środa, 7 czerwca 2017

Safari dla opornych - dzień pierwszy

Jeszcze jakiś czas temu nawet przez myśl by mi nie przeszło, że kiedykolwiek wybiorę się na safari. Egzotyczne zwierzęta oglądałam tylko w zoo lub na filmach dokumentalnych i był to dla mnie - zwierzęcia miejskiego - wystarczający kontakt z dziką naturą. Jednak Afryka to, poza interesującą kulturą, głównie natura, a Tanzania może się pochlubić aż 16 parkami narodowymi i wieloma rezerwatami, które chronią bardzo zróżnicowane formy przyrody. Safari jest więc obowiązkowym punktem w zwiedzaniu tego kraju.

Moja przyjaciółka Aurelia zorganizowała dla nas całą wyprawę, wymyśliła trasę i negocjowała cenę. Dzięki temu, że skorzystałyśmy z usług poleconej przez znajomego firmy Mspirits za tę wspaniałą czterodniową wyprawę zapłaciłyśmy tylko 700 dolarów - "tylko", bo ceny safari są z reguły wyższe, a my pokryłyśmy jedynie koszty noclegów, biletów wstępu oraz wjazdu auta do parków. Zanim jednak wybrałyśmy się na prawdziwe safari czekało nas jeszcze nie lada wyzwanie, czyli "bankowe safari" - podróżując do Tanzanii sama, nie chciałam wozić ze sobą tysiąca dolarów, a Aurelia zapewniała mnie, że nawet w Usie River mogę skorzystać z bankomatu. Można więc sobie tylko wyobrazić nasze zaskoczenie, kiedy dwa lokalne banki nie przyjęły mojej karty, a w trzecim - pomimo uzbrojonego w karabin wartownika - w ogóle nie było pieniędzy (częsta sytuacja w tanzańskich bankomatach). Razem z miejscowym znajomym Regulim wybraliśmy się więc na objazd po bankomatach w Arushy i po wizycie w zaledwie 6 z nich miałyśmy kieszenie wypchane jak po obrabowaniu banku. 



Następnego dnia przyjechał po nas Justin, nasz przewodnik-kierowca, oraz Joseph, kucharz - na safari jeździ się zazwyczaj w towarzystwie kierowcy, kucharza, a niekiedy nawet wypatrywacza zwierząt. Zapakowali nasze rzeczy do terenowego auta i ruszyliśmy w długą podróż. Naszym pierwszym celem było jezioro Natron, oddalone od Usy o jakieś 7 godzin jazdy, najpierw po asfaltowej szosie, a później po zakurzonej i wyboistej drodze. 

Po wyjechaniu z Arushy mijaliśmy głównie pustynne tereny i nieliczne ludzkie osiedla, niekiedy masajskie wioski albo samych Masajów wędrujących ze stadami krów. Krajobraz był raczej monotonny - płaski teren, gdzie dominowała wysuszona ziemia, gdzieniegdzie popękana wskutek erozji, tworzyła głębokie doliny. Roślinność występowała sporadycznie - na początku sizal, z którego uprawy słynęła niegdyś Tanzania. Wyrabiano z niego worki i liny, ale z czasem zastąpiły go wszechobecne tworzywa sztuczne i w ten sposób upadła jedna z nielicznych gałęzi tanzańskiego przemysłu. Miejscami pojawiały się pola kukurydzy, przy drodze stały na nich tabliczki z nazwami odmian - znak obecności wielkich firm, jak Monsanto, które w ten sposób się tam reklamują. Z czasem, kiedy coraz bardziej oddalaliśmy się od ludzkich osiedli i źródeł wody, rośliny uprawne ustępowały pojedynczym drzewom - akacjom i baobabom. Przy drodze zatrzymywali się Masajowie i wyciągali ręce prosząc o wodę. Uśmiechnięte dzieci machały do nas i witały słowem "hello". Słońce prażyło już niemiłosiernie, powoli zaczęłam rozumieć jak się czuli Staś i Nel z "W pustyni i w puszczy". Gdzieś w połowie drogi zatrzymaliśmy się na obiad. Rozłożyliśmy się w otoczeniu akacji, nad wielką doliną, która w porze deszczowej zamienia się w rzekę. Wokoło nas była tylko sawanna.

