takiej lekcji. Odbywają się one co tydzień
dopóki pozwala na to pogoda, prowadzą je różne osoby, a trasy przejazdu się
zmieniają.
