sobota, 2 listopada 2019

Na prowincji

Kocham życie w dużym mieście i zawsze marzyłam o tym, by mieszkać w stolicy. Odkąd opuściłam wieś i wyjechałam na studia mieszkałam w dużych miastach - najpierw w Lublinie (który akurat w tamtym czasie choć był prężnie działającym ośrodkiem studenckim, to również bardzo zapyziałym centrum wschodniej Polski), później w Pradze, a w końcu w Krakowie. Po drodze zdarzyło się jeszcze mniejsze Roskilde i Odense, które mogłabym określić chwilową degradacją, jednak to właśnie duże miasta przyciągały mnie najbardziej. Uwielbiam przebywać w centrum wydarzeń, wsłuchiwać się w pulsujące tętno ruchliwej ulicy i korzystać ze wszelkich dobrodziejstw, które w dużych ośrodkach miejskich są na wyciągnięcie ręki - muzea, teatry, opera, kina, restauracje serwujące dania z najodleglejszych stron świata. 
Tak było przez ostatnie piętnaście lat, kiedy prowadziłam życie nomada, przenosząc się z miejsca na miejsce niemalże co roku (kiedyś próbowałam policzyć mieszkania i pokoje, które wynajmowałam, ale po 15. straciłam rachubę...). Teraz rozpoczynam nowy etap w moim życiu, kiedy czeka mnie Stabilizacja - zakładam swój własny dom. Jednak to słowo na "s" nie wzbudza we mnie aż takiego przerażenia, jak to, że ten dom będzie na prowincji, w miasteczku które liczy zaledwie 14.647 mieszkańców (wkrótce 14.650, o ile żaden z dotychczasowych nie umrze w międzyczasie), ponad 100 km od stolicy, gdzie jest jedno kino (choć działające nieprzerwanie od 111 lat - najdłużej na świecie), kilka restauracji i dyskontów spożywczych (w tych ostatnich zapewne będę mogła zasmakować kuchni świata w dziale mrożonek).



W przerwach między pakowaniem pudeł oraz kupowaniem i składaniem nowych mebli staram się zatem przygotować na ten wielki krok. Każda nowa sytuacja wymaga od nas przystosowania i jest szansą na tak popularne ostatnio wyruszenie na wędrówkę w głąb własnego ja i ponowne odkrycie samego siebie. Kto zatem wie, kim będę za kilka miesięcy?

piątek, 1 listopada 2019

Z językami wszędzie jesteś w domu

Siedzimy razem w kuchni ze wzrokiem utkowionym każde w swoim talerzu. Jakoś na migi poradziliśmy sobie ze znalezieniem przygotowanej dla nas kolacji i odgrzaniem jej, ale co dalej? Dzień staje się coraz krótszy i za oknem jest już zupełnie ciemno, ale niestety ten wieczorny posiłek dłuży się i dla nas trwa całe wieki. "Twój kot jest ładny" - mówię starając się wymówić dokładnie każde słowo. "I grzeczny", dodaję po chwili. To wszystko, co potrafię powiedzieć po duńsku. K. przytakuje, po czym wydaje z siebie ciąg zupełnie niezrozumiałych dla mnie dźwięków. "To by było na tyle", myślę sobie nawet nie próbując ukryć, że nie zrozumiałam ani jednego słowa, w obawie, że kontynuowałby swój wywód. Na szczęście słychać już skrobanie łyżek po dnie talerzy, kolacja dobiegła końca. W akcie desperacji rzucam jeszcze "Grzejnik nie działa", co sprawia, że K. po posiłku idzie na górę z kluczem francuskim.
Tak było w 2011 roku, kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Danii, a wspomnienie tego przerażająco cichego październikowego wieczoru przez długi czas sprawiało, że jak ognia unikałam przebywania sam na sam z K., on zresztą podobnie. Bariera komunikacyjna była zbyt duża - on nie mówi po angielsku, a mój duński był dopiero w powijakach. Jeszcze długo potem zwyczajnie nie mogłam go zrozumieć - nie ułatwiał tego fakt, że K. mówiąc prawie nigdy nie otwiera ust (przez chwilę podejrzewałam go nawet o brzuchomówstwo). Inni w tym czasie nauczyli się mówić do mnie powoli i wyraźnie, dzięki czemu z czasem mogłam nawet uczestniczyć w ich rozmowach. Wszyscy dali jakoś radę, prócz niego.
Siedem lat później znów zostajemy sami w domu. Robimy razem kolację - ustalamy, co będziemy jeść i jakimś cudem udaje nam się nie spalić kuchni, a przy tym przygotować smaczny posiłek. Przy stole znów kot staje się tematem naszej rozmowy, ale ku naszemu obopólnemu zaskoczeniu na tym się nie kończy i siedzimy razem jeszcze długo przy pustych talerzach, dyskutując, a nawet żartując. 
W Danii każdy świetnie mówi po angielsku - to jeden z mitów, w który sama na początku uwierzyłam. Tak, oczywiście, nauczanie języka angielskiego jest tu na wysokim poziomie i zaczyna się bardzo wcześnie, a dzięki obcojęzycznym filmom bez dubbingu, czy lektora, tylko z napisami niemalże każdy ma do czynienia z angielskim na co dzień (nota bene w najpopularniejszych talk- i talent show celebryci używają nawet co 5 słowa po angielsku, co podsunęło mi pomysł, by zacząć ich naśladować i dzięki temu uniknąć niezręcznej ciszy i mozolnych prób wyjaśnienia nieznanych mi słów okrężną drogą).
K. ma ponad 70 lat i w szkole nie uczył się angielskiego, ale nie jest on jedynym przykładem na to, że znajomość tego języka nie wystarczy, by w Danii nawiązać z kimś bliższy kontakt. W czasie trwania mojej skandynawskiej przygody nie raz przekonałam się, że tylko znajomość lokalnego języka jest w stanie prznieść kontakty międzyludzkie na wyższy poziom i pozwala dotrzeć do najgłębszych zakamarków duszy drugiego człowieka. Wielu znanych mi Duńczyków poczuło się w moim towarzystwie swobodnie dopiero, kiedy przekonali się, że mogą swoje myśli wyrażać w swoim ojczystym języku. 
Nelson Mandela powiedział kiedyś, że jeśli rozmawiasz z kimś w języku, który ta osoba rozumie, to co mówisz przemawia do niego. Jeśli rozmawiasz z nim w jego ojczystym języku - trafia to wprost do jego serca. Wczorajszy wieczór być może nie zmienił nic w historii ludzkości, ale dla mnie był to przełomowy moment, kiedy już sama, a nie tylko dzięki opowieściom innych zaczęłam poznawać mojego teścia.