wtorek, 25 lutego 2020

W północno-zachodniej Jutlandii, w prowincjonalnym regionie Thy, gdzie diabeł mówi dobranoc, mieszka prawie tysiąc kobiet pochodzących z Tajlandii. W całej Danii natomiast jest ponad 12 tysięcy tajskich migrantów, przy czym aż 80% z nich to kobiety (w przypadku innych nacji proporcje płci są zazwyczaj bardziej zrównoważone). Napływ kobiet z tego rejonu Azji rozpoczął się na początku lat 90. wraz z pojawieniem się w duńskich biurach podróży tanich wycieczek all inclusive, na które mogli sobie pozwolić nawet zarabiający najniższą krajową robotnicy z zapyziałych miasteczek. Niektóre z tych wakacyjnych wypadów do egzotycznych krajów, a szczególnie do słynącego z seksturystyki miasta Pattaya kończyły się nawet ślubem. 

Tak właśnie poznali się Sommai i Nils, bohaterowie reportażu „Z Tajlandii do Thy”, który miałam niedawno okazję obejrzeć. Film, który zobaczyło ponad milion duńskich widzów (20% populacji) został zrealizowany przez reżysera Janusa Metza i antropolożkę Sine Plambech i dzięki ich długotrwałej współpracy z bohaterami pokazuje ten wciąż nowy fenomen w sposób obiektywny, daleki od osądów. Film doczekał się nawet kontynuacji w postaci pełnometrażowego „Za głosem serca”, w którym autorzy po 10 latach ponownie odwiedzili bohaterów swojego dokumentu, by pokazać ich dalsze losy. 

Sommai, która była jedną z pierwszych Tajek w regionie Thy, nie ukrywa w filmie, że zajmowała się kiedyś prostytucją. Pochodzi z jednego z najbiedniejszych rejonów Tajlandii i musiała utrzymać czwórkę swoich dzieci, czwórkę siostrzeńców, szwagra i matkę. Jak mówi w pierwszym odcinku serialu, zrobiłaby wszystko, nawet sprzedała swoje ciało, żeby im pomóc. Wiele tajskich kobiet mierzy się z taką sytuacją i część z nich wyrusza do Pattayi, gdzie w świetle neonów nocnych klubów zarabia na życie. Jak mówi Sommai, mają tam większą szansę poznać obcokrajowca niż na wiejskiej farmie grzybów.

Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Danii ponad 8 lat temu spotkałam na kursie językowym wiele dziewczyn z Tajlandii. Część z nich mówiła bardzo słabo, lub wcale, po angielsku i dopiero uczyła się duńskiego i aż trudno mi było zrozumieć jak mogą się dogadać ze swoimi mężami. W filmie jest taka scena, kiedy jeden z bohaterów, Kjeld wypożycza słownik duńsko-tajski i za jego pomocą porozumiewa się ze swoją przyszłą żoną, Kae. Dokłada do tego uśmiechy oraz gesty i już po tygodniu znajomości decyduje się na ślub. Kae jest siostrzenicą Sommai i przyjechała do Danii tylko na 3 miesiące w nadziei znalezienia męża. Kjeld za namową swojej matki odpowiedział na zamieszczone w lokalnej gazecie ogłoszenie zatytułowane „Pani z Tajlandii szuka męża” i w ten sposób poznał Kae. Wbrew powszechnie panującemu stereotypowi mówiącemu o tym, że tylko starzejący się erotomani sprowadzają do Danii młode tajskie żony, Kjeld ma dopiero 37 lat. Wygląda raczej na zahukanego, nieśmiałego mężczyznę, który nie znalazł jeszcze tej jedynej. Wielu mężczyzn, którzy żenią się z Tajkami jest już po jednym, czy dwóch rozwodach, często podminowani niepowodzeniami, w dodatku zarabiający minimalną krajową, co nie czyni ich w żaden sposób atrakcyjniejszymi w oczach miejscowych kobiet.

Choć być może według wielu osób takie związki ocierają się niemalże o handel żywym towarem to film pokazuje, że sprawa jest o wiele bardziej złożona. Tajskie kobiety wcale nie występują tu jako ofiary - są silne i zdeterminowane, żeby wspomóc swoją rodzinę, ale jednocześnie nowych mężów nie traktują, jakby się można było spodziewać, instrumentalnie. Bardzo szybko po przybyciu i przejściu kursu językowego znajdują pracę, często ciężką i wymagającą, której nie chcą wykonywać miejscowi. Część zarobionych pieniędzy wysyłają do domu zasilając gospodarkę Tajlandii zagraniczną walutą. Większość duńskich mężczyzn od początku zdaje sobie z tego sprawę, choć finanse stają się niekiedy kością niezgody - jak w przypadku pary, która rozwiodła się właśnie z powodu pieniędzy płynących do Tajlandii nieprzerwanym strumieniem nawet wtedy, kiedy im samym wcale się nie przelewało. Duńsko-tajskie małżeństwa w około 60% przypadków kończą się rozwodem, ale wcale nie odbiega to w znaczny sposób od statystyk, które pokazują, że ponad 50% duńskich małżeństw kończy się w ten sam sposób.


Obie strony od początku wiedzą na co się godzą - kobiety mogą się wyrwać z beznadziejnej tajskiej rzeczywistości, a mężczyźni zostają otoczeni troską, której im brakowało i czują się w końcu dowartościowani. Kobieta z przeszłością, mężczyzna po przejściach. Nic nie jest czarno-białe. Sommai spędziła ze swoim mężem ponad 25 lat i bywa zakłopotana, kiedy na spotkaniach promujących film ludzie pytają ją, czy kocha swojego męża, bo wie, że chodzi o europejski romantyczny sposób postrzegania miłości, a przecież to uczucie ma wiele różnych odcieni. 

Pierwszą część dokumentu opatrzoną angielskimi napisami można obejrzeć na kanale Vimeo Sine Plambech (bezpośredni link i hasło znaleźć można na dole strony).

poniedziałek, 24 lutego 2020

Korsør - schludne i nudne, ale urokliwe, nadmorskie miasteczko rozkwitło dzięki swojemu położeniu nad Wielkim Bełtem, który na promach i statkach przemierzały tysiące Duńczyków, w tym H.C. Andersen, w drodze na Fionię, i dalej na Jutlandię. To korzystne położenie stało się też przekleństwem Korsør, kiedy pod koniec lat 90. otwarto długi na 18 km most, który miał w końcu połączyć cały naród, dwie wyspy - Zelandię i Fionię oraz Półwysep Jutlandzki. 

Most nad Wielkim Bełtem

Stary Korsør - forteca i spichrz

Stary Korsør

Stary Korsør

Stary Korsør

Stary Korsør

Stary Korsør

Stary Korsør

Stary Korsør

Stary Korsør - deptak

Stary Korsør - port

Most biegnie kilka kilometrów od miasteczka w miejscu dawnej przeprawy samochodowej. Prowadzi do niego wybudowana w latach 60. autostrada, która Korsør omija szerokim łukiem. Wraz z otwarciem mostu zniknęła też potrzeba utrzymania przeprawy pasażerskiej, która znajdowała się w samym centrum miasta, w dzielnicy Halsskov. Ta robotnicza część Korsør, która jeszcze w połowie 19 w. była praktycznie niezaludniona, rozkwitła wraz z doprowadzeniem do portu linii kolejowej, dzięki której można było szybciej i sprawniej dotrzeć ze wschodu wyspy, z Kopenhagi, do jednego z najbardziej wysuniętych na zachód punktów. Przez prawie całe stulecie z pociągów wysypywały się na perony chmary podróżnych, a dzięki nim kwitło też życie w mieście. Do obsługi portu potrzeba było wielu pracowitych rąk, więc Halsskov rosło coraz bardziej. Na potrzeby pracowników budowano mieszkania z czynszem na każdą kieszeń, a miejskie trotuary tętniły życiem. Na parterze kamienic codziennie rano otwierano sklepy, a życie mieszkańców toczyło się na ulicach i chodnikach. 

150 lat historii linii kolejowej w Korsør

Słynna kawa „Wielki Bełt” - fragment wystawy o historii Halsskov

Plac dworcowy, lata 40. - fragment wystawy o historii Halsskov

Ulica Halsskov 1908 - fragment wystawy o historii Halsskov

Dwadzieścia lat później wiatr hula po Halsskovvej i zdaje się być tu jedynym przechodniem. Z ruchliwej ulicy pełnej dźwięków i barw zamieniła się w niemalże zupełnie wymarłą. Plac Halsskov jest teraz parkingiem, sklepy już dawno zamknięto, a ich witryny świecą pustkami. Teren, na którym niegdyś biegły tory kolejowe zrewitalizowano i zamieniono w nudny park z drzewami posadzonymi od linijki i równo przyciętą trawą. Czasy dawnej świetności przypomina jeszcze niekiedy wystawny dworzec kolejowy zamieniony na biura administracji oraz ulubiony hotel H.C. Andersena, odnowiony i z daleka wyróżniający się pośród wielkich silosów i szarych pryzm żwiru.

Halsskov, dworzec kolejowy dziś

Halsskov, dworzec kolejowy dziś

Halsskov, park miejski utworzony na miejscu dawnych torów kolejowych

Halsskov, ulubiony hotel H.C. Andersena

Halsskov, żuraw z 1890 r. 

Halsskov, port

Ulica Halsskov

Ulica Halsskov

Ulica Halsskov

Ulica Halsskov 

Ulica Halsskov

Ulica Halsskov

Ulica Halsskov 

niedziela, 23 lutego 2020

Czy może być coś bardziej prozaicznego niż biała, pszenna bułka? Tego pytania na pewno nie zadaje się w Danii! W kraju, w którym do rangi symbolu podniesiono ciemny, żytni chleb, pszenna bułka kojarzy się z czymś zupełnie innym niż z niezdrowym pieczywem.

Pieczenie bułek jest w Danii czymś tak naturalnym jak u nas robienie naleśników, czy sernika (lub tak popularnych ostatnio muffinek) i uczy się go w szkole podstawowej na lekcjach gotowania. Boller, czyli bułki robi się tu często zamiast słodkiego ciasta - na sobotnie śniadanie z dziećmi, kiedy spodziewamy się gości, a już koniecznie - na dziecięce przyjęcie urodzinowe, kiedy świeżo upieczone podaje się razem z kakao. Na internetowych stronach o tematyce kulinarnej można znaleźć dziesiątki przepisów - od prostego ciasta składającego się prawie wyłącznie z drożdży, wody i mąki, po bardziej zaawansowane z jajkiem i jogurtem albo mlekiem, jak również słodkimi i słonymi dodatkami. Prostota to kwintesencja duńskości, która przejawia się też w kuchni - proste ciasto, w którego przygotowanie wkłada się dużo serca. Krótko mówiąc - pieczenie bułek i jedzenie ich razem z najbliższymi to hygge do kwadratu.




Bułki do herbaty wg przepisu prababci:
  • 250 g mąki pszennej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 75 g margaryny
  • 1 i 1/4 dcl mleka
  • 25 g drożdży
  • 1 jajko
  • 25 g cukru
Wszystkie składniki wymieszać i ubić za pomocą łyżki aż masa będzie gładka. Po wyrośnięciu wyrobić ciasto i wykładać za pomocą łyżki na blachę do pieczenia wyłożoną papierem. Powinno wyjść ok. 12 sztuk. Pozostawić do wyrośnięcia, po czym posmarować kawą. Piec przez 10-15 minut w piekarniku temperaturze 225 stopni. Można dodać 1/2 dcl rodzynek albo do pszennej mąki dodać żytnią w proporcji 1:5. 

sobota, 15 lutego 2020

Havblik (spokojne morze), Strandbo (dom nad morzem), Karls-minde (pamięci Karla). To tylko niektóre z dziwnych napisów na frontowych ścianach domów, które napotkałam podczas moich spacerów po duńskich ulicach i nie są to wcale nazwy ulic, czy nazwiska właścicieli, lecz „imiona” domów.  





Tradycja nadawania nazw domom sięga w Danii czasów nowożytnych, kiedy to dla ułatwienia lokalizacji (wszak adresów wtedy nie było) dwory i wiejskie rezydencje obdarzano nazwami nawiązującymi do ich położenia. Z czasem zwyczaj ten przyjął się również wśród przedstawicieli klasy wyższej, którzy zaczęli nadawać imiona swoim willom, bo choć w 19. wieku istniały już nazwy ulic, to nie stosowano jeszcze numeracji budynków, więc charakterystyczne nazwy były jakby częścią adresu. Wraz z dwudziestowieczną demokratyzacją i poprawą warunków bytowych, kiedy w końcu i przeciętnego człowieka stać było na wybudowanie własnego lokum, nazwy domów zaczęły się pojawiać na osiedlach domków jednorodzinnych na ścianach typowych parterowych kostek. Właściciele chcieli w ten sposób nawiązać do zwyczajów klasy wyższej, ale też nadać nowo wybudowanym domom bardziej osobisty charakter.  




Dziś rzadko już nowe domy jednorodzinne obdarza się nazwami. Zwyczaj ten wciąż jednak stosuje się w przypadku domków rekreacyjnych - letniskowych albo działkowych, których właściciele chętnie nadają im przydomki, aby podkreślić ich znaczenie i sprawić by były bardziej „hyggelige”.