poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Afryka nie taka dzika?

Wszystko zaczęło się jakieś pół roku temu. Moja przyjaciółka Aurelia napisała do mnie z pytaniem, czy nie chciałabym jej odwiedzić w Tanzanii. Nie widziałyśmy się od prawie czterech lat, ale bez dłuższego zastanawiania się odpowiedziałam tak. Dopiero potem zaczęłam myśleć. W sumie to do tej pory byłam w zaledwie kilku krajach w Europie, najdalej w Anglii, a samolotem leciałam najdłużej dwie godziny. W dodatku nie jestem typem podróżnika ani organizatora, więc to L. musiał mi podpowiadać, że trzeba sprawdzić kiedy najlepiej jechać, czy wymagana jest wiza albo szczepienia. Po jakimś czasie sama też zaczęłam szukać w internecie i wypytywać Aurelię. Część przydatnych informacji tu opiszę, jeśli ktoś zdesperowany chce czytać porady organizacyjne od najmniej zorganizowanej osoby na kuli ziemskiej.

Po długich negocjacjach i dopasowywaniu terminów postanowiłam jechać pod koniec czerwca, kiedy w Tanzanii jest pora sucha (czerwiec-październik). Zaczęłam sprawdzać ceny biletów, porównywać skąd najlepiej lecieć i za ile. W Tanzanii są dwa duże lotniska - Dar es Salaam i Kilimanjaro. Ja wybrałam to drugie, bo było najbliżej i choć bilety były droższe, to zaoszczędzałam sporo czasu. Z Polski niestety połączenia KLM i Emirates są bardzo drogie, więc korzystniej było poszukać czegoś w pobliżu, np. Berlinie, skąd latają Qatar Airways. Ceny różniły się nawet o 1500 zł, więc jak na podróż z plecakiem, to było warto.

Później przyszła pora na szczepionki. Są ludzie, którzy przed wyjazdem do tropikalnych krajów nie poddają się prawie żadnym szczepieniom, ale ja bym chyba zwariowała martwiąc się, czy nie zachoruję. Co prawda w Tanzanii nie ma obowiązku szczepienia, z wyjątkiem żółtej febry i to tylko jeśli przybywa się z terytoriów endemicznych, np. Kenii, ale mimo to zdecydowałam się na kilka podstawowych i poza żółtą febrą zaszczepiłam się na dur brzuszny, żółtaczkę typu A (na B byłam szczepiona wcześniej) i tężec, które mogą mi się przydać w przyszłości. Do tego musiałam kupić jeszcze środek przeciw malarii. Niestety ochrona zdrowia przed wyjazdem nie jest objęta ubezpieczeniem, a każda szczepionka kosztuje 100-200zł, więc to automatycznie podnosi cenę takiej podróży. Nie zdecydowałam się tylko na szczepienie przeciw wściekliźnie, które przyjmowane jest w kilku dawkach i kosztuje nawet 500zł. Aurelia mnie uspokajała mówiąc, że ugryzienia przez psy rzadko się zdarzają. Za to jej koleżankę pogryzła wściekła małpa... Bardzo to było pocieszające. Na szczęście obeszło się bez takich atrakcji. 

Najbliższa ambasada Tanzanii jest w Berlinie, ale na szczęście wizę można wyrobić na lotnisku tuż po przylocie, wystarczy wypełnić wniosek i zapłacić 50 dolarów. Mam wrażenie, że każdy kto uiści opłatę, może wjechać do Tanzanii bez żadnych problemów, cokolwiek by nie napisał we wniosku.

Wiza dla mnie i dwóch przypadkowych osób za moimi plecami. Konia z rzędem dla celnika, który mnie rozpozna na tym zdjęciu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz