Kiedy biegam po Pradze starając się przywołać wspomnienia studenckich lat z wielkim trudem zatrzymuję się w muzeach. Nie potrafię dać się tam zamknąć choćby na godzinę, bo przecież ta Praga jest tam, za oknem, a nie w czterech ścianach. Te kilka dni w mieście chłonę wszystkimi zmysłami, nawet skórą, a najlepiej jest mi na gwarnej ulicy, otoczonej ludźmi i ich językiem (czyli na pewno poza centrum), autami i tramwajami. Często zapominam, jak piękne potrafią być praskie muzea czy kawiarnie, gdzie warto siąść z książką i zatopić się w tym świecie, do którego już nigdy nie powrócę. Chyba zbyt długo walałam się po fotelach, tapczanach, sofach, a nawet wersalkach, z książką, zatopiona we własnym świecie, by teraz siedzieć w miejscu. Jednak kiedy już znajdę się w muzeum, to przechodzę w tryb "nerd" - jestem tym koszmarnym zwiedzającym, który potrafi przeczytać każdy opis, przyjrzeć się każdemu eksponatowi i zrobić przy tym 500 zdjęć, które z przyjemnością oglądam w domu. Wyjątkiem są nudne wystawy, które oglądam w 5 minut włącznie z zakupem biletu - na nudę nie warto marnować czasu!
Jednym z muzeów, w którym lubię spędzać czas jest Muzeum Sztuki Użytkowej, w skrócie nazywane U(p)m, które sąsiaduje z moim starym wydziałem, gdzie z marnym skutkiem zgłębiałam tajniki języka czeskiego. Właśnie w U(p)m przy okazji wystawy "Domki" przeniosłam się na chwilę do czasów dzieciństwa i przypomniałam sobie własny drewniany domek, mego towarzysza dziecięcych zabaw.
Na wystawę składało się kilkanaście angielskich domków dla lalek, pochodzących z ostatnich trzech stuleci, które służyły nie tylko zabawie, ale też nauce. Dzięki nim dzieci, szczególnie dziewczynki, mogły w bardzo przyjemny sposób poznawać tajniki zarządzenia domem. Co ciekawe domki cieszyły się popularnością w Holandii i Anglii, ale w tej pierwszej wyciągano je tylko w niedziele, a dzieci nie mogły ich dotykać, a jedynie oglądać.
Każdemu z eksponatów towarzyszyły karty z opisami, ale też historie "mieszkańców" domków, które w przystępny sposób tłumaczyły zwiedzającym (małym i dużym) jak wyglądało życie w tamtych czasach (można je odsłuchać w wersji angielskiej tutaj). Z dziecięcym zaciekawieniem przemierzałam wystawę i słuchałam historii zafrasowanych służących i surowych panów podejrzewających na każdym kroku tych pierwszych o spiskowanie i zdradę. Dziecięce głosiki opowiadały o swoich małych rozterkach i codziennych zabawach. Domki jednak przede wszystkim były prawdziwymi cudeńkami i doskonale odzwierciedlały domy z epoki. Często były też na tyle cenne, że przekazywano je z pokolenia na pokolenie, co niekiedy widać było po stanie w jakim się znajdowały. Jednak odklejające się tapety i zadrapania nie potrafiły skazić mi przyjemności przyglądania się tym prawdziwym majstersztykom architektury i wystroju wnętrz w wersji mini.
Domki nie zatrzymały się w miejscu, ale szły z duchem czasu, więc wiktoriańskie wąskie domy, zaczęły wkrótce ustępować bardziej nowoczesnym budynkom, podmiejskim rezydencjom, by zamienić się w końcu w ... bloki mieszkalne i nowoczesne domy ze szkła.
Choć eksponatów było zaledwie kilkanaście, to spędziłam na wystawie ponad dwie godziny zachwycając się każdym domkiem z osobna, zapalając światła w kolejnych pokojach i przyglądając się misternie wykonanym dekoracjom. Dzięki nim przez chwilę czułam się jak jedna z tych małych dziewczynek, które kiedyś bawiły się przesuwając figurki w małych drewnianych domkach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz