poniedziałek, 31 października 2016

Kahawa, czyli u źródeł kawy

Być w Afryce i nie spróbować kawy, to jak odwiedzić Rzym i nie zobaczyć Colosseum. Ponieważ organizatorką naszej wycieczki była Aurelia, która w Tanzanii prowadziła badania na temat rolnictwa, szczególnie ekologicznego, to obowiązkowo musiałyśmy się wybrać na plantację kawy i przyjrzeć się z bliska temu, co zazwyczaj ląduje w naszych kubkach. 



W Nkoaranga, miejscowości położonej u podnóża góry Meru znajduje się palarnia kawy Kahawa, która skupuje od rolników kawę po sprawiedliwych cenach oraz organizuje wycieczki po okolicznych plantacjach. Jak się dowiedzieliśmy, kilka lat wcześniej Tanzański Instytut Badania Kawy (TaCRI) zaopatrzył rolników w sadzonki sprowadzone z Etiopii (skąd wywodzi się kawa), nieskażone konwencjonalną uprawą i o wiele bardziej odporne na szkodniki. Później przeprowadził szkolenia, jak uprawiać kawę bez pestycydów i nawozów sztucznych. Nasz przewodnik pokazał nam krzewy kawy z uprawy konwencjonalnej i ekologicznej - różnica była naprawdę widoczna. Te drugie miały ładniejsze liście, bez chorób, a poza tym dawały o wiele więcej owoców. Odwiedzone przez nas plantacje należą do grupy Aranga, która skupia 28 rodzin, kilka z nich ma już długą, prawie stuletnią tradycję uprawiania kawy. 


Kawa po raz pierwszy pojawiła się w okolicy góry Meru wraz z przybyciem niemieckich misjonarzy. To oni przywieźli ze sobą pierwsze sadzonki i nauczyli mieszkańców jak je uprawiać. Choć afrykańska kawa jest znana na całym świecie, a górzyste rejony Tanzanii idealnie nadają się do uprawy arabiki, to sama kultura picia kawy jest dla Tanzańczyków obca. Kawowiec jest źródłem utrzymania, ale na stole króluje herbata, szczególnie podawana z mlekiem - relikt angielskiego kolonializmu. Trasa spaceru prowadziła przez górskie wioski. Nasz przewodnik zatrzymywał się co jakiś czas, żeby pokazać nam różne rośliny, które są wykorzystywane w medycynie tradycyjnej, opowiadał nam ciekawostki na temat Tanzanii oraz okolicy, uzupełniane niekiedy przez członków grupy Aranga, których spotkaliśmy na naszej drodze. Mijaliśmy bananowce, które są naturalnymi sprzymierzeńcami krzewów kawy, bo dają im osłonę przed nadmiernym słońcem. Dlatego właśnie często uprawia się je razem na jednej plantacji. Liście bananowców są też wykorzystywane jako pasza dla krów. 



Nasz wspaniały przewodnik opowiada nam o trzech rodzajach kawy: robuście, arabice i Kofi Annanie. Za nim kawowiec z uprawy konwnencjonalnej.




Pieliśmy się coraz wyżej w górę, a pod nami roztaczały się korony drzew. Na niektórych widać było dzieci, które zrywały awokado. Przy drodze leżało całkiem sporo tych owoców, 2-3 razy większych niż te dostępne w Europie. Patrzyłam z żalem na te powoli gnijące smakołyki, tym większym, kiedy przewodnik powiedział, że dla ludzi stamtąd awokado jest jak psie żarcie. W dodatku choć dojrzałe owoce spadają gdzie popadnie, to jak dotąd nie uderzyły żadnego mieszkańca (taka miejska, a raczej wiejska, legenda).

Take się zrywa awokado!

Na plantacji, do której w końcu dotarliśmy, mogliśmy zobaczyć wszystkie etapy uprawy i przygotowania ziaren do sprzedaży. Na niewielkim polu rosły mniejsze krzewy, które służyły głównie do pozyskiwania nowych sadzonek. Obok stało spore drzewo, które jest naturalnym pestycydem - odstrasza potencjalne szkodniki. Ze szkółki krzewów przeszliśmy na pole, na którym rosły już owocujące kawowce. Wśród nich można było wypatrzyć miętę, kolejny pestycyd. Uprawą kawy zajmują się zazwyczaj mężczyźni, ale ponieważ ziarna są poddawane selekcji i tylko dojrzałe zostaną zerwane, zbieranie plonów wymaga cierpliwości i zręczności, i dlatego uważane jest za typowo kobiece zajęcie.

Szkółka kawy

Młodą roślinę zagina się, by puściła nowe pędy

Pędy się ścina...

...usuwa zbędne liście...

... tak by została łysa łodyga...

... która później trafia do kawowego inkubatora.


Roślina, która odstrasza szkodniki

Drzewo kawowca






Zanim zerwane owoce trafią do palarni muszą jeszcze zostać pozbawione łupinki, wypłukane i wysuszone - w trakcie tych czynności dokonuje się dalszej selekcji i odrzuca te ziarna, które się nie nadają. Podobno te gorsze jakościowo są skupowane po bardzo niskiej cenie przez Starbucks, po czym trafiają do naszych kubków, za grube dolary/złotówki. 










Po wysuszeniu ziarna trafiają do kawowego młyna, gdzie są poddawane dalszej obróbce, a później na aukcję w Moshi, przez którą przechodzą wszystkie zbiory kawy w Tanzanii. Tam też testuje się jej jakość i sprzedaje. Poźniej kawa wędruje do palarni, takiej jak Kahawa. Tutaj poddaje się je procesowi palenia - ciemniejsze, dłużej palone dają później mocniejszy smak, ale zawierają mniej kofeiny. To właśnie jasne ziarna mają jej w sobie najwięcej. 








Na koniec spaceru czekała nas jeszcze degustacja i wybór kawy - w cenie wycieczki zawarte było jedno 250g opakowanie kawy. Sklepik okazał się wspaniałą kopalnią tanzańskiego rękodzieła, a zakupy w nim wspierały sprawiedliwy handel, więc dałyśmy się trochę ponieść chwili. 






poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Tanzania - Usa River

Nie wiem czego oczekiwałam po wyjeździe do Tanzanii, nie miałam jakichś bliżej sprecyzowanych wyobrażeń. Oczywiście coś wcześniej wiedziałam, coś czytałam, oglądałam, ale wyprawa na Czarny Ląd to co innego niż oglądanie programu w telewizji. Zwłaszcza jeśli się wybiera w podróż z plecakiem, a nie wycieczkę zorganizowaną przez biuro podróży, które turystów odbiera z lotniska, zawozi do hotelu i na safari, pokazując tylko zwierzęta i przyrodę, a nie prawdziwą Afrykę. Wiele rzeczy mnie zaskoczyło i otworzyło mi oczy na niektóre zagadnienia, ale też po przyjeździe z dużym szacunkiem i żywą fascynacją podchodziłam do odmienności Tanzanii.

Wylądowałam na lotnisku Kilimanjaro i zanim jeszcze je zobaczyłam usłyszałam dziecięcy głos z pewnym rozczarowaniem pytający rodziców "Czy ten maleńki budynek to lotnisko?". Drogę z samolotu pokonuje się pieszo, a hala przylotów jest tak mała, że posiada tylko jedną toaletę i to jeszcze przed kontrolą wizową, więc ludzie, którzy zdążyli już ją odbyć  - rzecz nie do pomyślenia na pilnie strzeżonych lotniskach w Europie - czmychają na drugą stronę plącząc się w rozciągniętych taśmach bezpieczeństwa. Po wylądowaniu samolotu wszyscy rzucają się do wypełniania wniosków o wizę, po czym ustawiają się w kolejce do okienek, gdzie czekają znudzeni przedstawiciele urzędu imigracyjnego. 

Podróż z lotniska do Usy River zajęła nam trochę ponad pół godziny, po drodze mijaliśmy ludzi pędzących kozy i owce (z czasem zaczęłam podejrzewać, że jest ich w Tanzanii więcej niż mieszkańców), przy skrzyżowaniach leniwie oparci o kierownice motocykliści-taksówkarze czekali na swoich klientów. Na przednim siedzeniu chłonęłam wszystko z szeroko otwartymi oczami i z naiwnością dziecka pytałam Reguliego, znajomego Aurelii, o każdy szczegół, który dla niego wydawał się oczywistością. To było jak zderzenie z zupełnie inną rzeczywistością, bo kiedy google'owałam Usę River, to większość zdjęć przedstawiała wolontariuszy z dziećmi, a praktycznie żadne samą miejscowość.




Usa River leży w pobliżu Arushy - jednej z popularnych baz wypadowych dla turystów wybierających się na safari. Usa to mała mieścina, zamieszkana przez ok. 800 osób. Położona jest przy ruchliwej drodze (w swahili "barabara") Arusha - Moshi, szosa (tzw. tamak od ang. tarmac) biegnie prawie przez środek miejscowości. Poza tamakiem wszystkie ulice są nieutwardzone, zakurzone i pełne wyboi. Na ulicach i w rowach odprowadzających wodę pełno jest śmieci, szczególnie plastikowych opakowań. W Tanzanii nie ma systemu odbierania i składowania śmieci, więc ludzie wyrzucają je wszędzie. Szczególnie dużo widać malutkich woreczków po alkoholu, który jest gorszej jakości od tego w butelce, ale dzięki temu również tańszy. Szoty w takiej postaci pije zazwyczaj młodzież i staje się to coraz większym problemem. 




Dominuje parterowa zabudowa, piętrowe są zazwyczaj hotele i banki. Budynki mniej lub bardziej obdrapane i przykryte wszędobylskim kurzem, przez który nawet te nowe szybko zaczynają przypominać stare. W Usa nie widziałam fantastycznych, bogatych osiedli. Zamożniejsi mieszkają obok tych biedniejszych, choć dzieli ich wysoki płot, który okala dom i chroni przed włamywaczami. Niekiedy przed domem jest weranda, na której krawcowe wystawiają swoje maszyny i szyją ubrania - zapewne ze względu na światło. Trochę na uboczu Usy znajdują się tzw. lodge, czyli hotele dla zachodnich turystów. Zazwyczaj ukryte w zaciszu drzew skutecznie chronią gości przed widokiem prawdziwej Afryki.













Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to liczba osób na ulicach. Ludzie owszem miewają auta, ale większość, którą na nie nie stać, kiedy przyjdzie im załatwić sprawę w mieście, korzysta z komunikacji zbiorowej, zazwyczaj prywatnej - autobusów lub taksówek (motocykli i samochodów). Targ i szosa są niejako centrum miejscowości, przy nich zbiera się najwięcej ludzi. W pobliżu głównej ulicy od rana do późnej nocy siedzą przekupki sprzedające warzywa i owoce. Po zmroku swój towar oświetlają latarkami - latarni na ulicach się nie uświadczy. W Tanzanii nadal tylko 15% ludzi ma dostęp do energii elektrycznej. W mieście o nią łatwiej, ale i tak należy się liczyć z przerwami w dostawach prądu. Po zapadnięciu zmroku trzeba się po ulicach poruszać ostrożnie - przekonałam się o tym już pierwszej nocy, kiedy wpadłam do po kolana głębokiego rowu. Na szczęście suchego, choć rano odkryłam, że kilkadziesiąt centymetrów dalej płynęły nim ścieki i śmieci. 








Ludzie są przyjaźni, pozdrawiają się nawet jeśli znają się tylko z widzenia. Ja też często słyszałam kierowane do mnie "mambo", na które odpowiada się "poa". Trochę dziwne było to uczucie, kiedy jest się prawie jedyną białą otoczoną przez czarnoskórych - podobne do tego, co czują oni przyjeżdżając do Polski. Na początku nie sposób nie zauważyć ciągle skierowanego na siebie wzroku miejscowych i jest to trochę krępujące, z czasem człowiek się przyzwyczaja. Nawet do dzieci wołających za nami "hello" albo "good evening" bez względu na porę dnia oraz "mzungu", co znaczy biały, białoskóry.



W Usie tak jak w całej Tanzanii jest mnóstwo przeróżnych kościołów - różnych odmian chrześcijaństwa, sekt, ale są też meczety. Przyjechałam akurat w trakcie ramadanu, więc kilka razy dziennie mogłam słyszeć muezzina nawołującego do modlitwy. Niestety, ten w Usie był pozbawiony jakiegokolwiek talentu wokalnego i kaleczył moje uszy o różnych porach dnia. 

Zatrzymałyśmy się w motelu, tzw. "guest house" New Mexico - Aurelia szukała dla nas czegoś egzotycznego (ponieważ sam pobyt w Afryce nie wydawał jej się już egzotyczny). Wszystkie te moteliki miały takie fantastyczne nazwy, np. Paris, New York, Califonia (sic!). Nurtowało mnie bardzo kto się w tych miejscach zatrzymuje, bo przecież nie turyści - ledwo dało się tam dogadać po angielsku, standard był raczej niski, nie było też zapewnionych posiłków. Po jakimś czasie okazało się, że takie przybytki często służą jako hotele na godziny. To nam jednak nie przeszkadzało, zwłaszcza że płaciłyśmy mało, a przy przedłużaniu pobytu dostałyśmy zniżkę i noc kosztowała nas 10 zł za osobę. 








W Usie jest sporo małych barów, które służą też za restauracje. Oferują typowo tanzańską kuchnię za niewygórowaną cenę. Poza tym jest dużo małych sklepików, otwartych o dziwacznych porach, bo ich właściciele często mają też drugą pracę. Poza tym swoje usługi oferują przeróżni rzemieślnicy, małe biznesy kwitną na każdym rogu. Jest też wspomniany już wcześniej targ. Można tam kupić wszystko od warzyw i owoców przez elektronikę i pachnące toksycznym plastikiem ubrania sprowadzane z Chin, aż po używane buty, odpadki z Zachodu, które po odpowiedniej renowacji wyglądają jak nowe. Warzywa i owoce są sprzedawane przez "mama", jak mówi się na kobiety, zazwyczaj już dzieciate (młode dziewczyny to "dada"). Na początku myślałam, że są to plony z ich własnych przydomowych ogródków, ale nic bardziej mylnego - mamas jeżdżą na większe targowiska i tam zaopatrują się w towar.