poniedziałek, 16 października 2017

Tanzania: transport

Podobno turyści w Tanzanii ulegają największej liczbie wypadków na drogach i wcale się temu nie dziwię. Znajomi, z którymi jeździłam autem byli bardzo dobrymi kierowcami i dbali o nasze bezpieczeństwo, ale to co widziałam z siedzenia pasażera mroziło niekiedy krew w żyłach. Wyprzedanie na trzeciego, nawet całych kolumn samochodów i ciężarówek, na zakrętach, pod górę, z ograniczoną widocznością. Przy tym całkiem często można zobaczyć policjantów kontrolujących prędkość oraz stan techniczny pojazdów, choć do końca nie wiem w jaki sposób, skoro po szosach poruszają się czasem prawdziwe wraki. Przy drogach widziałam też sporo zepsutych ciężarówek oraz autobusów, których pasażerowie mieli nieoczekiwaną przerwę w podróży. Poza tym kierowcy ostrzegali się światłami przed policyjnymi kontrolami i przejeżdżając obok umundurowanych oficerów zwalnialiśmy nawet do 30km/h. Bardzo mnie to bawiło i pytałam wtedy Reguliego, czy nie boi się, że dostanie mandat za zbyt powolną jazdę. Raz nawet zostaliśmy zatrzymani i okazało się, że policjant chciał, żebyśmy wzięli czyjeś prawo jazdy i oddali je tak po prostu właścicielowi. 






Szosy, którymi się poruszaliśmy, były dosyć dobre, chociaż w niektórych miejscach, gdzie pojawiły się dziury w jezdni, zasypywano je dla ostrzeżenia czerwoną ziemią, ale wyglądały jakby w takim stanie pozostawały od dłuższego czasu. Asfaltowe jezdnie łączą ze sobą główne ośrodki miejskie, są też na głównych ulicach w miastach, ale w mniejszych miejscowościach jak Usa River poza główną szosą przebiegającą przez miasteczko ulice to wyłącznie zakurzone gruntowe drogi pełne wądołów, po których najłatwiej można się poruszać samochodami terenowymi. 



Na szosach widziałam sporo nowych aut terenowych, niewiele samochodowych średniaków i trochę starych, zdezelowanych aut. Dla osób niezmotoryzowanych, czyli większości społeczeństwa, pozostawały autobusy, a raczej mikrobusy Toyota, zwane daladala, które kursują na krótszych trasach. Dłuższe, jak np. pomiędzy Arushą a Dar es Salaam są obsługiwane przez pełnowymiarowe autobusy. W daladala siedzenia są bardzo wąskie, dzięki czemu mieści się tam do 20 osób, a nawet więcej. Kiedy siedziałam z brzegu, to zazwyczaj, mimo małej postury, tylko jednym pośladkiem. W europejskich warunkach weszłoby tam maksymalnie 10 osób, ale kierowcom tych diabelskich wehikułów zależy zawsze na jak największym zysku, więc mimo kompletu siedzących pasażerów oraz tych stojących zgiętych w pół, zatrzymują się jeszcze na kolejnych przystankach, żeby na siłę zabrać jeszcze kilku. Dosłownie na siłę, bo kiedy widzieli nas idące w górę drogi zatrzymywali się krzycząc do nas, niekiedy nawet łapiąc za rękę i próbując wciągnąć do autobusu. Naganiacze z daladala potrafią być nawet agresywni, szczególnie kiedy walczą o pasażerów. Obsługa autobusu składa się zazwyczaj z kierowcy oraz biletera-naganiacza, który wskakuje na stopień autobusu już po tym, kiedy auto ruszy. Stoi lub kuca przy drzwiach, wychylając się od czasu do czasu, żeby sprawdzić, czy gdzieś nie czeka potencjalny pasażer. Autobusy mają umowne przystanki, żadnych rozkładów jazdy. Ruszają zazwyczaj, kiedy mają komplet, jeśli nie, to zatrzymują się na każdym przystanku wydłużając w ten sposób czas jazdy. Między przystankami bileter podchodzi (choć trudno to nazwać chodzeniem na tak małej przestrzeni) do każdego pasażera i brzęczy mu przed nosem garścią monet, co jest sygnałem do zapłaty. Ceny biletów też są dosyć umowne i biały turysta może zostać łatwo naciągnięty. Kierowcom daladala zależy na jak największym dziennym utargu, więc jeżdżą jak szaleni, często przyprawiając niedoświadczonych pasażerów o zawał serca. Jeszcze zanim znajdzie się wolne miejsce siedzące/stojące kierowca naciska na pedał gazu, ledwo patrząc w lusterka, kiedy włącza się do ruchu drogowego. 





Poza autobusami po drogach poruszają się też nieoznakowane taksówki, które swoje miejsca postojowe mają na skrzyżowaniach, często przy głównej ulicy, tak samo jak Toyo - czyli motory-taksówki. Na początku zastanawiałam się, czy to może nie członkowie gangów motocyklowych, czekający w cieniu drzew, często z zasłoniętymi twarzami. Toyo mogą zawieźć klienta wszędzie, nawet tam gdzie trudno jest dojechać autem, choć jazda z nimi może być niebezpieczna, szczególnie jeśli są pijani. Przed skorzystaniem z ich usług warto więc zrobić oddechowy test alkoholowy. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz