niedziela, 17 stycznia 2016

Wojna o pokój

Na długim stole stały ceramiczne figurki zwierząt, do tego jakieś serwisy do kawy. Piękne, proste linie i jednolite, głównie białe lub czarne kolory. Była to część wystawy Doścignąć i Prześcignąć, zrealizwoanej przez Muzeum Sztuki w Ołomuńcu oraz BWA Wrocław, która już wcześniej w mniejszym zakresie prezentowała je w rematch ekspozycji pod tytułem Wojna i Pokój. Tematem przewodnim wystawy był czechosłowacki oraz polski dizajn z okresu tzw. brukselskiego złotego wieku, zapoczątkowanego ogromnym sukcesem, jaki na EXPO 58 w Brukseli odniósł pawilon naszych południowych sąsiadów. 




W pierwszej sali dominowała ceramika użytkowa - kilka egzemplarzy prezentowanych po raz pierwszy na Wystawie Światowej oraz ich polskie kopie i warianty, ponieważ polscy projektanci bardzo szybko podchwycili pomysły swoich czechosłowackich kolegów i sami zaczęli tworzyć w podobnym stylu. Zwiedzający mieli do dyspozycji ankietę, w której mogli opowiedzieć się po jednej ze stron w tytułowej wojnie na dizajn.  Na ścianach można było podziwiać mały wycinek ze słynnej Polskiej Szkoły Plakatu, jak również okładki książek oraz pocztówek dźwiękowych, które w Polsce były prawdziwym hitem. Na tych płytach winylowych formatu zwykłych pocztówek lub większym można było nagrać życzenia lub jakiś utwór i wysłać wybranej osobie.




W kolejnej sali, tzw. gabinecie zgromadzono eksponaty przedstawiające osiągnięcia wzornictwa przemysłowego lat 60., m.in. krzesła i fotele, które swoją przemyślnością i użytecznością mogłyby nawet teraz konkurować z osławionym skandynawskim dizajnem. Niestety polskie projekty rzadko kiedy trafiały do masowej produkcji i pewnie dlatego meble moich dziadków, które pamiętam z dzieciństwa kojarzą mi się raczej z topornością, a nie pięknem i polotem (nie wspominając o wygodzie). 






Na wystawie znalazło się też miejsce dla zabawek, m.in. harmonijkowych zwierząt (wydaje mi się, że jako dziecko miałam podobne) oraz tłoczonego szkła, które stało się  jedym z czechosłowackich towarów eksportowych. Na końcu podłużnego gabinetu znajdował się wzorcowy pokój, który przedstawiono również na EXPO 58. Zwiedzający mogli przyjrzeć się jak w dobie dominacji komunizmu i wyścigu w podboju kosmosu powinna według projektantów mieszkać typowa czechosłowacka rodzina. Bez obaw można tam było usiąść na kanapie i przeglądać egzemplarze ówczesnych gazet, a przy okazji pozastanawiać się nad wspaniałymi osiągnięciami polskiego oraz czechosłowackiego dizajnu sprzed ponad 50 lat, który teraz z zachwytem zaczynamy odkrywać na nowo.









Podróż sentymentalna

Sporo czasu minęło, dokładnie cztery lata, odkąd po raz ostatni byłam w Ołomuńcu. Jakoś nigdy nie było mi po drodze, nigdy się nie składało, tyle miejsc czekało na mnie (i nadal czeka), które warto zobaczyć. Wybrałam się tam na początku grudnia, kiedy miasto zamienia się w jedno wielkie targowisko bożonarodzeniowe, z którym tam właśnie zetknęłam się po raz pierwszy, jeszcze zanim ta tradycja na dobre zawitała do polskich miast. Na miejsce dotarłam krótko przed zmrokiem i ruszyliśmy w kierunku rynku, gdzie jedno obok drugiego stało stoisko z bożonarodzeniowym ponczem - grzanym winem z wkładką. Szyldy zachęcały do skosztowania ponczu tyrolskiego, wiedeńskiego, irlandzkiego, a nawet wikińskiego i choć w gruncie rzeczy na każdym było to samo, to dzięki temu sprytnemu zabiegowi marketingowemu, miało się wymówkę, żeby zamiast jednego wypić jeszcze cztery. 


Kiermasz bożonarodzeniowy na rynku

Dużo pamiętałam z topografii miasta, a w dodatku zupełnie niedawno czytałam kryminał, którego akcja rozgrywa się w Ołomuńcu. W trakcie lektury w wyobraźni wracałam do tego morawskiego miasteczka, chodziłam po brukowanych ulicach i przemierzałam romantyczne zaułki, o których nigdy przedtem bym nie pomyślała, że mogłyby się stać miejscami zbrodni.
Pierwszego dnia niewiele dało się zobaczyć, szybko zapadł zmrok. W ciemnościach miasto było urocze, ale nudne, a zimno nie zachęcało do długich spacerów. 

Następnego dnia za to rano świeciło słońce i panował rześki, pobudzający chłodek, więc ruszyłam w moją własną podróż sentymentalną. Najpierw Smetanovy sady, bezlistne o tej porze roku, za to z piękną czerwoną gwiazdą poświęconą żołnierzom-wyzwolicielom. Zawsze miałam słabość do tego pomnika, pozostałości po czasach radzieckiej okupacji, który ku memu początkowemu zgorszeniu nikomu tu najwidoczniej nie przeszkadzał. Później rynek, bożonarodzeniowe budki były jeszcze pozamykane, więc nie było widać tego całego świątecznego blichtru, który może i wygląda bajecznie, ale tylko po zmroku. Niewiele się tam zmieniło, poza McDonaldem, który o dziwo zniknął z centrum. Nie można tego samego powiedzieć o nawet najbardziej koszmarnych wystawach sklepików w małych uliczkach w pobliżu rynku; tam czas jakby się zatrzymał. Centrum handlowe Prior, które ze swoją betonową architekturą pasowało do historycznej, barokowej zabudowy jak pięść do oka, zostało zastąpione równie paskudną, ale nowocześniejszą Galerią Moritz. Zmiana nazwy też nie pomogła, efekt jest ten sam. Po tłumach zmierzających jak do mekki w kierunku ulicy Wolności zauważyłam, że powstało tam nowe centrum handlowe, do którego prowadzi lekko trącąca megalomanią kładka dla pieszych. Dla zakupoholików to na pewno pozytywna odmiana po oddalonej kilka kilometrów od miasta, wyrastającej spośród łanów zbóż Galerii Hana.   



Ktoś chyba wypił o jeden poncz za dużo...


Reklama dźwignią handlu?

Zawsze modna, nawet w rozmiarze XXXXXS.

Z prawej słynna knajpa Ponorka, a z lewej ... widać mieszkańcy Ołomuńca są wyjątkowo wybrednymi konsumentami i potrzebowali osobnego sklepu z workami do odkurzaczy.

Ta wystawa jest prawdziwa: Witryna Deniska.

Za to takie same pozostały Bezrucovy sady, gdzie dotarłam przez Dolny Rynek i małe, urocze uliczki. To wspaniałe miejsce, gdzie trochę od tyłu można spojrzeć na zabytki miasta. No i ta piękna, różowa budowla Konviktu górująca nad rzeką. Kiedy szłam tamtędy wdychając świeże powietrze, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zakląć w duchu i nie pozazdrościć przez chwilę tym szczęściarzom, którzy mieszkają w małych domkach z widokiem na park. Stamtąd miałam już blisko do katedry św. Wacława, którą swego czasu mijałam codziennie w drodze do muzeum. Jej strzeliste wieże wspaniale wysmuklały potężną bryłę i na chwilę kierowały moje myśli ku niebu, więc chyba średniowieczny architekt osiągnął swój zamiar. W Ołomuńcu w ogóle, raczej ze względów historycznych, a nie religijnych, gdzie nie spojrzeć tam kościół. Kiedy szłam na ulicę Husa, gdzie kilka lat temu przez dwa miesiące przespawałam na materacu w kuchni (co nas nie zabije, to nas wzmocni!), minęłam cerkiew oraz zbór Ewangelickiego Kościoła Czeskobraterskiego. Każdy z nich jest tak bardzo odmienny, widać na nich doskonale różne wartości reprezentowane przez ich wyznawców. Podczas gdy te katolickie gotyckie i barokowe świątynie przytłaczają przepychem, zbór był tak prosty i pozbawiony ozdób, że na początku wzięłam go za budynek magistratu. 






Poezja naskalna

Katedra św. Wacława

Cerkiew św. Gorazda
Zbór Ewangelickiego Kościoła Czeskobraterskiego. 

Ostatnią godzinę tego sprintu po mieście poświęciłam na Muzeum Sztuki, które miło mi było odwiedzić po tych kilku latach. Tam też się trochę pozmieniało i nasze dawne biuro zamieniono w salą wystawową.


Doścignąć i prześcignąć w Muzeum Sztuki



Zabrakło czasu, żeby wszystko zobaczyć. Jest na mojej liście jeszcze kilka miejsc, w których nigdy nie byłam, bądź do których chcę się jeszcze raz wybrać, ale na to potrzeba więcej niż 3 godziny. 


Tabliczki upamiętniające ofiary holocaustu.


O czym pan tak myśli?


I ta mniej piękna strona miasta.