sobota, 7 października 2017

Dama na damce

Nigdy nie mów nigdy - te słowa na pewno powinny stać się moim życiowym mottem. Ostatnie lata coraz częściej tego dowadzą. Kiedy zaczynałam ten blog w rubryce "o mnie" wpisałam, że jestem przeciwniczką rowerów, bo wymagają oderwania nóg od podłoża. To było w czasach, kiedy prowadziłam (zupełnie dosłownie) przyziemny tryb życia. Na rower wsiadałam tylko od wielkiego dzwonu i to wyłącznie na wsi, kiedy byłam u rodziców. Nie lubiłam tego uczucia, kiedy odrywa się stopy od ziemi i tylko dzięki prawom fizyki i nabytym umiejętnościom utrzymania się prosto, unosi się ponad ziemią. Późno nauczyłam się jeździć na rowerze (miałam chyba 8-9 lat) i zawsze towarzyszył mi ten irracjonalny lęk, że przecież zaraz się przewrócę na bok.

Jak zwykle życie zweryfikowało moje obawy i uprzedzenia - trzy lata temu wyjechałam do Danii, kraju znanego jako raj dla rowerzystów. Ponieważ szkoła, w której pracowałam była oddalona od mojego akademika o ponad 4 kilometry (podobnie zresztą jak centrum miasta), a ze względu na brak bezpośredniego połączenia dojazd autobusem z przesiadką zajmował nawet 50 minut, musiałam się przełamać i wsiąść na jednoślad. Jazda na rowerze w Danii to w porównaniu z Polską bułka z masłem - prawie wszędzie w miastach są ścieżki rowerowe i bezkolizyjne skrzyżowania, a kierowcy zwracają uwagę na rowerzystów. Nawet w zimie ścieżki są odśnieżane tak samo, jak jezdnie.

Moja piękna Giselle

Nic więc dziwnego, że kiedy wróciłam do Polski z zamiarem poruszania się po mieście rowerem, mój zapał został szybko ostudzony. Jeździłam tylko na krótkich odcinkach i bardzo rzadko poruszałam się poza ścieżkami rowerowymi. W tym roku jednak uparłam się i przejeździłam cały sezon letni i póki co, nie wstawiłam jeszcze roweru do garażu. W mojej pracy powstał program, dzięki któremu za każdy przejechany kilometr do i z pracy dostajemy 50 groszy, a 25 groszy firma przeznacza na cele charytatywne. To lato było wyjątkowo łaskawe, bo prawie w ogóle nie padało, a ja przejechałam ponad 900 kilometrów! Nie dość, że zaoszczędziłam na bilecie miesięcznym, to jeszcze zwróciły mi się koszty serwisowania roweru.

Dzięki jeździe na rowerze nauczyłam się sporo o mieście, w którym na co dzień mieszkam, bo w Krakowie trzeba bardzo kombinować - jak ominąć wysoki krawężnik, przejechać kilometr ścieżki czterokrotnie przerwanej przez chodnik nie rozjeżdżając przy tym żadnego pieszego, uniknąć wjeżdżania na Aleje i inne ulice, gdzie kierowcy pędzą 90 km/h, a przede wszystkim wyryć w pamięci mapę wądołów na niektórych ulicach, które wydają się mnożyć jak grzyby po deszczu, a mogą być wyjątkowo niebezpieczne.


Do pracy mam najkrótszą drogą przez Rynek 8,5 kilometra, ale kiedy turyści zbytnio dawali mi się we znaki jeździłam popołudniami nad Wisłą wydłużając drogę nawet do 11 kilometrów (tak, to prawda - nigdy dotychczas nie byłam tak aktywna fizycznie). Kilka razy złapał mnie deszcz, ale raczej ten z reklamy - ciepły i letni jak krem Nivea. Co prawda mam nieprzemakalne spodnie i płaszcz, ale przy 8,5 kilometra w jedną stronę jazda w strugach deszczu przestaje być zabawna. Gorące, letnie dni zaowocowały jednak innym zmartwieniem, które objawiło się googlowaniem: jak to robią Duńczycy, że nie pocą się jadąc na rowerze. Przecież są znani ze swojego niepowtarzalnego cyclechic, bardzo rzadko można w mieście zobaczyć kogoś obleczonego w obcisły spandex, więc wykluczone jest, aby przebierali się w pracy, czy szkole. Na podstawie znalezionych informacji typu "musisz znaleźć swoje własne tempo" wywnioskowałam, że po prostu nie zwracają na to większej uwagi (muszą jeździć na rowerach, a na rowerze człowiek się poci, co znaczy, że nie da się uniknąć pocenia) lub pomaga im wiecznie tam wiejący wiatr. W mojej pracy na szczęście jest prysznic, a w najgorętsze dni wstawałam skoro świt, żeby dojechać do pracy zanim zaczną się upały.


Pogoda sprzyjała, a przy drogach kwitły bzy i czeremchy, wydzielające zapachy niedostępne w autobusach (wszyscy wiemy za to jakie zapachy przeważają w autobusach). Choć lubię przebywać na dworze, na łonie natury, to dopiero w tym roku zupełnie inaczej odbierałam zmianę pór roku w mieście. Teraz z przykrością obserwuję chmurzące się niebo i spadek temperatury, ale na szczęście póki co smog się nie pojawił, a ja już się cieszę na jesień na rowerze!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz