poniedziałek, 4 listopada 2013

Nie wszystek zmoknę...

Czyli kolejny wpis o dziwnych wyprawach, z których nowe wnioski: 1) jeśli zaczyna padać, to nie należy zakładać, że to będzie akurat ten dzień, kiedy deszcz szybko przejdzie. Krótko mówiąc: Nie przejdzie i będzie lać cały aż do zapadnięcia zmroku. 2) Ci którzy oglądali Forbrydelsen (The Killing) i przewijali fragment/zamykali oczy za każdym razem, kiedy główna ofiara (bo trudno powiedzieć bohaterka o osobie, która ginie na samym początku) biegnie przez las, stanowczo nie powinni w czasie niepogody wybierać się na piesze wędrówki na krakowskie uroczyska - kręci się tam wtedy niewiele osób i biorąc pod uwagę całą absurdalność pomysłu - co druga może się właściwie okazać psychopatycznym mordercą, którego jedynym marzeniem jest spotkać samotną i zagubioną wśród drzew istotę ludzką. To tak gwoli wstępu....

Gdzieś na końcu tej drogi czyha Bob, albo co gorsza Vagn Skærbæk...

    
Przejdźmy jednak do rzeczy - dziwną słabością krakowiaków jest usypywnie nietypowych pagórków zwanych kopcami. W dawnej stolicy Polski znajduje się ich przynajmniej kilka - kopiec Kościuszki, Krakusa, Piłsudskiego, Wandy, a nawet mini kopczyk Jana Pawła II. Był dawniej jeszcze jeden - Esterki, zniszczony niestety w l. 50. XX w. Niektóre z nich datuje się nawet na VII-VIII w. Nietrudno się domyślić, że wznoszono je w celach kultowych, pochówkowych (podobno w kopcu Esterki, była pochowana ona sama - żydowska kochanka Kazimierza Wielkiego) lub dla upamiętnienia ważnych postaci (po ilości kopców można z daleka poznać megalomanię krakusów - w Warszawie usypali tylko jeden...).

Jak widać takich narwańców jak ja było więcej.


Nie mogło zabraknąć krzyża - miał być drugi Giewont, ale nie donieśli...

Jeszcze kilka metrów - tam smogu na pewno nie będzie!


Doskonała widoczność... a deszcz i chmury wcaaale nie przeszkadzają...



Kopiec Piłsudskiego położony jest w niezwykle urokliwym miejscu - w samym sercu Lasu Wolskiego. W jego okolicy znajduje się również miejskie zoo - bardzo przyjemne miejsce, szczególnie na niedzielne popołudnie, które dostarcza również niewątpliwie niezapomnianych walorów zapachowych. No może jednak wartych zapomnienia. Tym, którzy jednak przebrną tę trudną ścianę zwierzęcego fetoru, objawi się piękny, niezakłócony niczym krajobraz leśnych, zaczarowanych ostępów. 

Nie, w listopadzie liście nie chronią przed deszczem.

Moja wycieczka, na którą przygotowałam piknikowy zestaw - termos z ciepłą herbatą (przydał się!), obiad, a także książkę - o tak, Murakami miał ze mną kontemplować wśród drzew - nie udała się tak do końca, ale nietrudno zgadnąć, że była jak zwykle cudownym doświadczeniem. A wchodząc na ten pagórek, nawet nie dostałam zadyszki, więc od razu poczułam się sportowcem - prawie jak pan, który wbiegł na kopiec truchtem. 

Dla tych, którzy doczytali do końca - pół kopczyka papieskiego  okraszone odpowiednim komentarzem.


poniedziałek, 28 października 2013

Coś dla wymagającego podniebenia...

Wygląda na to, że Polacy, a przynajmniej krakowianie pokochali dobrą kuchnię. W zeszłą niedzielę w Forum Przestrzenie odbył się już po raz drugi w tym roku Najedzeni Fest! - impreza kulinarna, na której można było poznać interesujące krakowskie restauracje, a także sklepy z winami i wyposażeniem kuchni. Wydarzenie na pewno godne uwagi, i to nie tylko ze względu na modę, choć szczerze mówiąc przez moją ulicę ciągnęły do Forum tabuny ludzi w stylu lat 80..., więc był to absolutny must do sezonu.

Cała przestrzeń „sal bankietowych” rozpadającego się hotelu Forum zamieniła się w wielkie targowisko wypełnione po brzegi stoiskami z bardzo interesującymi kulinarnymi przybytkami, które w blasku peerelowskich kandelabrów prezentowały swoje popisowe dania. Każdy mógł znaleźć tam coś dla siebie - sushi, dania wegetariańskie i wegańskie, wykwintne potrawy z najodleglejszych zakątków świata, a także wyroby regionalne - kiełbasy, oscypki i co jeszcze można sobie tylko zamarzyć. Wystawcy chętnie opowiadali o przygotowanych przez siebie potrawach i uwijali się, żeby nadążyć z niezaspokojonym apetytem krakowian. 

Forum Przestrzenie i jego wspaniałe persy

Tu się gotuje!


Na podobnej imprezie w Forum Przestrzenie byłam już przed kilkoma tygodniami. Serwowano tam głównie potrawy wegetariańskie, choć znalazło się też kilka stoisk dla mięsożerców. Wszystko to w niewielkich, ale jednocześnie bardzo tanich porcjach - średnio 5zł za jedną, co pozwalało skosztować w zasadzie prawie każdego dania (o ile ktoś miał wystarczająco pojemny żołądek). 

Najedzeni Fest zaskoczył mnie liczbą uczestników - w Forum niestety brak klimatyzacji, więc ciepło aż buchało ze środka. To był minus, bo na korytarzach było bardzo tłoczno i żeby zjeść w spokoju trzeba było za każdym razem wychodzić na zewnątrz, gdzie też brakowało miejsca, żeby skonsumować te wszystkie pyszności, choć organizatorzy starali się i przygotowali sporo leżaków. Tym, którzy się nie zmieścili, pozostawały okoliczne murki i trawniki. Ale za to Wisła niedaleko - piękne widoki i świeże, jak na Kraków, powietrze, więc te warunki zdaje się nikomu nie przeszkadzały.

Enikö nad Wisłą rozkoszuje się ciastem z Bococa Bistro


Degustacjom towarzyszyły pokazy przyrządzania drinków kawowych oraz warsztaty, np. kuchni tajskiej, a także robienia hummusu prowadzone przez mojego "sąsiada" Hummus Amamusi (zwany też Hummusem u Mamusi). Poza tym swoje stoiska miała Polska Akcja Humanitarna oraz Viva!, a chętni mogli uwolnić swoje książki kucharskie i zabrać nowe do domu. Miejsce znalazło się też dla blogerów, którzy dzielili się swoją pasją i miłością do gotowania. Krótko mówiąc: poza obżarstwem można się było również czegoś nauczyć.

Viva! i jej stanowisko


Moje najnowsze odkrycia: Youmiko Sushi - dotychczas nie przepadałam za sushi, ale do tej restauracji na pewno jeszcze zajrzę! Poza tym Kamo Asian Bar & Grill i kilka niezyidentyfikowanych przeze mnie stanowisk z  taco oraz crème brûlée (mniam! choć bez porównania z tym, który jadłam w Paryżu...). Wszystko to w towarzystwie dobrych francuskich i węgierskich win... Nie mogę się już doczekać następnego takiego wydarzenia!

Pan z Youmiko Sushi przygotowuje moją porcję



A oto i ona. Dostawało się je prosto do ręki!


Na pewno polecam każdemu wypad na taką imprezę - dzięki temu można się zapoznać z ofertą miejscowych restauracji i w miłej atmosferze spędzić niedzielne popołudnie. Na pół aktywnie - powoli przesuwając się w długich kolejkach, na pół leniwie rozkoszując się wspaniałym jedzeniem. 

A może by tak jeszcze...


Znalazło się też miejsce dla milusińskich. I to wcale nie na talerzu!

środa, 11 września 2013

To taki zaczyn...

    Jakiś czas temu radio, wieczorna audycja (właściwie końcówka) i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności on - Oskar Hansen. Postać, która mnie ostatnio bardzo zafascynowała. U Sosnowskiego zadziwiająca historia, że zaprojektował pierwsze w Polsce i właściwie pewnie jedno z nielicznych (choć może i jedyne) w tamtych czasach studio nagraniowe przeznaczone do rejestracji muzyki elektronicznej. Lata pewnie 60., zupełna nowoczesność, przemyślany każdy szczegół, aby w tym miejscu jak najlepiej się tworzyło muzykę. Ta perełka niestety zniknęła, zamieniono  ją na newsroom albo coś innego (może źle zrozumiałam). Ale na ułamek sekundy w programie pojawia się to nazwisko i oczywiście jest ta charakterystyczna cecha - zadziwjające spojrzenie w przyszłość, często niedopasowane do współczesnych warunków i rzeczywistości.
    Niedawno w końcu kupiłam Zaczynksiążkę o nim i jego żonie - Zofii Hansen, i, muszę się przyznać, przeczytałam ją jednym tchem. Oskar Hansen to naprawdę fascynująca postać - oddany swojej pracy, swoim wizjom, choć może niekiedy nawet nimi zaślepiony. Kiedyś przez rok mieszkałam w Lublinie na osiedlu zaprojektowanym przez nich oboje. Nie znałam ich jeszcze wtedy zbyt dobrze, więc samo założenie architektoniczne pozbawione było dla mnie jakiegokolwiek znaczenia, choć przyznam, że wyróżniało się na tyle, że bardzo utkwiło mi w pamięci. Pewnie w o wiele bardziej pozytywny sposób niż ludziom, którzy musieli w tych ścianach spędzić całe swoje życie, ale nadal będę tego miejsca broniła.
    Trzeba chyba wspomnieć czym jest osiedle Słowackiego w Lublinie. Powstało jako drugie po osiedlu Mickiewicza w LSM (Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej). Pierwsze podbiło serca ówczesnych lublinian - wszystko było tam takie piękne i wygodne, a w dodatku dzieciaki miały na placu zabaw zjeżdżalnię w kształcie... rakiety! No a osiedle Słowackiego stało się marnym epigonem, bękartem LSM-u. A zapowiadało się całkiem nieźle - osiedle osadzone na wzniesieniach,  meandrujące bloki, możliwość zmieniania układu ścian w mieszkaniach, balkony, które można było umieścić w wybranym przez siebie miejscu, a kiedy to przestało odpowiadać - przenieść je z sypialni do kuchni albo salonu. Wszystko pięknie...

Widok na targowisko, w tle bloki

   Osiedle nie było remontowane od lat - nie zgadzali się na to spadkobiercy Hansena - jego syn i żona, która była również współautorką projektu. Przede wszystkim dlatego, że plany odnowienia zmieniłyby wygląd tego unikatowego założenia architektonicznego. Kiedy więc wprowadziłam się tam w 2008 roku niewiele miało wspólnego z czasami swojej świetności, co wpływało też na jego odbiór... Przede wszystkim te koszmarne balkony, które wyglądają jak dziwaczne budki, które mają tylko ściany - są porozrzucane po całej frontowej ścianie, rzadko kiedy w linii prostej jak w standardowych blokach, zatem w zasadzie nigdy nie chronią przed deszczem z góry, chyba że ktoś sprytnie zamontował sobie daszek i zohydził widok jeszcze bardziej.

Czyste, betonowe piękno

    Nie wiem, czy wiele osób korzystało z wolności wyboru danej przez Hansenów i postanowiło przebudować mieszkanie przesuwając ściany. Choć przyznam, że ja często siedząc w kuchni zastanawiałam się jak to mieszkanie mogłoby wyglądać gdyby było moje. Mogę zapewnić - zupełnie inaczej.
   Osiedle Słowackiego to jeden z przykładów twórczości tandemu Hansenów. Trzeba przyznać, że przez swoją niezłomność i niechęć do chodzenia na kompromis, niewiele z ich projektów doczekało się realizacji. Zapewne gdyby żyli gdzieś na Zachodzie, to należeli by do najznakomitszych architektów o światowej renomie, choć nie wiadomo, czy mogliby swoje projekty zrealizować w kapitalistycznej rzeczywistości. Z kolei w PRL ich zamierzenia spotykały się nie z uporem i oszczędnością inwestorów, ale pomysłowością, chęcią ulepszania, a częściej raczej brakiem zrozumienia ze strony robotników, spółdzielni mieszkaniowych i rozmaitych dyrektorów.
   Z pewnością Oskar Hansen był wizjonerem, którego wiele pomysłów spotkałoby się dzisiaj z uznaniem architektów. Zamysł Hansenów - forma otwarta, umożliwiającą interpretację dzieła-projektu, rozwój jednostki i dokonywanie przez nią zmian, w której budynek nie powinien stać w odosobnieniu, wyrwany z otoczenia, lecz komponować się z nim, z niego wyrastać, nie spotkał się jednak z zasłużonym zrozumieniem im współczesnych. Odnoszę za to wrażenie, że ta idea przetrwała i pojawia się teraz często w architekturze skandynawskiej. 
      Najważniejsza i niezwykle paląca myśl - to architektura jest dla ludzi, a nie na odwrót - po przeczytaniu książki Filipa Springera od razu przychodzi do głowy, a po momencie zastanowienia pojawia się też żal, że ten talent nigdy nie został w pełni niewykorzystany. 

wtorek, 9 kwietnia 2013

Do přírody, do přírody...

W czasie deszczu dzieci się nudzą... W czasie tak bardzo przedłużającej się zimy też. A przed rokiem o tej porze przygrzewało słońce i można było spędzać długie godziny na dworze, np. na wycieczkach. Kiedy tak patrzę na tę szarą breję za oknem, roztapiające się hałdy śniegu, które odsłaniają kupy psich kup, to od razu odechciewa mi się wychodzić i myślami wracam do wyprawy do Liberca... 


W oddali Ještěd

Gdzieś tam w czeskich Sudetach znajduje się miasto, trochę senne, zatopione w lasach i górach, a imię jego Liberec, po niemiecku Reichenberg, co od razu brzmi ostro, a mi kojarzy się z porządkiem. A ta czeska nazwa z wolnością... choć może to tylko moja swawolna fantazja. Polakom, szczególnie kibicom sportowym, Liberec może kojarzyć się z zawodami w skokach narciarskich i okrzykiem "Leć, Adam, leć". Do skoczni, niestety, a może i na szczęście, nie dotarłam, ale zatopiłam się w przepiękną naturę i zażyłam też trochę leśnych spacerów, co da się prawie zaliczyć do sportów, w niektórych wypadkach (co może potwierdzić moja zadyszka) - wyczynowych. 


Do přírody, do přírody, do přírody by się szło!

Liberec to tak właściwie dziwne miasto. Przyjezdnych wita znajdującym się trochę na pustkowiu dworcem autobusowym. Mam nawet wrażenie, że ci kibice sportowi nie zaglądają do miasta i dlatego nikt nie stara się, żeby ta część miała reprezentacyjny charakter. Z jednej strony jakieś centrum handlowe, a z drugiej wielka dziura w ziemi. 


Taras widokowy kilka kroków od dworca

Z dworca dzieli nas tylko kilka kroków od centrum miasta z pięknymi starymi budynkami, ratuszem i wspaniałym funkcjonalistycznym sklepem Bati.


Dom Towarowy Bati

Najdziwniejsze jest to, że jedne z najstarszych budynków, które są naprawdę godne zobaczenia znajdują się w otoczeniu jakichś zrujnowanych domów i wcale nie wyglądają na szczególnie zadbaną atrakcję turystyczną. Valdštejnskie domki z drugiej połowy XVII w., które niegdyś służyły za mieszkanie sukiennikom, znajdują się przy najwęższej uliczce w mieście (3,25m). Same domki, a właściwie to co z nich pozostało, też do najszerszych nie należą. Po wojnie znalazły się w fatalnym stanie i zamierzano je nawet zburzyć, ale na szczęście ktoś poszedł po rozum do głowy i zachowano w ten sposób ich fragment tak, że nadal mogą cieszyć oko. 


Znajdź domek


Najwęższa ulica miasta - 3,25m


Valdštejnskie domki...


.... i ich piękne otoczenie.

Liberec jest otoczony przez niesamowitą przyrodę, położony u stóp góry Ještěd i aż trudno uwierzyć, że przez długi czas było to miasto fabryk tekstyliów, gdzie Czesi stanowili jedynie kilkuprocentową mniejszość. Choć z drugiej strony może stąd ta dwoistość Liberca - z jednej strony stare, nieremontowane domy, przypominające rudery, a z drugiej położone daleko od nich piękne, choć teraz też niekiedy zaniedbane wille, które kilkadziesiąt lat temu należały do fabrykantów i bogatych mieszczan. Niektóre z nich wciąż potrafią zachwycić. Zresztą nie brak wśród nich również modernistycznych perełek, jak willa Strossów


Willa Strossów/Strossova vila

W dawnych czasach Liberec był po Pradze drugim co do wielkości miastem w Czechach, ale czasy jego świetności dawno minęły, a wraz z upadkiem przemysłu tekstylnego i wygnaniem Niemców dawni lokatorzy willi zostali zastąpieni przez nowych. Widać, że niektóre z  budynków zyskały nowe przeznaczenie, a niekiedy zostały zamienione w  mieszkania socjalne, o które nie dbają ani lokatorzy ani władze. 


Piękna willa w stanie rozkładu


I inna w całkiem niezłym stanie

Miasto można bardzo szybko obejść w całości, więc trudno naprawdę stwierdzić, czy ruiny i niedokończone budowy są jeszcze blisko centrum, czy już na obrzeżach. 


Willę z pięknym widokiem sprzedam od zaraz!

Zazdroszczę za to studentom z Liberca, którzy mieszkają tuż koło pięknego lasu  i zbiornika wodnego, a o rzut beretem od akademików zdnajduje się w dodatku zoo. Założę się, że dla studentów nie brzmi to równie zachęcająco, zwłaszcza, że omija ich całe "miejskie" życie. Z drugiej strony miasteczko studenckie postarało się o dostarczenie wszystkich niezbędnych rozrywek, w tym jednej szczególnej - droga do akademików wiedzie przez mostek wśród drzew - scenografia niemalże jak z Miasteczka Twin Peaks, co na pewno dodaje dreszczyku emocji. 


Bob na pewno mógłby tu sobie poużywać


Kiedy mowa o Libercu nie można zapomnieć o słynnej rzeźbie "Przystanek" kontrowersyjnego czeskiego artysty Davida Černého. Dzieło przypominające stół zostało wykonane z brązu i można w nim znaleźć wiele odwołań do historii Liberca i tego z czego to miasto wyrosło. Jest więc przewrócona żydowska menora, która przypomina, że niedaleko znajdowała się synagoga spalona w czasie nocy kryształowej. Dalej jest niemiecki kufel na piwo, libereckie kiełbaski, ale też mięsożerna roślina, których pokaźny zbiór znajduje się w miejscowym ogrodzie botanicznym, a nawet ludzka głowa przebita widelcem. Wszystko to sprawia wrażenie jakby ktoś opuścił ten stół w wielkim pośpiechu - podobnie jak sam Liberec. 
Za nogą stołu najbardzie czeski element rzeźby

piątek, 18 stycznia 2013

Poniedziałkowe dzieci

    Nigdy nie byłam specjalną fanką Patti Smith - słyszałam jej muzykę i o niej samej, ale ponieważ nie przepadam za śpiewającymi kobietami, to nie poświęcałam jej twórczości zbyt dużo uwagi. Niemniej jednak od jakiegoś czasu głośno zrobiło się o jej ostatniej książce Poniedziałkowe dzieci, która jest zapisem początków jej kariery i związku z Robertem Mappelthorpem. Muszę przyznać, że już od dawna żadna książka biograficzna nie wciągnęła mnie tak bardzo, jednocześnie dając tyle do myślenia.



    Patti Smith jest na pewno bardzo interesującą osobowością sceny muzycznej ostatnich 40 lat. To nie tylko piosenkarka uważana za jedną z najważniejszych kobiet w historii rocka, ale też poetka, aktorka, malarka. Właściwie można ją śmiało nazwać człowiekiem renesansu, artystką, która ciągle szuka nowych środków wyrażenia siebie. W swojej książce opisuje drogę jaką przebyła z fabryki w małej mieścinie w New Jersey do świata sztuki w Nowym Yorku. Niesamowite jest czytanie jak bardzo pragnęła tworzyć i z jaką pewnością wierzyła, że to jest właśnie to, co powinna robić w życiu. 

     W Poniedziałkowych dzieciach przewija się mnóstwo postaci, które miały na nią wpływ i ukształtowały jako artystkę. Wszystko rozgrywa się pod koniec lat 60. i na początku 70. - w jednej z najburzliwszych dekad minionego stulecia, kiedy odbył się festiwal w Woodstock, zabito Roberta Kennedy'ego, a Stany były zaangażowane w wojnę w Wietnamie, wywołującej ostry sprzeciw amerykańskiej młodzieży. W tym czasie tworzył Warhol, Ginsberg, Hendrix czy Joplin, i wszystkich ich miała okazję poznać dwudziestoparoletnia Smith. 

   Duża część biografii poświęcona jest relacji Patti Smith z Robertem Mappelthorpem. Pierwszy raz miałam okazję zobaczyć jego fotografie na wystawie "Autoportet" w duńskim Muzeum Sztuki Współczesnej Louisiana. Obok siebie wisiało kilka zdjęć przedstawiających jednego mężczyznę - jako uwodzicielskiego 20-latka, dojrzałego 30-latka i pogodzonego ze śmiertelną chorobą 40-latka. Fotograficzny zapis tej metamorfozy zrobił na mnie bardzo duże wrażenie, a dzięki książce Smith mogłam dowiedzieć się więcej o twórczości Mappelthorpe'a i jego drodze od prostych polaroidowych zdjęć do niezwykłych portretów najsławniejszych ludzi jego czasów. 



      Na całym świecie książka odniosła duży sukces. Świetnie się sprzedaje, ponieważ wiele osób szuka w niej pikantnych szczegółów dotyczących życia artystów tworzących w burzliwych latach 70. (szczególnie z otoczenia Andy'ego Warhola). Ku ich rozczarowaniu biografia zawiera niewiele plotek, za to z pewnością wart uwagi jest wątek o związku Smith i Mappelthorpe'a. To naprawdę bardzo interesująca historia trudnego dojrzewania, poszukiwania własnego ja, ale też pogodzenia się z nim i zaakceptowania go. To też opowieść o wspaniałym uczuciu, które pomogło im obojgu rozwinąć się jako artystom, i przemieniło się, dosłownie, w dozgonną przyjaźń. 
   
   Poniedziałkowe dzieci polecam każdemu, kto tworzy dla samego siebie, pisze do szuflady i nie wierzy we własne siły.