czwartek, 8 czerwca 2017

Safari: Serengeti

Trzeci dzień safari zarezerwowałyśmy na Serengeti. Nasz przewodnik mówił, że najlepiej w samym parku spędzić kilka dni, wtedy dopiero można go naprawdę poznać i nacieszyć się jego przebogatą przyrodą. My niestety nie mogłyśmy sobie na to pozwolić, głównie ze względów finansowych. Pozostał nam do wykorzystania cały ranek i przedpołudnie. Czekała nas zatem znowu wczesna pobudka. Podobno najlepiej jest zaczynać safari wcześnie rano, bo kiedy tylko zrobi się zbyt gorąco, to zwierzęta kryją się w wysokiej trawie i nie widać ich z drogi. Rano jest też szansa, żeby zobaczyć polowanie drapieżników, które robią to właśnie głównie wtedy lub wieczorem.

Kiedy wyjechaliśmy było jeszcze całkiem zimno, ubrana byłam na cebulkę - miałam na sobie chyba cztery warstwy odzieży, a w dodatku wokół nóg zawinęłam sobie moją masajską shukę. Dla ułatwienia obserwacji podniesiono w samochodzie dach, przez który wlatywał zimny wiatr, co jeszcze bardziej potęgowało uczucie chłodu. Co chwilę w zasięgu naszego wzroku pojawiały się zwierzęta, więc przystawaliśmy, żeby przyjrzeć im się z bliska i zrobić zdjęcie. Nasz przewodnik może i nie był zbyt rozmowny, ale naprawdę się starał, żebyśmy mogły zobaczyć nie tylko zebry i gazele, których na sawannie jest bez liku, ale też lwy, gepardy, a nawet słonie. 











Nie dało się nie zauważyć, że na safari panuje zasada, że kierowcy sobie pomagają, co chwilę przystają na drodze wymieniając informacje o miejscach, gdzie można zobaczyć coś ciekawego, albo nawołują się przez CB Radio. Jest to bardzo pomocne, bo park Serengeti jest duży, a czasu (jak w naszym przypadku) bywa mało. Justin, nasz przewodnik mówił, że kierowcy mają swój własny slang po to, żeby klienci nie wiedzieli o jakich zwierzętach rozmawiają. Tłumaczył nam, że nie raz się zdarzało, że klienci skarżyli się na nich twierdząc, że nie znają się na swojej pracy, bo muszą wypytywać innych o drogę. W ich mniemaniu Serengeti to takie wielkie zoo, gdzie zwierzęta siedzą zawsze w jednym miejscu i czekają tylko na jakichś turystów, którzy chcą im pstryknąć fotkę. 


Tego dnia widziałyśmy prawie całą wielką piątkę: lwa, słonia i lamparta. Już na samym początku Justin jakimś cudem znalazł stado lwic, które właśnie na śniadanie pożerały dopiero co uplowaną antylopę. Po chwili w naszym polu widzenia pojawił się też samiec, krocząc majestatycznie w wysokiej trawie, by w końcu się w niej położyć, nic sobie nie robiąc z otaczających go samochodów. To też jest pewien fenomen safari: kilka, niekiedy nawet kilkanaście samochodów zbiera się wokół zwierząt, a one zupełnie nie zwracają na nie uwagi. Przyznam, że to doświadczenie sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, co jest gorsze - obserwowanie zwierząt zamkniętych w zoo, czy jazda samochodami spalinowymi po terenie parku narodowego i zakłócanie ich dzikiego życia.





Mieliśmy mało czasu, więc mknęliśmy z jednego miejsca na drugie, przystając tylko na chwilę. Widzieliśmy antylopy, gdzieś w trawie mignął dik-dik, a przy drodze spała hiena. Poza tym mnóstwo zebr, które niekiedy płoszyły się lub przystawały jedna w jedną, druga w drugą stronę zapewniając sobie szerokie pole widzenia. Zupełnie jak nasze samochody terenowe, kiedy kierowcy zatrzymywali się, żeby wymienić informacje. Tak zjeździliśmy dobrych kilka godzin i dopiero pod koniec udało nam się wypatrzeć samotną samicę geparda, która nawoływała swoje małe. Niestety była na tyle daleko, że tylko lornetka pomagała, a i tak w minimalnym stopniu. Już straciłyśmy nadzieję, kiedy okazało się, że zupełnie niedaleko przy samej drodze siedziało zaginione gepardzie maleństwo, drugie spało w wysokiej trawie. Zwierzęta były bardzo blisko i zupełnie nie zwracały uwagi na długi łańcuch samochodów, który ustawił się przed nimi wzdłuż drogi, ani też na cichą walkę między kierowcami, którzy wszelkimi siłami starali się przejechać choćby o centymetr do przodu, żeby zadowolić swoich klientów. 





Podobnie z oddali obserwowaliśmy później lamparta, który na drzewie konsumował antylopę. Niestety nawet patrząc przez lornetkę z tej odległości mogłyśmy tylko ufać narracji doświadczonego Justina, który nawet gołym okiem potrafił coś tam dojrzeć (a może po prostu wymyślał to na poczekaniu).
Popołudniu czekał nas jeszcze przejazd do bramy Naabi Hill, która rozgranicza Serengeti od parku Ngorongoro. Jazda z obozu zajęła nam znowu co najmniej dwie godziny. Jechaliśmy przez  Wielką Równinę - niekończący się trawiasty step, gdzie tylko od czasu do czasu napotykaliśmy mniejsze zwierzęta jak np. gazele. 
W Serengeti obowiązuje zakaz zjeżdżania z drogi, ale w Ngorongoro nasz przewodnik postanowił pokazać nam jak wygląda off road. Przez jakieś pół godziny jechaliśmy przez dzikie tereny porosłe jedynie krzewami i rzadkimi drzewami. Justin nie spuszczał oczu z góry przed nami - to ona wyznaczała kierunek jazdy i w razie czego mogła pomóc w znalezieniu drogi.



Teren parku Serengeti został w latach 60. przeznaczony wyłącznie pod ochronę przyrody. Wtedy też wysiedlono stamtąd Masajów, choć nie uprawiają oni ziemi ani nie polują na dziką zwierzynę, z którą potrafili współżyć przez setki lat (w przeciwieństwie do białych kolonizatorów). Na szczęście pozwolono im mieszkać na obszarze parku Ngorongoro. Po drodze mijaliśmy głównie ubranych w shuki mężczyzn, którzy pędzili przed sobą stada bydła. Droga robiła się coraz bardziej górzysta, a im wyżej jechaliśmy tym więcej pojawiało się zielonych drzew. Mijaliśmy masajskie wioski, by w końcu dotrzeć do Endulen, gdzie przyszło nam spędzić ostatnią noc naszego safari.






środa, 7 czerwca 2017

Safari: Natron

Drugiego dnia safari wstałyśmy wcześnie rano, by jeszcze przed 6. pojechać nad jezioro Natron. Było jeszcze ciemno, kiedy wyruszaliśmy z obozu, droga zajęła nam jakieś pół godziny. Po wyjściu z samochodu uderzył nas bardzo specyficzny i silny zapach - jezioro Natron jest słone, a na odsłoniętym przez suszę terenie, po którym szliśmy, występuje minerał natron, od którego wzięła się nazwa jeziora. Byłyśmy nieco rozczarowane - przygotowałyśmy się na widok czerwonej wody, trochę jak z filmów science fiction, którą widziałyśmy na zdjęciach w internecie. Okazało się, że ta kosmiczna sceneria występuje po drugiej stronie jeziora, do której droga zajmuje kilka godzin. My za to miałyśmy okazję zobaczyć flamingi, których lęgowiska znajdują się właśnie w tamtym miejscu. Stały przy brzegu dosyć leniwie, odsuwając się w miarę jak się zbliżaliśmy. Słońce powoli wstawało wychylając się zza szczytów pobliskich gór. Kiedy wjechaliśmy na wzniesienie, roztoczył się przed nami wspaniały widok na jezioro z jednej strony i wulkan Ol Doinyo Lengai z drugiej. Na dole widać było swobodnie hasające zebry oraz żyrafy pogryzające liście drzew. Już z samego rana na tym odludziu przyciągającym turystów pojawiły się Masajki obwieszone koralikami na sprzedaż. 







 


























Czas nas naglił, bo znowu czekała nas długa jazda samochodem, tym razem do Parku Serengeti, gdzie mieliśmy spędzić wieczór oraz połowę następnego dnia. Krajobraz za oknem był dosyć monotonny, ale jednocześnie dla mnie tak unikatowy i niezwykły, że nie mogłam się napatrzeć. Znowu sawanna, krzewy, trawy... Gdzieś w połowie drogi zajechaliśmy na obiad do małego miasteczka, które ni stąd ni zowąd wyrosło na naszej drodze niczym oaza w środku pustyni. W restauracji przypominającej hangar było niewielu klientów, a prosto z dworu wchodziło się do hotelowych pokoi, z których każdy nosił zapowiadającą luksusy i egzotykę nazwę: New York, Paris, London. Znudzona obsługa siedziała wpatrzona w telewizor, na którym migała relacja z zawodów w sportach zimowych. Joseph przygotowywał dla nas prowiant na każdy dzień safari - w końcu na tych rozległych terenach tylko gdzieniegdzie można było natrafić na wioskę, nie mówiąc już o sklepie, czy knajpie. Dlatego właśnie obecność kucharza na każdym safari, choć pewnie na początku  brzmi jak przejaw przepychu, to jednak jest niezbędne. Do naszego prowiantu zamówiliśmy też ugali - tradycyjne danie z mąki kukurydzianej oraz grillowane mięso kozy, które chwilę wcześniej wisiało w oknie u rzeźnika, jak wszędzie w Tanzanii, gdzie lodówka oraz prąd jest dobrem luksusowym (tylko 15% Tanzańczyków ma dostęp do elektryczności). Pracownicy Sanepidu dostaliby pewnie zawału od samego patrzenia na te warunki, choć jak mówi Aurelia, mięso jest poddawane takiej obróbce, że nie jest już szkodliwe. Ja natomiast cieszyłam się, że nie jem mięsa.


 


Do Parku Serengeti wjechaliśmy popołudniu, ale czekało nas jeszcze kilka godzin jazdy do naszego campingu. Całą drogę nasz kierowca i kucharz, który siedział na samym końcu z tyłu samochodu przekrzykiwali się prowadząc ze sobą rozmowę. Głowy nas rozbolały od takiego natężenia swahili. Kiedy zobaczyłam pierwsze zwierzęta, żyrafy spacerujące kilka metrów od auta, zaparło mi dech w piersiach. Śmieszne, że gdzieś z tyłu głowy usłyszałam głos Krystyny Czubówny relacjonujący wszystko na żywo. Na chwilę zatrzymaliśmy się też przy jeziorku-basenie, w którym pływały dziesiątki hipopotamów. Było gorąco i zwierzęta leżały leniwie, na zmianę opryskując się wodą. Po drodze złapaliśmy gumę i chłopcy musieli zmienić oponę. Wszystko poszło bardzo sprawnie i po dziesięciu minutach znowu ruszyliśmy w drogę. Justin nie zatrzymywał się przy każdym zwierzęciu, bo czas nas naglił, musieliśmy zdążyć do obozu przed zapadnięciem zmroku - zw względów bezpieczeństwa jazda po parku w nocy jest zabroniona.












W obozie panował pewien rozgardiasz, było też o wiele więcej ludzi niż na cichym campingu nad jeziorem Natron. Nie mieliśmy już dużego wyboru co do miejsc na rozbicie namiotu i pozostał nam tylko skrawek w samym rogu, więc miny nam trochę zrzedły na samą myśl, że teren był nieogrodzony i mogłyśmy się stać pierwszymi ofiarami krwiożerczych lwów. Pełne obłożenie campingu dało się nam też we znaki podczas kolacji - zanim nasz kucharz doczekał się swojej kolejki w kuchni, zdążył już zapaść zmrok i tak jak pozostali zjedliśmy przy świetle latarek, niektórzy z czołówkami na głowach. Menu na safari jest proste i mało różnorodne - na stołach królują frytki, ryż, nudle i zupa, ale dzięki temu nie trzeba przynajmniej się żywić samym suchym prowiantem. W trakcie kolacji Justin radził nam czego nie robić, żeby spokojnie przetrwać noc na otwartym campingu. Nasze pęcherze w jednej chwili przybrały niebotyczne rozmiary, gotowe pomieścić hektolitry wody, a my na wszelki wypadek powoli sączyłyśmy herbatę, byleby tylko nie musieć iść w nocy do toalety. Jeśli już musiałybyśmy wyjść, to należało się rozejrzeć, a po opuszczeniu namiotu szczelnie go zamknąć, żeby nie weszły do niego przypadkiem guźce. Poza tym w namiocie nie można przechowywać żadnego jedzenia, bo to mogłoby zwabić te zwierzęta. Noc, choć bardzo zimna (amplituda temperatur w Serengeti może być dosyć duża), na szczęście okazała się bezpieczna. Spałam jak dziecko, pewnie dlatego, że wyżebrałam u dziewczyn miejsce w środku, więc zasypiałam z nadzieją, że lew zadowoli się Aurelią lub Virginie, a mnie pozostawi w spokoju.

Safari dla opornych - dzień pierwszy

Jeszcze jakiś czas temu nawet przez myśl by mi nie przeszło, że kiedykolwiek wybiorę się na safari. Egzotyczne zwierzęta oglądałam tylko w zoo lub na filmach dokumentalnych i był to dla mnie - zwierzęcia miejskiego - wystarczający kontakt z dziką naturą. Jednak Afryka to, poza interesującą kulturą, głównie natura, a Tanzania może się pochlubić aż 16 parkami narodowymi i wieloma rezerwatami, które chronią bardzo zróżnicowane formy przyrody. Safari jest więc obowiązkowym punktem w zwiedzaniu tego kraju.

Moja przyjaciółka Aurelia zorganizowała dla nas całą wyprawę, wymyśliła trasę i negocjowała cenę. Dzięki temu, że skorzystałyśmy z usług poleconej przez znajomego firmy Mspirits za tę wspaniałą czterodniową wyprawę zapłaciłyśmy tylko 700 dolarów - "tylko", bo ceny safari są z reguły wyższe, a my pokryłyśmy jedynie koszty noclegów, biletów wstępu oraz wjazdu auta do parków. Zanim jednak wybrałyśmy się na prawdziwe safari czekało nas jeszcze nie lada wyzwanie, czyli "bankowe safari" - podróżując do Tanzanii sama, nie chciałam wozić ze sobą tysiąca dolarów, a Aurelia zapewniała mnie, że nawet w Usie River mogę skorzystać z bankomatu. Można więc sobie tylko wyobrazić nasze zaskoczenie, kiedy dwa lokalne banki nie przyjęły mojej karty, a w trzecim - pomimo uzbrojonego w karabin wartownika - w ogóle nie było pieniędzy (częsta sytuacja w tanzańskich bankomatach). Razem z miejscowym znajomym Regulim wybraliśmy się więc na objazd po bankomatach w Arushy i po wizycie w zaledwie 6 z nich miałyśmy kieszenie wypchane jak po obrabowaniu banku. 



Następnego dnia przyjechał po nas Justin, nasz przewodnik-kierowca, oraz Joseph, kucharz - na safari jeździ się zazwyczaj w towarzystwie kierowcy, kucharza, a niekiedy nawet wypatrywacza zwierząt. Zapakowali nasze rzeczy do terenowego auta i ruszyliśmy w długą podróż. Naszym pierwszym celem było jezioro Natron, oddalone od Usy o jakieś 7 godzin jazdy, najpierw po asfaltowej szosie, a później po zakurzonej i wyboistej drodze. 

Po wyjechaniu z Arushy mijaliśmy głównie pustynne tereny i nieliczne ludzkie osiedla, niekiedy masajskie wioski albo samych Masajów wędrujących ze stadami krów. Krajobraz był raczej monotonny - płaski teren, gdzie dominowała wysuszona ziemia, gdzieniegdzie popękana wskutek erozji, tworzyła głębokie doliny. Roślinność występowała sporadycznie - na początku sizal, z którego uprawy słynęła niegdyś Tanzania. Wyrabiano z niego worki i liny, ale z czasem zastąpiły go wszechobecne tworzywa sztuczne i w ten sposób upadła jedna z nielicznych gałęzi tanzańskiego przemysłu. Miejscami pojawiały się pola kukurydzy, przy drodze stały na nich tabliczki z nazwami odmian - znak obecności wielkich firm, jak Monsanto, które w ten sposób się tam reklamują. Z czasem, kiedy coraz bardziej oddalaliśmy się od ludzkich osiedli i źródeł wody, rośliny uprawne ustępowały pojedynczym drzewom - akacjom i baobabom. Przy drodze zatrzymywali się Masajowie i wyciągali ręce prosząc o wodę. Uśmiechnięte dzieci machały do nas i witały słowem "hello". Słońce prażyło już niemiłosiernie, powoli zaczęłam rozumieć jak się czuli Staś i Nel z "W pustyni i w puszczy". Gdzieś w połowie drogi zatrzymaliśmy się na obiad. Rozłożyliśmy się w otoczeniu akacji, nad wielką doliną, która w porze deszczowej zamienia się w rzekę. Wokoło nas była tylko sawanna.

Sizal

Masaj ze swoim stadem

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Sawanna, w oddali masajska boma


Dolina, która w porze deszczowej wypełnia się wodą



Przerwa na obiad - podano do stołu



Po kolejnej godzinie jazdy mijaliśmy masajską wioskę, bomę. Tradycyjne masajskie domy zbudowano w niej z trzciny, patyków oraz krowiego łajna i moczu. Niektóre wyposażono w panele słoneczne, najczęściej używane do ładowania telefonów komórkowych. Na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalne, ale telefon w Afryce zrobił w ostatnim czasie prawdziwą rewolucję. Jest głównym źródłem informacji, a niekiedy może uratować życie na tych bezludnych terenach. Kiedy wyjechaliśmy z wioski nie dało się nie zauważyć wielkiego wysypiska przeróżnych śmieci, głównie plastikowych butelek i worków, które roztaczało się za wioską. Robiło to przygnębiające wrażenie - piękne, niczym nieskażone tereny otoczone przez wspaniałe góry, a w środku tego wysypisko śmieci. 

W drodze na safari czekały na nas bramy, gdzie pobiera się opłatę za wjazd na terytorium rezerwatu lub parku. Minęliśmy kilka, jedna okazała się zaskoczeniem nawet dla naszego kierowcy. W szczerym polu stał drewniany szlaban-samoróbka. Przy drodze budka strażnika, ubranego w maskujące kolory i wymachującego zeszytem, gdzie najprawdopodobniej zapisywał informacje o wjeżdżających pojazdach. Wyglądało to jak jakiś żart i nasz kierowca początkowo próbował negocjować, ale na koniec i tak musieliśmy zapłacić. Przy kolejnej bramie podeszła do nas grupa Masajek i próbowała nam sprzedać koralikowe bransoletki i tradycyjne pojemniki na wodę. Nie pomagała odmowa, a w niechcący wyciągniętej dłoni natychmiast lądowały błyskotki, które trzeba było oddawać niemal siłą. 



Po kilku godzinach dotarliśmy do podnóża wulkanu Ol Doinyo Lengai - droga zrobiła się zupełnie trudna, bo trasa prowadziła przez liczne rowy, pozostałości po rzekach, którymi spływał popiół oraz lawa podczas ostatniego wybuchu w 2008 roku. Zwolniliśmy do 20 km/h. Przyznam, że po sześciu godzinach spędzonych w samochodzie miałam już serdecznie dosyć tej podróży, chciałam powiedzieć stop i wysiąść. Objechanie wulkanu zajęło nam kolejną godzinę, a przy tym tempie wydawało się, że całą wieczność. W końcu dotarliśmy do obozu, gdzie mieliśmy nocować. 

Ol Doinyo Lengai 



W porze deszczowej to miejsce porasta zielona trawa, a Masajowie wypasają w nim bydło

Tego popołudnia czekała nas jeszcze jedna atrakcja - wycieczka do wodospadu, którą po tak długiej podróży przyjęłyśmy z nieukrywaną radością. Nasz miejscowy przewodnik ocenił nasze stroje (długie spodnie) i obuwie (ja na szczęście miałam na nogach sandały, ale dziewczyny - adidasy i trapery) dosyć sceptycznie mówiąc, że możemy się trochę zmoczyć. Nie było czasu na przebranie, więc niezrażone stwierdziłyśmy, że trochę wody nikomu nie zaszkodzi. Wycieczka prowadziła po miejscami dosyć stromym zboczu nad potokiem. Niekiedy ścieżka urywała się i schodziliśmy do wody, zanurzając się w niej po pas. Nad sobą widziałyśmy kilkudziesięciometrowe skały, gdzie pasły się kozy pilnowane przez przyjaźnie machające do nas dzieci. Droga do wodospadu zajęła nam prawie godzinę, a na końcu czekała nas... kąpiel. Weszłyśmy po kolei do wody, trzymając się za ręce z przewodnikiem, kamienie były śliskie, a woda dosyć rwąca, a co dopiero pod samym strumieniem wodospadu. Wyszłyśmy stamtąd tak przemoczone, że mogłyśmy wyżymać ubrania. Na szczęście nadal było dosyć ciepło, więc zdążyłyśmy wyschnąć (może tylko poza obuwiem) zanim dotarłyśmy do obozu.





Gdzie jest Wally

Róża pustyni




Mistrz drugiego planu






Przynajmniej się uprało


Obóz, w którym się zatrzymałyśmy był całkiem przyjemny i schludny, poza nami gościli tam głównie Niemcy, kilkoro emerytów, młoda para, małżeństwo z dziećmi oraz dwoje wspinaczy. Gdzieś w pobliżu znajdowała się masajska wioska, której mieszkańcy, głównie małe dzieci, obstąpili nas tuż po przyjeździe. Każde z nich oferowało nam ręcznie robione koralikowe bransoletki, nie przyjmowały odmowy i ustąpiły dopiero po wytłumaczeniu naszego przewodnika. Tak było prawie wszędzie, gdzie się zatrzymywaliśmy - poza wypasem bydła, wyrób i sprzedaż ozdób zdaje się być jedynym zajęciem przynoszącym zysk na tych stepowych terenach. Po przyjeździe do jakiejkolwiek atrakcji nie wiadomo skąd pojawiały się przedsiębiorcze Masajki obwieszone koralikowymi ozdobami. Na początku z trudem im odmawiałam, ale trzeba było się pogodzić z tym, że nie da się wspomóc każdego, no chyba, że ma się portfel cały wypchany dolarami. 

Wieczorem czekała nas chwila odpoczynku. Joseph serwował nam zupę i chipsy, czyli frytki (chyba nigdy w życiu poza moim pobytem w Tanzanii nie jadłam tak często frytek!). W części jadalnej obozu, czyli lekko osłoniętym, prowizorycznym zadaszeniu ze stołami siedziało kilka osób. Po nawiązaliśmy rozmowę z parą wspinaczy. Nasi towarzysze - młoda kobieta i mężczyzna około 50-tki weszli już na Mount Meru, a tej samej nocy zamierzali się wspiąć na Ol Doinyo Lengai - zdobywanie tej góry zaczyna się zazwyczaj przed świtem, żeby zdąrzyć zrobić to w jeden dzień. Mam dziwne szczęście do nietypowych spotkań - rozmowa była bardzo przyjemna, padły jak zwykle grzecznościowe pytania o to, skąd kto jest. Ludzie zawsze żywo reagują na wzmianki o Francji, czy Anglii, a Polskę kojarzą raczej tylko z papieżem i szybko przechodzą do zachwytów nad wspaniałościami Paryża i Londynu. Nasz towarzysz natomiast nagle ożywił się słysząc, skąd jestem. Pochodził z RPA, ale od ponad dwudziestu lat mieszkał w Niemczech. Okazało się, że jako młody chłopak podróżował z plecakiem po Polsce i kiedy usłyszał nazwę Puławy, to z rozrzewnieniem zaczął wspominać jak go tam serdecznie przyjęto. Mówił o Kazimierzu, Górze Trzech Krzyży, prawie tak jakby miał je w tamtym momencie przed oczami. Na chwilę zamilkł, po czym podał mi nazwiska swoich gospodarzy sprzed dwudziestu lat. Ja nie jestem w stanie sobie przypomnieć imiona moich koleżanek z liceum... Rzadko mi się też zdarza, żeby ludzie z Polski kojarzyli, że istnieje taka mieścina jak Puławy. Było coś niesamowitego w tym momencie - widziałam jaką radość sprawiło mu to wspomnienie. Jeszcze niedawno zdobywał szczyt mierzący ponad 4,5 tysiące metrów, a teraz z zapałem opowiadał o 90-metrowym wzgórzu jakby oczami wyobraźni widział rozciągający się z niego widok.