środa, 7 czerwca 2017

Safari: Natron

Drugiego dnia safari wstałyśmy wcześnie rano, by jeszcze przed 6. pojechać nad jezioro Natron. Było jeszcze ciemno, kiedy wyruszaliśmy z obozu, droga zajęła nam jakieś pół godziny. Po wyjściu z samochodu uderzył nas bardzo specyficzny i silny zapach - jezioro Natron jest słone, a na odsłoniętym przez suszę terenie, po którym szliśmy, występuje minerał natron, od którego wzięła się nazwa jeziora. Byłyśmy nieco rozczarowane - przygotowałyśmy się na widok czerwonej wody, trochę jak z filmów science fiction, którą widziałyśmy na zdjęciach w internecie. Okazało się, że ta kosmiczna sceneria występuje po drugiej stronie jeziora, do której droga zajmuje kilka godzin. My za to miałyśmy okazję zobaczyć flamingi, których lęgowiska znajdują się właśnie w tamtym miejscu. Stały przy brzegu dosyć leniwie, odsuwając się w miarę jak się zbliżaliśmy. Słońce powoli wstawało wychylając się zza szczytów pobliskich gór. Kiedy wjechaliśmy na wzniesienie, roztoczył się przed nami wspaniały widok na jezioro z jednej strony i wulkan Ol Doinyo Lengai z drugiej. Na dole widać było swobodnie hasające zebry oraz żyrafy pogryzające liście drzew. Już z samego rana na tym odludziu przyciągającym turystów pojawiły się Masajki obwieszone koralikami na sprzedaż. 







 


























Czas nas naglił, bo znowu czekała nas długa jazda samochodem, tym razem do Parku Serengeti, gdzie mieliśmy spędzić wieczór oraz połowę następnego dnia. Krajobraz za oknem był dosyć monotonny, ale jednocześnie dla mnie tak unikatowy i niezwykły, że nie mogłam się napatrzeć. Znowu sawanna, krzewy, trawy... Gdzieś w połowie drogi zajechaliśmy na obiad do małego miasteczka, które ni stąd ni zowąd wyrosło na naszej drodze niczym oaza w środku pustyni. W restauracji przypominającej hangar było niewielu klientów, a prosto z dworu wchodziło się do hotelowych pokoi, z których każdy nosił zapowiadającą luksusy i egzotykę nazwę: New York, Paris, London. Znudzona obsługa siedziała wpatrzona w telewizor, na którym migała relacja z zawodów w sportach zimowych. Joseph przygotowywał dla nas prowiant na każdy dzień safari - w końcu na tych rozległych terenach tylko gdzieniegdzie można było natrafić na wioskę, nie mówiąc już o sklepie, czy knajpie. Dlatego właśnie obecność kucharza na każdym safari, choć pewnie na początku  brzmi jak przejaw przepychu, to jednak jest niezbędne. Do naszego prowiantu zamówiliśmy też ugali - tradycyjne danie z mąki kukurydzianej oraz grillowane mięso kozy, które chwilę wcześniej wisiało w oknie u rzeźnika, jak wszędzie w Tanzanii, gdzie lodówka oraz prąd jest dobrem luksusowym (tylko 15% Tanzańczyków ma dostęp do elektryczności). Pracownicy Sanepidu dostaliby pewnie zawału od samego patrzenia na te warunki, choć jak mówi Aurelia, mięso jest poddawane takiej obróbce, że nie jest już szkodliwe. Ja natomiast cieszyłam się, że nie jem mięsa.


 


Do Parku Serengeti wjechaliśmy popołudniu, ale czekało nas jeszcze kilka godzin jazdy do naszego campingu. Całą drogę nasz kierowca i kucharz, który siedział na samym końcu z tyłu samochodu przekrzykiwali się prowadząc ze sobą rozmowę. Głowy nas rozbolały od takiego natężenia swahili. Kiedy zobaczyłam pierwsze zwierzęta, żyrafy spacerujące kilka metrów od auta, zaparło mi dech w piersiach. Śmieszne, że gdzieś z tyłu głowy usłyszałam głos Krystyny Czubówny relacjonujący wszystko na żywo. Na chwilę zatrzymaliśmy się też przy jeziorku-basenie, w którym pływały dziesiątki hipopotamów. Było gorąco i zwierzęta leżały leniwie, na zmianę opryskując się wodą. Po drodze złapaliśmy gumę i chłopcy musieli zmienić oponę. Wszystko poszło bardzo sprawnie i po dziesięciu minutach znowu ruszyliśmy w drogę. Justin nie zatrzymywał się przy każdym zwierzęciu, bo czas nas naglił, musieliśmy zdążyć do obozu przed zapadnięciem zmroku - zw względów bezpieczeństwa jazda po parku w nocy jest zabroniona.












W obozie panował pewien rozgardiasz, było też o wiele więcej ludzi niż na cichym campingu nad jeziorem Natron. Nie mieliśmy już dużego wyboru co do miejsc na rozbicie namiotu i pozostał nam tylko skrawek w samym rogu, więc miny nam trochę zrzedły na samą myśl, że teren był nieogrodzony i mogłyśmy się stać pierwszymi ofiarami krwiożerczych lwów. Pełne obłożenie campingu dało się nam też we znaki podczas kolacji - zanim nasz kucharz doczekał się swojej kolejki w kuchni, zdążył już zapaść zmrok i tak jak pozostali zjedliśmy przy świetle latarek, niektórzy z czołówkami na głowach. Menu na safari jest proste i mało różnorodne - na stołach królują frytki, ryż, nudle i zupa, ale dzięki temu nie trzeba przynajmniej się żywić samym suchym prowiantem. W trakcie kolacji Justin radził nam czego nie robić, żeby spokojnie przetrwać noc na otwartym campingu. Nasze pęcherze w jednej chwili przybrały niebotyczne rozmiary, gotowe pomieścić hektolitry wody, a my na wszelki wypadek powoli sączyłyśmy herbatę, byleby tylko nie musieć iść w nocy do toalety. Jeśli już musiałybyśmy wyjść, to należało się rozejrzeć, a po opuszczeniu namiotu szczelnie go zamknąć, żeby nie weszły do niego przypadkiem guźce. Poza tym w namiocie nie można przechowywać żadnego jedzenia, bo to mogłoby zwabić te zwierzęta. Noc, choć bardzo zimna (amplituda temperatur w Serengeti może być dosyć duża), na szczęście okazała się bezpieczna. Spałam jak dziecko, pewnie dlatego, że wyżebrałam u dziewczyn miejsce w środku, więc zasypiałam z nadzieją, że lew zadowoli się Aurelią lub Virginie, a mnie pozostawi w spokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz