Grudzień w Danii mija bardzo szybko, to właściwie cztery tygodnie adwentu, których kulminacją jest wigilijny wieczór. To również czas świątecznych przygotowań, do których należy też dekorowanie domu. Robi się to na różne sposoby - świątecznymi lampkami, wieńcami adwentowymi, ale również figurkami nisse, które można kupić w każdym sklepie w rozmaitych formach i rozmiarach - od kilkucentymetrowych do metrowych, które niekiedy same w sobie są dziełami sztuki. Co roku w domu mojej teściowej przybywa kilka nowych skrzatów, a moją ulubioną świąteczną zabawą jest szukanie ich w najróżniejszych zakamarkach domu i liczenie - w tym roku było ich aż 55!
Nisse, czyli duńskie skrzaty wywodzą się od domowych bóstw, które czczono jeszcze w czasach starożytnego Rzymu. Według skandynawskich wierzeń małe, brodate istoty mieszkały razem z domownikami i nocą, kiedy już wszyscy spali, pomagały w gospodarskich pracach w zamian za talerz owsianki. Jednak w przeciwieństwie do rzymskich bóstw potrafiły być również psotliwe i wredne, jeśli nie dostały swojej zapłaty - plątały krowom ogony, wylewały mleko, a niekiedy bywały agresywne. Niezadowolony skrzat mógł nawet opuścić swojego gospodarza, dla którego oznaczało to tragedię, bo razem ze sobą zabierał też szczęście domu. Jeśli jednak to rodzina opuszczała swe gospodarstwo i zmieniała miejsce zamieszkania nisse przeprowadzał się razem z nimi. Stąd popularne w Danii powiedzenie, że nisse zawsze za nami podąża (nisse flytter med), czyli że nasze demony - nierozwiązane problemy z przeszłości - ciągną się za nami jakkolwiek byśmy nie próbowali o nich zapomnieć. W czasach średniowiecznych uważano skrzaty-nisse za dzieło szatana, a obcowanie z nimi mogło skończyć się nawet spaleniem na stosie. Dopiero połowa 19. wieku wprowadziła skrzaty do świątecznych tradycji - od tej pory małe stwory w czerwonych czapkach są nierozłącznym elementem bożonarodzeniowych dekoracji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz