czwartek, 26 grudnia 2019

W królestwie skrzatów

Grudzień w Danii mija bardzo szybko, to właściwie cztery tygodnie adwentu, których kulminacją jest wigilijny wieczór. To również czas świątecznych przygotowań, do których należy też dekorowanie domu. Robi się to na różne sposoby - świątecznymi lampkami, wieńcami adwentowymi, ale również figurkami nisse, które można kupić w każdym sklepie w rozmaitych formach i rozmiarach - od kilkucentymetrowych do metrowych, które niekiedy same w sobie są dziełami sztuki. Co roku w domu mojej teściowej przybywa kilka nowych skrzatów, a moją ulubioną świąteczną zabawą jest szukanie ich w najróżniejszych zakamarkach domu i liczenie - w tym roku było ich aż 55!





Nisse, czyli duńskie skrzaty wywodzą się od domowych bóstw, które czczono jeszcze w czasach starożytnego Rzymu. Według skandynawskich wierzeń małe, brodate istoty mieszkały razem z domownikami i nocą, kiedy już wszyscy spali, pomagały w gospodarskich pracach w zamian za talerz owsianki. Jednak w przeciwieństwie do rzymskich bóstw potrafiły być również psotliwe i wredne, jeśli nie dostały swojej zapłaty - plątały krowom ogony, wylewały mleko, a niekiedy bywały agresywne. Niezadowolony skrzat mógł nawet opuścić swojego gospodarza, dla którego oznaczało to tragedię, bo razem ze sobą zabierał też szczęście domu. Jeśli jednak to rodzina opuszczała swe gospodarstwo i zmieniała miejsce zamieszkania nisse przeprowadzał się razem z nimi. Stąd popularne w Danii powiedzenie, że nisse zawsze za nami podąża (nisse flytter med), czyli że nasze demony - nierozwiązane problemy z przeszłości - ciągną się za nami jakkolwiek byśmy nie próbowali o nich zapomnieć. W czasach średniowiecznych uważano skrzaty-nisse za dzieło szatana, a obcowanie z nimi mogło skończyć się nawet spaleniem na stosie. Dopiero połowa 19. wieku wprowadziła skrzaty do świątecznych tradycji - od tej pory małe stwory w czerwonych czapkach są nierozłącznym elementem bożonarodzeniowych dekoracji. 

czwartek, 12 grudnia 2019

Kalendarz adwentowy - julekalender

Mija już drugi tydzień adwentu, a my odliczamy czas do Bożego Narodzenia. Niektórzy za pomocą wielkich pudełek pełnych małych okienek, za którymi kryją się jeszcze mniejsze czekoladki, inni zapalając codziennie świecę adwentową. Zwyczaj kalendarzy adwentowych praktykowany jest w zachodnim chrześcijaństwie od wieków, w Polsce stosunkowo od niedawna - mam wrażnie, że przyszedł wraz z kapitalizmem i zupełnie mnie ominął.




Święta w Danii, to kolejna okazja do kultywowania "hygge" - jest rodzinnie, przytulnie i miło, czyli po prostu hyggeligt. Ale liczy się też cały miesiąc przygotowań przed 25 grudnia. Właściwie to nawet dużo wcześniej, bo już na początku listopada odbywa się J-dag, czyli dzień świątecznego piwa (julebryg), kiedy to duńskie browary rozpoczynają oficjalną sprzedaż specjalnego piwa, mocniejszego i słodszego pilsnera przyprawionego cynamonem, goździkami i anyżem. 

Wtedy też zaczyna się powoli rozkręcać świąteczna gorączka, która eksploduje z nastaniem grudnia. Można już dekorować domy wewnątrz i zewnątrz, obwieszać je światłami, które pięknie rozjaśniają zimowy mrok, a w oknie stawiać świece adwentowe i zapalać je dzień po dniu. Duńczycy uwielbiają światło świec, które pomaga im przetrwać zimowy okres, kiedy słońce wschodzi dosyć późno, a znika wcześnie (o ile w ogóle wychodzi zza chmur). Stearynowe świece coraz częściej zastępowane są plastikowymi zdalnie sterowanymi za pomocą pilotów, które choć sztuczne nadal potrafią ocieplić atmosferę. Zamiast zapalać świece codziennie można też przygotować adwentowe wieńce, w których stawia się cztery świece odpowiadające czterem tygodniom adwentu. Ten zwyczaj przywędrował do Danii z Niemiec wraz z królową Alexandrine i rozpowszechnił się w latach 40.,  kiedy to każda duńska rodzina zapragnęła mieć wieniec adwentowy w domu. Był on nie tylko symbolem oczekiwania na narodziny Jezusa, ale też nadziei w mrocznych czasach 2. wojny światowej.

Codziennie wieczorem począwszy od pierwszego grudnia większość duńskich rodzin zasiada przed telewizorem i ogląda serialowy kalendarz adwentowy. Od kilkudziesięciu lat duńska telewizja publiczna i prywatna przygotowują naprzemiennie seriale o światecznej tematyce, które są chętnie oglądane zarówno przez dzieci, jak i dorosłych. W tym roku oglądamy na kanale TV2 przygody elfki Tinki, która bierze udział w królewskie grze o tron. 

Kalendarz adwentowy to też wspomniane wcześniej prezenty, często w postaci czekoladek, ale nie tylko. Duńskie dzieci dostają drobne podarunki każdego dnia adwentu lub nieco większe w każdą z czterech niedziel. Ponadto w wielu sklepach (marketach, księgarniach itp.) można zawiesić świąteczną skarpetę z imieniem dziecka, do której co tydzień wrzucane są prezenty, zazwyczaj słodycze lub kredki, czy ołówki. 

Poza komercyjnymi kalendarzami adwentowymi, czyli wszelkiego rodzaju konkursami, gdzie co dzień odpowiada się na jakieś pytania i ma możliwość wygrania nagrody jest jeszcze kultowa gra zdrapka, czyli kalendarz adwentowy dla dorosłych. Od 25 lat Duńczycy próbują swoich szans w grze losowej zdrapując codziennie numery, pod którymi kryją się świąteczne symbole - bombka, jemioła, renifer i najważniejsza - choinka. Jeśli zdrapie się bagatela 10 choinek, to można wygrać milion koron. W mojej pierwszej zdrapce jeszcze nic nie wygrałam, ale kto wie, może pozostałe 12 pól kryje w sobie 4 choinki...






poniedziałek, 9 grudnia 2019

Bułka z masłem, czyli rzecz o smørrebrød

Kilka słów o bułce z masłem, a właściwie to o chlebie, ale nie byle jakim, pierwszym lepszym pszennym, baltonowskim, ale o pożywny, żytnim, ciemnym i koniecznie z ziarnami. Większość Duńczyków nie wyobraża sobie życia bez żytniego chleba (rugebrød) i niekiedy nawet wybierając się w dłuższą podróż pakują go do walizki. Podobno wikingowie mieli go na pokładzie swoich łodzi ruszając na podbój wysp brytyjskich. Chleb żytni jest w Danii niemal świętością (jeśli cokolwiek w tym kraju jest świętością, może tylko z wyjątkiem królowej i Kima Larsena) oraz ważną częścią kanapek znanych pod nazwą smørrebrød, które otaczane są tu swoistym kultem. Większość Duńczyków jada obiad na zimno właśnie pod postacią kanapek z żytnim chlebem, od prostych kromek posmarowanych pasztetem, które łatwo chwycić jedną ręką (håndmad) aż po wysublimowane konstrukcje jak stjerneskud (spadająca gwiazda), które cieszą wszystkie zmysły, a których nie sposób zjeść inaczej niż za pomocą sztućców (tak, kanapki tutaj jada się nożem i widelcem!).





Smørrebrød to po prostu chleb z masłem, a jego początki sięgają połowy 19. wieku i okresu intensywnej industrializacji, kiedy pożywne kromki posmarowane masłem i zapakowane w papier towarzyszyły robotnikom każdego dnia pracy. Od tego czasu wiele się zmieniło i smørrebrød trafił na wszystkie duńskie stoły (zastanawiam się, czy jada go także królowa, a jeśli tak, to która wersja jest jej ulubioną), a nawet doczekał się własnych restauracji, a zrobienie go podniesiono do rangi sztuki. Można by powiedzieć - pokaż mi swoją kanapkę, a powiem ci kim jesteś. Sekret tkwi w niuansach - co innego można położyć na chlebie żytnim, a co innego na jasnym, pszennym (zwanym tu francuskim). O smørrebrød powstała już nawet literatura fachowa, a w Księdze Guinessa zapisano rekordowo długie menu (140cm) z listą 178 różnych składników dostępnych w najstarszej i najsłynniejszej restauracji oferującej tego rodzaju kanapki - Davidsen.







Obcokrajowiec, który po raz pierwszy w życiu przygotowuje smørrebrød może zupełnie bezwiednie stworzyć jego karykaturę, a przecież jest kilka zasad, które łatwo opanować. Mięso i wędliny pasują do ciemnego chleba, a owoce morza do jasnego. Ważne są też dodatki np. sky, czyli galareta z bulionu mięsnego dekorująca nocną przekąskę weterynarza (dyrlægens natmad - pasztet, wędlina, sky i cebula), oraz warzywa, np. krążki cebuli, marynowane ogórki i buraki. Całości dopełniają sosy - remulada i majonez. Pomidory natomiast stanowią osobny i bazowy składnik kanapki pomidorowej (tomatmad), podobnie jak ziemniaki na kartoffelmad (najlepiej młode, koniecznie rodzimej produkcji) pokrojone w plasterki, posypane solą i pieprzem, polane majonezem i zwieńczone szczypiorkiem.







Dziś smørrebrød  to nieodłączny element duńskiej kuchni, zarówno na co dzień, jak i od święta - można go zjeść na drugie śniadanie w szkole, ale też na proszonym  obiedzie u teściów. A kiedy już spróbuje się wszystkich wariacji na temat chleba z masłem, zawsze można skusić się na kuchnię fusion i smushi, czyli połączenie smørrebrød i sushi - miniaturowe kanapeczki w Royal Smushi Cafe.

wtorek, 3 grudnia 2019

Słodka Dania

Złocisty kolor i słodki smak miękkiego, chrupiącego ciasta nadzianego marmoladą i polanego lukrem, który na zawsze już będzie mi się kojarzył z długo wyczekiwanymi powrotami. Z dziecięcą radością rozwijałam klejący się od cukru i tłuszczu papier, który czekał na mnie za każdym razem, kiedy L. przylatywał ostatnim rejsowym samolotem na trasie Kopenhaga-Kraków. W torebce znajdowała się już lekko sfatygowana bułeczka, na którą zawsze czekałam z utęsknieniem, tylko troszkę mniejszym niż na samego L. Trudno zaprzeczyć, że wienerbrød, tradycyjne duńskie ciasto skradło moje serce i podniebienie i stało się moim ulubionym deserem. Jakież więc było moje rozczarowanie, kiedy w końcu ponownie stanęłam na duńskiej ziemi, zadowolona z faktu, że oto teraz będę się cieszyć zupełnie nieograniczonym dostępem do moich ulubionych wypieków, a okazało się, że już po pierwszym tygodniu mojego pobytu w Stenlille jedyna lokalna cukiernia została zamknięta z powodu plagi szczurów. Pal licho zalecenia sanepidu, ale co ja miałam zrobić w tej sytuacji przymusowego odwyku?


Moje rozterki zrozumie chyba każdy, kto choć raz posmakował słynnego duńskiego ciasta, czyli wienerbrød, na całym świecie znanego pod nazwą Danish. Kto podczas pobytu w Danii nie spróbował wienerbrød, ten jakby nigdy tu nie był - dobrze przygotowane ciasto duńskie z odpowiednimi dodatkami jest wręcz obowiązkową pozycją każdej wycieczki do tego kraju. Odradzałabym jednak zakup tuż po opuszczeniu pokładu samolotu - na lotnisku sprzedaje się je w sieciówce Lagkagehuset, gdzie za niebagatelną sumę około 15 zł dostaniemy skromną bułeczkę, zazwyczaj przeleżałą pod ladą i wyschniętą na wiór albo wprost przeciwnie - ociekającą starym masłem. Lepiej powstrzymać choć na chwilę swój apetyt i cieknące ślinianki, zapuścić się w głąb kraju i znaleźć prawdziwą piekarnię - w każdej z nich czeka nas duży wybór słodkich wypieków w najbardziej rozmaitych smakach i kształtach. 


Ciasto duńskie przypomina ciasto francuskie, a wyrabia się je tradycyjnie z mąki, mleka, drożdży, jajek i masła. Istnieje wiele różnych rodzajów wienerbrød w zależności od nadzienia i kształtu - okrągłe spandauer, cynamonowe ślimaki snegl, tarta dagmar zwieńczona czekoladą i lukrem, czy też posypane makiem tebirkes nadziane remonce, czyli cukrem i jeszcze większą ilością masła. Moim faworytem jest spandauer, z bliżej nieznanych powodów nazwany tak na cześć dzielnicy Berlina Spandau. Można go kupić w dwóch wersjach z marmoladą lub budyniowym kremem, chociaż w marketach dostępny jest w zasadzie tylko w tym drugim (moim zdaniem gorszym) wydaniu. 



Nietrudno się zatem domyślić co było niemalże pierwszą czynnością po mojej przeprowadzce do Korsør - degustacja wszystkich dostępnych bułeczek spandauer w okolicy. Lepiej od razu zapoznać się z cukierniczym asortymentem - życie jest stanowczo za krótkie, by jeść niedobre desery!


sobota, 2 listopada 2019

Na prowincji

Kocham życie w dużym mieście i zawsze marzyłam o tym, by mieszkać w stolicy. Odkąd opuściłam wieś i wyjechałam na studia mieszkałam w dużych miastach - najpierw w Lublinie (który akurat w tamtym czasie choć był prężnie działającym ośrodkiem studenckim, to również bardzo zapyziałym centrum wschodniej Polski), później w Pradze, a w końcu w Krakowie. Po drodze zdarzyło się jeszcze mniejsze Roskilde i Odense, które mogłabym określić chwilową degradacją, jednak to właśnie duże miasta przyciągały mnie najbardziej. Uwielbiam przebywać w centrum wydarzeń, wsłuchiwać się w pulsujące tętno ruchliwej ulicy i korzystać ze wszelkich dobrodziejstw, które w dużych ośrodkach miejskich są na wyciągnięcie ręki - muzea, teatry, opera, kina, restauracje serwujące dania z najodleglejszych stron świata. 
Tak było przez ostatnie piętnaście lat, kiedy prowadziłam życie nomada, przenosząc się z miejsca na miejsce niemalże co roku (kiedyś próbowałam policzyć mieszkania i pokoje, które wynajmowałam, ale po 15. straciłam rachubę...). Teraz rozpoczynam nowy etap w moim życiu, kiedy czeka mnie Stabilizacja - zakładam swój własny dom. Jednak to słowo na "s" nie wzbudza we mnie aż takiego przerażenia, jak to, że ten dom będzie na prowincji, w miasteczku które liczy zaledwie 14.647 mieszkańców (wkrótce 14.650, o ile żaden z dotychczasowych nie umrze w międzyczasie), ponad 100 km od stolicy, gdzie jest jedno kino (choć działające nieprzerwanie od 111 lat - najdłużej na świecie), kilka restauracji i dyskontów spożywczych (w tych ostatnich zapewne będę mogła zasmakować kuchni świata w dziale mrożonek).



W przerwach między pakowaniem pudeł oraz kupowaniem i składaniem nowych mebli staram się zatem przygotować na ten wielki krok. Każda nowa sytuacja wymaga od nas przystosowania i jest szansą na tak popularne ostatnio wyruszenie na wędrówkę w głąb własnego ja i ponowne odkrycie samego siebie. Kto zatem wie, kim będę za kilka miesięcy?

piątek, 1 listopada 2019

Z językami wszędzie jesteś w domu

Siedzimy razem w kuchni ze wzrokiem utkowionym każde w swoim talerzu. Jakoś na migi poradziliśmy sobie ze znalezieniem przygotowanej dla nas kolacji i odgrzaniem jej, ale co dalej? Dzień staje się coraz krótszy i za oknem jest już zupełnie ciemno, ale niestety ten wieczorny posiłek dłuży się i dla nas trwa całe wieki. "Twój kot jest ładny" - mówię starając się wymówić dokładnie każde słowo. "I grzeczny", dodaję po chwili. To wszystko, co potrafię powiedzieć po duńsku. K. przytakuje, po czym wydaje z siebie ciąg zupełnie niezrozumiałych dla mnie dźwięków. "To by było na tyle", myślę sobie nawet nie próbując ukryć, że nie zrozumiałam ani jednego słowa, w obawie, że kontynuowałby swój wywód. Na szczęście słychać już skrobanie łyżek po dnie talerzy, kolacja dobiegła końca. W akcie desperacji rzucam jeszcze "Grzejnik nie działa", co sprawia, że K. po posiłku idzie na górę z kluczem francuskim.
Tak było w 2011 roku, kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Danii, a wspomnienie tego przerażająco cichego październikowego wieczoru przez długi czas sprawiało, że jak ognia unikałam przebywania sam na sam z K., on zresztą podobnie. Bariera komunikacyjna była zbyt duża - on nie mówi po angielsku, a mój duński był dopiero w powijakach. Jeszcze długo potem zwyczajnie nie mogłam go zrozumieć - nie ułatwiał tego fakt, że K. mówiąc prawie nigdy nie otwiera ust (przez chwilę podejrzewałam go nawet o brzuchomówstwo). Inni w tym czasie nauczyli się mówić do mnie powoli i wyraźnie, dzięki czemu z czasem mogłam nawet uczestniczyć w ich rozmowach. Wszyscy dali jakoś radę, prócz niego.
Siedem lat później znów zostajemy sami w domu. Robimy razem kolację - ustalamy, co będziemy jeść i jakimś cudem udaje nam się nie spalić kuchni, a przy tym przygotować smaczny posiłek. Przy stole znów kot staje się tematem naszej rozmowy, ale ku naszemu obopólnemu zaskoczeniu na tym się nie kończy i siedzimy razem jeszcze długo przy pustych talerzach, dyskutując, a nawet żartując. 
W Danii każdy świetnie mówi po angielsku - to jeden z mitów, w który sama na początku uwierzyłam. Tak, oczywiście, nauczanie języka angielskiego jest tu na wysokim poziomie i zaczyna się bardzo wcześnie, a dzięki obcojęzycznym filmom bez dubbingu, czy lektora, tylko z napisami niemalże każdy ma do czynienia z angielskim na co dzień (nota bene w najpopularniejszych talk- i talent show celebryci używają nawet co 5 słowa po angielsku, co podsunęło mi pomysł, by zacząć ich naśladować i dzięki temu uniknąć niezręcznej ciszy i mozolnych prób wyjaśnienia nieznanych mi słów okrężną drogą).
K. ma ponad 70 lat i w szkole nie uczył się angielskiego, ale nie jest on jedynym przykładem na to, że znajomość tego języka nie wystarczy, by w Danii nawiązać z kimś bliższy kontakt. W czasie trwania mojej skandynawskiej przygody nie raz przekonałam się, że tylko znajomość lokalnego języka jest w stanie prznieść kontakty międzyludzkie na wyższy poziom i pozwala dotrzeć do najgłębszych zakamarków duszy drugiego człowieka. Wielu znanych mi Duńczyków poczuło się w moim towarzystwie swobodnie dopiero, kiedy przekonali się, że mogą swoje myśli wyrażać w swoim ojczystym języku. 
Nelson Mandela powiedział kiedyś, że jeśli rozmawiasz z kimś w języku, który ta osoba rozumie, to co mówisz przemawia do niego. Jeśli rozmawiasz z nim w jego ojczystym języku - trafia to wprost do jego serca. Wczorajszy wieczór być może nie zmienił nic w historii ludzkości, ale dla mnie był to przełomowy moment, kiedy już sama, a nie tylko dzięki opowieściom innych zaczęłam poznawać mojego teścia.