Złocisty kolor i słodki smak miękkiego, chrupiącego ciasta nadzianego marmoladą i polanego lukrem, który na zawsze już będzie mi się kojarzył z długo wyczekiwanymi powrotami. Z dziecięcą radością rozwijałam klejący
się od cukru i tłuszczu papier, który czekał na mnie za każdym razem, kiedy L. przylatywał ostatnim rejsowym samolotem na trasie Kopenhaga-Kraków. W torebce znajdowała się już lekko sfatygowana bułeczka, na którą zawsze czekałam z utęsknieniem, tylko troszkę mniejszym niż na samego L. Trudno zaprzeczyć, że wienerbrød, tradycyjne duńskie ciasto skradło moje
serce i podniebienie i stało się moim ulubionym deserem. Jakież więc było moje
rozczarowanie, kiedy w końcu ponownie stanęłam na duńskiej ziemi,
zadowolona z faktu, że oto teraz będę się cieszyć zupełnie nieograniczonym
dostępem do moich ulubionych wypieków, a okazało się, że już po pierwszym
tygodniu mojego pobytu w Stenlille jedyna lokalna cukiernia została zamknięta z
powodu plagi szczurów. Pal licho zalecenia sanepidu, ale co ja miałam zrobić w tej
sytuacji przymusowego odwyku?
Moje rozterki zrozumie chyba każdy, kto choć raz posmakował
słynnego duńskiego ciasta, czyli wienerbrød, na całym świecie znanego pod nazwą Danish. Kto podczas pobytu w Danii nie spróbował wienerbrød, ten jakby nigdy tu nie był - dobrze przygotowane ciasto duńskie z odpowiednimi dodatkami jest wręcz obowiązkową pozycją każdej wycieczki do tego kraju. Odradzałabym jednak zakup tuż po opuszczeniu pokładu samolotu - na lotnisku sprzedaje się je w sieciówce Lagkagehuset, gdzie za niebagatelną sumę około 15 zł dostaniemy skromną bułeczkę, zazwyczaj przeleżałą pod ladą i wyschniętą na wiór albo wprost przeciwnie - ociekającą starym masłem. Lepiej powstrzymać choć na chwilę swój apetyt i cieknące ślinianki, zapuścić się w głąb kraju i znaleźć prawdziwą piekarnię - w każdej z nich czeka nas duży wybór słodkich wypieków w najbardziej rozmaitych smakach i kształtach.
Ciasto duńskie przypomina ciasto francuskie, a wyrabia się je tradycyjnie z mąki, mleka, drożdży, jajek i masła. Istnieje wiele różnych rodzajów wienerbrød w
zależności od nadzienia i kształtu - okrągłe spandauer, cynamonowe ślimaki snegl, tarta dagmar zwieńczona czekoladą i lukrem, czy też posypane makiem tebirkes nadziane remonce, czyli cukrem i jeszcze większą ilością masła. Moim faworytem jest spandauer, z
bliżej nieznanych powodów nazwany tak na cześć dzielnicy Berlina Spandau. Można go kupić w dwóch wersjach z marmoladą lub budyniowym kremem, chociaż w marketach dostępny jest w zasadzie tylko w tym drugim (moim zdaniem gorszym) wydaniu.
Nietrudno się zatem domyślić co było niemalże pierwszą czynnością po mojej przeprowadzce do Korsør - degustacja wszystkich dostępnych bułeczek spandauer w okolicy. Lepiej od razu zapoznać się z cukierniczym asortymentem - życie jest stanowczo za krótkie, by jeść niedobre desery!





czesc Karo, bede odwiedzac Twoj blog regularnie:) pozdro ze zasmogowanego (ale juz nie tak bardzo) Krakowa!
OdpowiedzUsuńCześć Olga, jak miło Cię tu zobaczyć :-) o ile będę regularnie pisać, a o to trudno jak widać po liczbie postów z 2018 roku ;-) mam nadzieję, że uda się w końcu przegnać smog z Krakowa i będziesz mogła odetchnąć pełną piersią :-)
Usuń