Sizal

Masaj ze swoim stadem

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Sawanna, w oddali masajska boma


Dolina, która w porze deszczowej wypełnia się wodą



Przerwa na obiad - podano do stołu



Po kolejnej godzinie jazdy mijaliśmy masajską wioskę, bomę. Tradycyjne masajskie domy zbudowano w niej z trzciny, patyków oraz krowiego łajna i moczu. Niektóre wyposażono w panele słoneczne, najczęściej używane do ładowania telefonów komórkowych. Na pierwszy rzut oka wydaje się to absurdalne, ale telefon w Afryce zrobił w ostatnim czasie prawdziwą rewolucję. Jest głównym źródłem informacji, a niekiedy może uratować życie na tych bezludnych terenach. Kiedy wyjechaliśmy z wioski nie dało się nie zauważyć wielkiego wysypiska przeróżnych śmieci, głównie plastikowych butelek i worków, które roztaczało się za wioską. Robiło to przygnębiające wrażenie - piękne, niczym nieskażone tereny otoczone przez wspaniałe góry, a w środku tego wysypisko śmieci. 

W drodze na safari czekały na nas bramy, gdzie pobiera się opłatę za wjazd na terytorium rezerwatu lub parku. Minęliśmy kilka, jedna okazała się zaskoczeniem nawet dla naszego kierowcy. W szczerym polu stał drewniany szlaban-samoróbka. Przy drodze budka strażnika, ubranego w maskujące kolory i wymachującego zeszytem, gdzie najprawdopodobniej zapisywał informacje o wjeżdżających pojazdach. Wyglądało to jak jakiś żart i nasz kierowca początkowo próbował negocjować, ale na koniec i tak musieliśmy zapłacić. Przy kolejnej bramie podeszła do nas grupa Masajek i próbowała nam sprzedać koralikowe bransoletki i tradycyjne pojemniki na wodę. Nie pomagała odmowa, a w niechcący wyciągniętej dłoni natychmiast lądowały błyskotki, które trzeba było oddawać niemal siłą. 



Po kilku godzinach dotarliśmy do podnóża wulkanu Ol Doinyo Lengai - droga zrobiła się zupełnie trudna, bo trasa prowadziła przez liczne rowy, pozostałości po rzekach, którymi spływał popiół oraz lawa podczas ostatniego wybuchu w 2008 roku. Zwolniliśmy do 20 km/h. Przyznam, że po sześciu godzinach spędzonych w samochodzie miałam już serdecznie dosyć tej podróży, chciałam powiedzieć stop i wysiąść. Objechanie wulkanu zajęło nam kolejną godzinę, a przy tym tempie wydawało się, że całą wieczność. W końcu dotarliśmy do obozu, gdzie mieliśmy nocować. 

Ol Doinyo Lengai 



W porze deszczowej to miejsce porasta zielona trawa, a Masajowie wypasają w nim bydło

Tego popołudnia czekała nas jeszcze jedna atrakcja - wycieczka do wodospadu, którą po tak długiej podróży przyjęłyśmy z nieukrywaną radością. Nasz miejscowy przewodnik ocenił nasze stroje (długie spodnie) i obuwie (ja na szczęście miałam na nogach sandały, ale dziewczyny - adidasy i trapery) dosyć sceptycznie mówiąc, że możemy się trochę zmoczyć. Nie było czasu na przebranie, więc niezrażone stwierdziłyśmy, że trochę wody nikomu nie zaszkodzi. Wycieczka prowadziła po miejscami dosyć stromym zboczu nad potokiem. Niekiedy ścieżka urywała się i schodziliśmy do wody, zanurzając się w niej po pas. Nad sobą widziałyśmy kilkudziesięciometrowe skały, gdzie pasły się kozy pilnowane przez przyjaźnie machające do nas dzieci. Droga do wodospadu zajęła nam prawie godzinę, a na końcu czekała nas... kąpiel. Weszłyśmy po kolei do wody, trzymając się za ręce z przewodnikiem, kamienie były śliskie, a woda dosyć rwąca, a co dopiero pod samym strumieniem wodospadu. Wyszłyśmy stamtąd tak przemoczone, że mogłyśmy wyżymać ubrania. Na szczęście nadal było dosyć ciepło, więc zdążyłyśmy wyschnąć (może tylko poza obuwiem) zanim dotarłyśmy do obozu.





Gdzie jest Wally

Róża pustyni




Mistrz drugiego planu






Przynajmniej się uprało


Obóz, w którym się zatrzymałyśmy był całkiem przyjemny i schludny, poza nami gościli tam głównie Niemcy, kilkoro emerytów, młoda para, małżeństwo z dziećmi oraz dwoje wspinaczy. Gdzieś w pobliżu znajdowała się masajska wioska, której mieszkańcy, głównie małe dzieci, obstąpili nas tuż po przyjeździe. Każde z nich oferowało nam ręcznie robione koralikowe bransoletki, nie przyjmowały odmowy i ustąpiły dopiero po wytłumaczeniu naszego przewodnika. Tak było prawie wszędzie, gdzie się zatrzymywaliśmy - poza wypasem bydła, wyrób i sprzedaż ozdób zdaje się być jedynym zajęciem przynoszącym zysk na tych stepowych terenach. Po przyjeździe do jakiejkolwiek atrakcji nie wiadomo skąd pojawiały się przedsiębiorcze Masajki obwieszone koralikowymi ozdobami. Na początku z trudem im odmawiałam, ale trzeba było się pogodzić z tym, że nie da się wspomóc każdego, no chyba, że ma się portfel cały wypchany dolarami. 

Wieczorem czekała nas chwila odpoczynku. Joseph serwował nam zupę i chipsy, czyli frytki (chyba nigdy w życiu poza moim pobytem w Tanzanii nie jadłam tak często frytek!). W części jadalnej obozu, czyli lekko osłoniętym, prowizorycznym zadaszeniu ze stołami siedziało kilka osób. Po nawiązaliśmy rozmowę z parą wspinaczy. Nasi towarzysze - młoda kobieta i mężczyzna około 50-tki weszli już na Mount Meru, a tej samej nocy zamierzali się wspiąć na Ol Doinyo Lengai - zdobywanie tej góry zaczyna się zazwyczaj przed świtem, żeby zdąrzyć zrobić to w jeden dzień. Mam dziwne szczęście do nietypowych spotkań - rozmowa była bardzo przyjemna, padły jak zwykle grzecznościowe pytania o to, skąd kto jest. Ludzie zawsze żywo reagują na wzmianki o Francji, czy Anglii, a Polskę kojarzą raczej tylko z papieżem i szybko przechodzą do zachwytów nad wspaniałościami Paryża i Londynu. Nasz towarzysz natomiast nagle ożywił się słysząc, skąd jestem. Pochodził z RPA, ale od ponad dwudziestu lat mieszkał w Niemczech. Okazało się, że jako młody chłopak podróżował z plecakiem po Polsce i kiedy usłyszał nazwę Puławy, to z rozrzewnieniem zaczął wspominać jak go tam serdecznie przyjęto. Mówił o Kazimierzu, Górze Trzech Krzyży, prawie tak jakby miał je w tamtym momencie przed oczami. Na chwilę zamilkł, po czym podał mi nazwiska swoich gospodarzy sprzed dwudziestu lat. Ja nie jestem w stanie sobie przypomnieć imiona moich koleżanek z liceum... Rzadko mi się też zdarza, żeby ludzie z Polski kojarzyli, że istnieje taka mieścina jak Puławy. Było coś niesamowitego w tym momencie - widziałam jaką radość sprawiło mu to wspomnienie. Jeszcze niedawno zdobywał szczyt mierzący ponad 4,5 tysiące metrów, a teraz z zapałem opowiadał o 90-metrowym wzgórzu jakby oczami wyobraźni widział rozciągający się z niego widok. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz