piątek, 26 grudnia 2014

Na Kiermashu

Kraków jest coraz bardziej hip - hipsterskie kafejki, sklepy, wydarzenia, a wśród nich Kiermash, szumnie zapowiadany jako pierwsza tego rodzaju impreza w dawnej stolicy Polski. Na kilka tygodni przed pojawiły się o nim informacje w internecie, a wkrótce miasto zalały również plakaty. 

Wydarzenia o podobnym charakterze miały już miejsce w Krakowie, ale na pewno nie na taką skalę. Co jakiś czas w mieście odbywają się różnego rodzaju akcje promujące młodą polską modę, powstają nowe sklepy, ale targi z ofertą ponad 50 wystawców miały miejsce po raz pierwszy. Kiermash w Jubilacie to było coś - przede wszystkim świetny dobór miejsca - niewykorzystywana powierzchnia starego domu handlowego z pięknym widokiem na Wawel. Czar PRL-u, którym nasiąknięte było każde piętro sklepu przywoływał na myśl zakupy w latach 90. w podobnym domu towarowym, gdzieś na wschodzie Polski. Kiermash odbywał się na 3. piętrze, więc po drodze można było zerknąć na archaiczne stoiska z ubraniami, kosmetykami i artykułami AGD. 


Jubilat


Jubilat i światła neonów


Ostatnie piętro Jubilatu na jeden dzień przemieniło się w ogromne targowisko. Wśród filarów otoczonych lustrami, które niektórym służyły za przymierzalnie, swoje stoiska rozstawili wystawcy. Z głośników płynęła muzyka grana na żywo przez dj'a, a organizatorzy postarali się też o zaplecze gastronomiczne. Na Kiermashu można było znaleźć ciekawe ubrania dla dzieci i dorosłych, dodatki - od nerek po muszki i skarpety, a nawet ręcznie robione mydła. Wszystko oryginalne, niepowtarzalne - często wykonane w jednym tylko egzemplarzu. 

Widok na Wawel (fot. Kiermash)

Jubilat przed Kiermashem (fot. Kiermash)

DJ Antek (fot. Kiermash)


Na facebookowym profilu zapowiedziało się ponad 6 tysięcy uczestników... Pogoda sprzyjała wychodzeniu z domu - świeciło słońce, a na dworze było ponad 10st. Z pewnością dużą część osób przyciągnęła informacja o możliwości zakupu upominków świątecznych. Niestety bycie hip po prostu kosztuje, więc niektórzy odeszli z pustymi rękami, bo i owszem - ceny nerek, mydełek, czy skarpet były poniżej 100 zł, ale już ubrań, choć unikatowych, plasowały się od ok. 100 do 400 zł. 

Paski od Strapophilii


Kiermash był niesamowitą okazją do spotkania na raz tylu kreatywnych osób, które przyjechały do Krakowa, żeby pokazać to, co robią z pasją, w pojedynczych egzemplarzach, a czego nie da się kupić w sieciówkach. Jak np. oryginalne paski do aparatów, w różnych wzorach i kolorach, albo ręcznie robione, naturalne mydła. Poza tym można było poznać projektantów i zdobyć na nich namiary, bo część wystawianych ubrań była szyta na miarę, na Kiermashu dostępna tylko do przymiarki i obejrzenia.

Bluza od Siwulskiej


środa, 17 grudnia 2014

Pierwszy dzień w szkole

Mój pierwszy dzień w szkole Sanderum (Sanderumskolen) wbrew moim oczekiwaniom nie nastąpił zaraz po przyjeździe, ale o tydzień później. Ten czas poświęciłam na aklimatyację, poznanie nowego miejsca, miasta i ludzi. Moi mentorzy Lis i Claus zaopatrzyli mnie w kartę miejską, dzięki której mogłam się poruszać autobusami w obrębie miasta. Obiecali też, że dostanę rower, który w Odense był niezbędny. Do szkoły miałam niecałe 4 kilometry, ale dojazd autobusem wymagał przesiadki i jazdy naokoło, więc z radością przywitałam wiadomość o starym jednośladzie porzuconym przez kogoś pod szkołą, który po niezbędnym przeglądzie mógł już wyjechać na szosy. Claus chyba nie do końca ufał moim umiejętnościom jazdy na rowerze, a przede wszystkim chciał mi pokazać jak dojechać do akademika, więc sam wybrał się ze mną na przejażdżkę po zajęciach. Byłam mu niezwykle wdzięczna, a jednocześnie bałam się, że dam jakąś plamę, w stylu przewrócenia się na bok...

Plan zajęć został ustalony jeszcze przed przyjazdem i z czasem miał ulegać pewnym modyfikacjom. Miałam uczestniczyć  w lekcjach angielskiego, historii oraz gotowania. OK, tak naprawdę na każdym z tych pól czułam się niezbyt pewnie. Moje praktyki z podstawówki i gimnazjum, gdzie prowadziłam lekcje historii, były mało rozwijające. Powiedzmy, że metody stosowane przez moją własną niegdyś nauczycielkę były przestarzałe, a ja sama wtedy miałam za mało doświadczenia i odwagi, żeby spróbować czegoś nowego. Wiedziałam za to, że teraz będę musiała, więc było to dla mnie prawdziwe wyzwanie. 

Pierwszego dnia poznałam kilka klas, z którymi miałam spędzić następne pół roku, a także tzw. grono pedagogiczne, w szczególności nauczycieli, z którymi miałam współpracować. 
Tydzień zaczynałam od lekcji angielskiego, najpierw z klasą 7, a później 5, która wkrótce stała się jedną z moich ulubionych. Już pierwszego dnia napisali na tablicy mnóstwo ciepłych słów, różnież po polsku z użyciem Google Translate, co wprowadziło mnie w nie lada zaskoczenie, szczgólnie, że niektóre zdania nie miały sensu, a Claus, mój mentor bardzo chciał, żebym mu powiedziała co to znaczy... Nastąpiła chwila zakłopotania.






Poznałam też pobieżnie układ szkoły, która składała się z trzech budynków, z jednym zamkniętym dziedzińcem, służącym do zabawy na długiej przerwie. Pierwszy budynek zajmowały pomieszczenia administracji, a także klas 0-3 oraz 4-6. Budynek środkowy przeznaczony był dla pokoju nauczycielskiego, kilku sal lekcyjnych (do fizyki, chemii, muzyki i plastyki) oraz biblioteki i połączonej z nią sali do informatyki. W ostatniej części mieścił się oddział dzieci starszych, czyli klas 7-9 oraz oddział integracyjny dla dzieci z różnymi rodzajami upośledzenia.


Sanderumskolen, widok od frontu

W oddziale dzieci młodszych każda klasa miała własną salę, w starszych to nauczyciele mieli przyporządkowane sobie pomieszczenia. Szkoła była jasna i przestronna, dobrze rozplanowana, ze wszelkimi udogodnieniami, otoczona sporym kawałkiem zieleni. Miała też dwie sale gimnastyczne i boiska do gry w nogę i jakąś inną grę, zapewne szczypiorniaka, który jest duńskim wynalazkiem i sportem narodowym. Nie mogę też nie wspomnieć o zadaszonym parkingu dla rowerów. Sanderumskolen jest usytuowana w dzielnicy domków jednorodzinnych, kilka kilometrów od centrum i większość uczniów dojeżdża do niej rowerem lub chodzi na piechotę. Jedynie nieliczni korzystają z autobusów albo są dowożeni przez rodziców samochodem.



Na rowerze przyjeżdżali i mali i duzi