Trzeci dzień safari zarezerwowałyśmy na Serengeti. Nasz przewodnik mówił, że najlepiej w samym parku spędzić kilka dni, wtedy dopiero można go naprawdę poznać i nacieszyć się jego przebogatą przyrodą. My niestety nie mogłyśmy sobie na to pozwolić, głównie ze względów finansowych. Pozostał nam do wykorzystania cały ranek i przedpołudnie. Czekała nas zatem znowu wczesna pobudka. Podobno najlepiej jest zaczynać safari wcześnie rano, bo kiedy tylko zrobi się zbyt gorąco, to zwierzęta kryją się w wysokiej trawie i nie widać ich z drogi. Rano jest też szansa, żeby zobaczyć polowanie drapieżników, które robią to właśnie głównie wtedy lub wieczorem.
Kiedy wyjechaliśmy było jeszcze całkiem zimno, ubrana byłam na cebulkę - miałam na sobie chyba cztery warstwy odzieży, a w dodatku wokół nóg zawinęłam sobie moją masajską shukę. Dla ułatwienia obserwacji podniesiono w samochodzie dach, przez który wlatywał zimny wiatr, co jeszcze bardziej potęgowało uczucie chłodu. Co chwilę w zasięgu naszego wzroku pojawiały się zwierzęta, więc przystawaliśmy, żeby przyjrzeć im się z bliska i zrobić zdjęcie. Nasz przewodnik może i nie był zbyt rozmowny, ale naprawdę się starał, żebyśmy mogły zobaczyć nie tylko zebry i gazele, których na sawannie jest bez liku, ale też lwy, gepardy, a nawet słonie.
Nie dało się nie zauważyć, że na safari panuje zasada, że kierowcy sobie pomagają, co chwilę przystają na drodze wymieniając informacje o miejscach, gdzie można zobaczyć coś ciekawego, albo nawołują się przez CB Radio. Jest to bardzo pomocne, bo park Serengeti jest duży, a czasu (jak w naszym przypadku) bywa mało. Justin, nasz przewodnik mówił, że kierowcy mają swój własny slang po to, żeby klienci nie wiedzieli o jakich zwierzętach rozmawiają. Tłumaczył nam, że nie raz się zdarzało, że klienci skarżyli się na nich twierdząc, że nie znają się na swojej pracy, bo muszą wypytywać innych o drogę. W ich mniemaniu Serengeti to takie wielkie zoo, gdzie zwierzęta siedzą zawsze w jednym miejscu i czekają tylko na jakichś turystów, którzy chcą im pstryknąć fotkę.
Tego dnia widziałyśmy prawie całą wielką piątkę: lwa, słonia i lamparta. Już na samym początku Justin jakimś cudem znalazł stado lwic, które właśnie na śniadanie pożerały dopiero co uplowaną antylopę. Po chwili w naszym polu widzenia pojawił się też samiec, krocząc majestatycznie w wysokiej trawie, by w końcu się w niej położyć, nic sobie nie robiąc z otaczających go samochodów. To też jest pewien fenomen safari: kilka, niekiedy nawet kilkanaście samochodów zbiera się wokół zwierząt, a one zupełnie nie zwracają na nie uwagi. Przyznam, że to doświadczenie sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać nad tym, co jest gorsze - obserwowanie zwierząt zamkniętych w zoo, czy jazda samochodami spalinowymi po terenie parku narodowego i zakłócanie ich dzikiego życia.
Mieliśmy mało czasu, więc mknęliśmy z jednego miejsca na drugie, przystając tylko na chwilę. Widzieliśmy antylopy, gdzieś w trawie mignął dik-dik, a przy drodze spała hiena. Poza tym mnóstwo zebr, które niekiedy płoszyły się lub przystawały jedna w jedną, druga w drugą stronę zapewniając sobie szerokie pole widzenia. Zupełnie jak nasze samochody terenowe, kiedy kierowcy zatrzymywali się, żeby wymienić informacje. Tak zjeździliśmy dobrych kilka godzin i dopiero pod koniec udało nam się wypatrzeć samotną samicę geparda, która nawoływała swoje małe. Niestety była na tyle daleko, że tylko lornetka pomagała, a i tak w minimalnym stopniu. Już straciłyśmy nadzieję, kiedy okazało się, że zupełnie niedaleko przy samej drodze siedziało zaginione gepardzie maleństwo, drugie spało w wysokiej trawie. Zwierzęta były bardzo blisko i zupełnie nie zwracały uwagi na długi łańcuch samochodów, który ustawił się przed nimi wzdłuż drogi, ani też na cichą walkę między kierowcami, którzy wszelkimi siłami starali się przejechać choćby o centymetr do przodu, żeby zadowolić swoich klientów.
Podobnie z oddali obserwowaliśmy później lamparta, który na drzewie konsumował antylopę. Niestety nawet patrząc przez lornetkę z tej odległości mogłyśmy tylko ufać narracji doświadczonego Justina, który nawet gołym okiem potrafił coś tam dojrzeć (a może po prostu wymyślał to na poczekaniu).
Popołudniu czekał nas jeszcze przejazd do bramy Naabi Hill, która rozgranicza Serengeti od parku Ngorongoro. Jazda z obozu zajęła nam znowu co najmniej dwie godziny. Jechaliśmy przez Wielką Równinę - niekończący się trawiasty step, gdzie tylko od czasu do czasu napotykaliśmy mniejsze zwierzęta jak np. gazele.
W Serengeti obowiązuje zakaz zjeżdżania z drogi, ale w Ngorongoro nasz przewodnik postanowił pokazać nam jak wygląda off road. Przez jakieś pół godziny jechaliśmy przez dzikie tereny porosłe jedynie krzewami i rzadkimi drzewami. Justin nie spuszczał oczu z góry przed nami - to ona wyznaczała kierunek jazdy i w razie czego mogła pomóc w znalezieniu drogi.
Teren parku Serengeti został w latach 60. przeznaczony wyłącznie pod ochronę przyrody. Wtedy też wysiedlono stamtąd Masajów, choć nie uprawiają oni ziemi ani nie polują na dziką zwierzynę, z którą potrafili współżyć przez setki lat (w przeciwieństwie do białych kolonizatorów). Na szczęście pozwolono im mieszkać na obszarze parku Ngorongoro. Po drodze mijaliśmy głównie ubranych w shuki mężczyzn, którzy pędzili przed sobą stada bydła. Droga robiła się coraz bardziej górzysta, a im wyżej jechaliśmy tym więcej pojawiało się zielonych drzew. Mijaliśmy masajskie wioski, by w końcu dotrzeć do Endulen, gdzie przyszło nam spędzić ostatnią noc naszego safari.


























